Sen numer 9
Przez mgnie oka widzę, jak mój ojciec zostaje wepchnięty do nieoznakowanego vana zaparkowanego po drugiej stronie boiska do bejsbolu. Wszędzie bym go rozpoznał. Tłucze w tylną szybę, ale van jest już za bramą i znika w zasnutym dymami tokijskim rumowisku. Podbiegam do naszego patrolowego stratomotoru, zdejmuję bejsbolówkę i kładę ją na konsoli. Zizzi błyska do mnie miętowym uśmiechem i odjeżdżamy z warkotem. Obok na suną lawendowe chmury. Wycelowuję swój pistolet w uczniaka wielkości ziarnka pieprzu, przynajmniej raz pozory nie mylą. Otwiera się szklany dach ciemnego cadillaca i wyskakuje gangsterohomarB a n g. Gdzie nie spojrzeć, tam osłony i szczypce. Dziurawię tylną szybę kulami i pojazd eksploduje paletą płomieni. Van skręca z głównej drogi w stronę lotniska.
W podziemnym przejeździe sieka nas na kawałki ambulans - wymachujący skalpelem medyk wskakuje na maskę naszego samochodu, gałki oczne aż kipią ninawiścią! I po jajach! Ban! Rzyga na maskęB a n g! Mutant słania się, ale nie chce zdechnąćB a n g! Kosi go wielka tablica reklamowa. Przeładowuję. - Ty jesteś mój top gun - nuci pod nosem Zizzi. Wpadamy na lotnisko i jeszcze udaje nam się zobaczyć, jak wloką mojego ojca do cessny koloru waniliowego. Nie ośmielam się strzelać do porywaczy, bo mogę chybić. Potężny helikopter przysłania słońce. Po linie zsuwają się na ziemię zombi. Rozwalam je na miazgę całymi dziesiątkami, lecz śmiercionośna kaszka zbyt szybko mi topnieje.
- Zax, kochanie! - mówi Zizzi - Megagiwery w McDonaldzie! - Kieruję ogień w stronę emblematów ze złocistymi łukami i inkasuję szybkostrzelną bazookę, model z dwudziestego trzeciego wieku. Tnie jak kosa. Niebawem trasę ucieczki zaścieła sterta drgających w konwulsjach kończyn. Gradem kul zasypuję helikopter, aż wreszcie pikuje w stronę cystern z paliwem. Świat staje w płomieniach purpurowo-czerwonych eksplozji benzyny.
- Droga wolna, Zax! A teraz za porywaczami twojego ojca, do ich laboratorium! - wzbijamy się w powietrze w pogoni za cessną - trzaskam parokrotnie spustem, żeby pominąć wstęp. Wchodzimy do podziemi. W kanałach ściekowych cicho. Za cicho. Nagle wyłania się gigahydra o dziewięciu głowach osadzonych na wijących się, ociekających śluzem szyjachB a n g! Ścinam jak kapustę.
P r z e ł a d o w u j ę. Ale z kikuta już wyrastają dwa nowe łby. - Usmaż potwora! - krzyczy Zizzi, więc celuję w tułów bestii miotaczem płomieni. F u u u u u ! Kurczy się jak suszona śliwka we wstędze truskawkowego ognia. Białoliliowa Lilith raz B a n g! I już po niej. Mrowie cyberszerszeni - b a n g b a n g b a n g b a n g - p r z e ł a d o w u j ę. Jednak zginąć mam z własnej ręki. Tunel zwęża się i kończy ślepą ścianą. Ze zgrzytem otwierają się niewidzialne drzwi - w nich sylwetka naukowca. - Synu! Odnalazłeś mnie! Nareszcie! - odprężam się i opuszczam dłoń, w której trzymam broń. - W samą porę! - odrywa sztuczną brodę i przekształca swoją aktówkę w miotacz granatów. - Żeby dać się zabić! - ziarnisty mrok tonie w mrowiu inteligentnych pocisków, reagujących na temperaturę mojego ciała. Bangbangbangbangbang!
Większości z nich nie udaje mi się trafić, tak samo jak nie udaje mi się nawet wziąć na cel oszusta, który do mnie strzela. Purpurowe piksele krwi-zapasu mojego życia bryzgają po całym ekranie. - Zax - prosi mnie błagalnie siostra - nie zostawiaj mnie tutaj - wrzuć monetę na dalszą grę. Kochany, nie przerywaj teraz.
- Kochany - przedrzeźnia mnie ktoś znad mojego ramlema - me przerywaj teraz! - Odkładam pistolet i odwracam się, by stawić czoło świadkowi moich poczynań, niemrawo wyrażającemu swoją pochwałę. W pierwszej chwili przychodzi mi na myśl, że jest cokolwiek za elegancki jak na kogoś, kto przesiaduje po centrach gier. Starszy ode mnie, gładko zaczesane włosy ściągnięte w kucyk, w uchu kolczyk. Wygląd gwiazdy pop. - Pierwszy raz w podziemiu, co? - tym razem w jego głosie słychać prawdziwego tokijczyka. Przytakuję kiwnięciem głowy. Rzeczywistość wsącza się miękkim montażem.
