Seryjny narzeczony
Łucja zostawiła Steve’a w hotelu „Villa Park”, dała słowo, że wkrótce zadzwoni, i pobiegła do swoich spraw. Musiała odszukać sanatorium, w którym pracowała Bogna, i wziąć klucze. Ledwie znalazła się w domu, zapomniała o całym świecie, także o Stevie. W kuchni wszystko zostało po staremu, nawet pojemnik z nożami wisiał w tym samym miejscu. Posadzka lśniła rdzawo i Łucja zamrugała oczami, żeby się upewnić, że to nie krew Daniela. Czuła się trochę jak w kościele albo na cmentarzu. Ze dwa razy musiała sobie powtórzyć, że jest w normalnym domu, w normalnej kuchni, którą na dodatek zna od lat. W gruncie rzeczy była zadowolona, że mogła pobyć sama. Chciała sobie wszystko obejrzeć na spokojnie, bez roztrzęsienia, które towarzyszyło jej w lutym, gdy przyjechała na pogrzeb. Miała sporo czasu, bo siostra pracowała do osiemnastej.
Spróbowała spojrzeć na kuchnię oczami reżysera. Przyłożyła dłonie do oczu, tak jakby trzymała kamerę i wychwytywała poszczególne klatki. Tu stał niedopity Władek, tu Daniel. Zaczęli się szarpać: jeden bezbronny, drugi z nożem w łapie. Daniel runął na podłogę, waląc głową o kant stołu. Nie zginął od uderzenia w stół, tylko od ciosu nożem, i to w samo serce. Ten cios był jedyną rzeczą, jaka się Władkowi w życiu udała. Był tak precyzyjny, że pierwsze podejrzenie padło na Bognę. Nikt z prowadzących śledztwo nie wątpił, że jako absolwentka akademii medycznej nieźle znała anatomię i wiedziała, gdzie uderzyć, żeby zabić. Biedna Bogna za samą znajomość anatomii przesiedziała w areszcie ze dwa dni. Natomiast Władek chyba nawet dobrze nie potrafił pokazać, gdzie u człowieka jest serce. Walił na oślep. Możliwe też, że wcale nie chciał zabić, a jedynie nastraszyć. Kiedy zobaczył, że Daniel upadł, stracił głowę, wybiegł z domu i rzucił się pod samochód. Wyszło na to, że obydwaj, to jest ofiara i sprawca, zginęli na
miejscu z tym, że każdy na innym.
Łucja jeszcze raz obeszła kuchnię, stanęła przy oknie, żeby nacieszyć oczy widokiem krzaków liliowego bzu. Te krzaki sadziła jeszcze babka. Wyrosły wielkie i część z nich trzeba było wykarczować, żeby nie zasłaniały światła. Teraz zakrywały tylko połowę okna, przez drugą połowę widać było sąsiedni dom należący do Kornikowej, teściowej Władka. To stamtąd, zza płotu, przyszedł morderca Daniela.
Łucja uchyliła okno, żeby nacieszyć się zapachem bzów. Pomyślała o Stevie. Planowała oprowadzić go po mieście, zaciągnąć do alei bzów w centrum. Pogoda nie sprzyjała spacerom, maj wciąż był zimny i wietrzny. Poczuła chłód i zamknęła okno. Przez moment zastygła z uniesionymi rękami. Wydawało jej się, że obok ktoś stoi, oddycha, a nawet pomrukuje. Na szczęście to tylko lodówka Bogny charczała z przemęczenia.
Z parteru przeszła na piętro. Ilekroć przyjeżdżała do siostry, zajmowała zawsze ten sam pokój, ten, w którym spędziła dzieciństwo. Bogna nazywała go „pokojem Łucji” i urządziła po swojemu, tak by nic nie przypominało dawnych czasów. Łucja rzuciła torbę w kąt i wyszła na korytarz. Zajrzała do sypialni Bogny, żeby ze ściśniętym sercem popatrzeć na wielkie małżeńskie łoże. Ogarnęło ją głębokie współczucie dla samotności siostry.
Szkolni przyjaciele Łucji w większości wyjechali z miasta. Nawet nie bardzo wiedziała, co się z nimi dzieje, czy pokończyli studia, czy pozakładali rodziny. Mogła liczyć tylko na niezawodną Dośkę i prawdopodobnie na Ewelinę. Do Dośki było bliżej, mieszkała po sąsiedzku, a za dawnych czasów przechodziło się po prostu dziurą w płocie. Łucja rozgarnęła gęste krzaki forsycji i o mały włos nie krzyknęła z radości. Dziura była na swoim miejscu. To niesamowite, jak drobne rzeczy potrafią cieszyć, pomyślała. Bliscy odeszli, dom się zmienił, wypiękniał, a dziura w płocie wszystko przetrwała. Za to dom Dośki wyraźnie podupadł. Na każdym kroku widać było brak gospodarskiej ręki. Tynk odpadał, schody się poszczerbiły, a kiedy pukała do wypaczonych drzwi, bała się, że wylecą razem z zawiasami.
– Oj, pani Łucjo, co my tu przeżyli, co przeżyli! – Matka Dośki już od progu załamywała ręce i zawodziła. Wciągnęła Łucję do domu, usadziła na wersalce. – Pani to dobry człowiek, pani chce z moją Dośką gadać, nie to, co pani Bogna.
– Bogna jest dobrym człowiekiem, zaręczam pani, ale swoje przeżyła. Jej żal rozkłada się po trochu na wszystkich. Trzeba ją zrozumieć. Ja za długo znam Dośkę, żeby ją potępiać za winy męża. Drań był i tyle.
– Nie był taki najgorszy, pani Łucjo, nie był. Gorsi się trafiają. Jeden to żonie wszystkie zęby wybił.
– A Władek wybił Dośce tylko dwa, tak?
– E, liche były, czarne, ledwie siedziały. Zaoszczędziła na dentyście, pani Łucjo! On teraz, świeć Panie nad jego duszą, już daleko. Już nie naszym sądom podlega.
– Rozumiem, chociaż z tego powodu trudno mi nazywać go przyzwoitym facetem. A właściwie, gdzie jest Dośka? Dzwoniłam do was tyle razy bez skutku. Nie odbieracie telefonów, czy co?
Kornikowa rozsiadła się i rozgadała na dobre. Sama namówiła córkę do wyjazdu, radziła wziąć na przeczekanie, dopóki cały skandal nie przyschnie, nie rozlezie się po kościach. Ludzie, jak to ludzie, za plecami teatr sobie robili z cudzego nieszczęścia. Dośka posłuchała, wzięła dwójkę młodszych dzieci i zamelinowała się u ciotki na wsi, pod Toruniem. Kornikowa dzwoniła do niej raz na tydzień albo i rzadziej, a Dośka nie dzwoniła wcale, bo wiedziała, że matka telefonów nie odbiera. Kornikowa miała swoją filozofię. Jak telefon milczy, mówiła, to nie ściąga na dom nieszczęścia. Siedziała w domu z najstarszym wnukiem i rozpamiętywała swoje, a także Dośki życie. Jej nie było lekko, lecz to, co przeżyła Dośka, to istna gehenna. Władek najgorszy może nie był, ale dobry wcale. Brakowało mu czułości i zainteresowania domem, zarobione pieniądze przepijał albo innym babom w zębach nosił. Dośka musiała się martwić o cały dom, o trójkę dzieci i jeszcze o chłopa. Jeśli nawet nie martwiła się z miłości, to ze strachu, że
drań w wypadku jakim ręce i nogi połamie, a ona już do śmierci będzie musiała koło niego skakać.