- Tak samo było ze mną, jak pierwszy raz byłem w podziemiu. Łomotanie lasera, wycie wampira, klekotanie monety, katarynkowa muzyka z wideo. - Aha.
- Widzisz ojca, to odkładasz broń. Paskudna sztuczka! Następnym razem zastrzel jajogłowca od razu, jak go zobaczysz. Na to trzeba dziewięciu strzałów.
- Cóż, przepraszam, że mnie ukatrupili i że ci zepsułem zabawę.
Co za niedbałe wzruszenie ramionami. - Twój los i tak od samego początku jest przesądzony. Wrzucasz kolejne monety i jedynie odwlekasz koniec, ale na dłuższą metę wideo zawsze wygrywa.
Ostatni niedopałek marlboro skonał w popielniczce.
- Bardzo chytre.
- Właściwie to czekałem w hali na górze na dziewczynę. Ale wygląda na to, że sobie pogrywa w "jak kocha, to poczeka". Zszedłem tylko na dół, żeby się upewnić, czy czegos nie popieprzyła i czy nie czeka na zewnątrz. Jak zobaczyłem, że Zax Omega i czerwona zaraza na Księżycu tak cię wciągnął, to już musiałem zostać i popatrzeć. Wiedziałeś, że jak się koncentrujesz, to wysuwasz język?
- Nie.
- To gra dla dwóch osób, serio. Dwa tygodnie straciłem na to, żeby ją rozgryźć.
- To pewnie majątek wydałeś.
- Nie. Mój ojciec ma znajomego, co ma automat.
Rozmowa kuleje. - No, mam nadzieję, że twoja dziewczyna szybko się zjawi.
- Niech spróbuje, franca, się nie zjawić. Inaczej nie będzie miała życia.
Sobotnia noc w Szibui wrze, kipi i paruje potem. Minął tydzień od mojej bezsennej nocy i postanowiłem się rozejrzeĆ. W dzielnicy rozrywki panuje taka temperatura, że wystarczy iskra, by wszystko eksplodowało. Wujek Kasa zabrał mnie w zeszłym roku do swojego baru w Kagoszlmle, ale to naprawdę nic w porównaniu z tym, co dzieje się tutaj. Tak samo, jeżeli chodzi o ceny. Całe zastępy pijących trutniów, rozchełstane koszule, porozwiązywane krawaty.
Trutnice bez biurowych uniformów, poupychanych tymczasem po torbach. Coś chyba za bardzo nadaję na trutnie, zważywszy, że sam jestem jednym z nich. Ale w zasadzie to tylko udaję, że nim jestem. Może wszyscy musimy od tego zaczynać. Tak jak Aojama. Pary flirtują na randkach.
Amerykanie z pięknymi stworzeniami w księżycowych okularach. Założę się, że kelnerka o nieskazitelnej szyi ma cały notes z telefonami takich chłopaków jak ten, który mi kibicował. Gigantyczna kaskada napisu PIJ COCA-COLĘ, magma kolorowych, w której biali błyszczą jak święci.
Idę przed siebie, ssąc cukierka. Dziewczyny wymachują do armii podstarzałych prezesów sunących w taksówkach. Wszyscy się znają w rozświetlonych bursztynowym światłem restauracjach. Ogromny mongolski wojownik na skuterze, w otoczeniu króliczków - dziewcząt rozdających ulotki reklamujące jakiś kompleks handlowy. Dziewczęta w celofanowych kamizelkach, szortach i obcisłych trykotach siedzą w szklanych budkach przed wejściami do klubów, kusząc pogawędką i biletami z dziesięcioprocentową zniżką. Już widzę, jak wymiatam do tych tłumów ze swojej megagiwery, model: wiek dwudziesty trzeci. Chmury błyszczą cukierkowymi barwami refleksów świetlnych i laserów.
Przed Mydlanym Światem Afrodyty wykidajło zachwala dziewczyny, których podobizny widnieją na tablicy. - Numer jeden to Rosjanka - szykowna, uprzejma. Numer dwa to Filipinka - czuła, dobrze wyszkolona. Dalej Francuzka - no cóż, nic dodać. Brazylijka - czarna czekoladka, jest co schrupać. Piąteczka - Angielka, biała czekoladka. Numer sześć - Niemka, wiedeńska paróweczka. Siedem -Koreanka, ani grama zbędnego ciała. Numer osiem - nasze egzotyczne czarne bliźniaczki; dziewięć - ach, dziewiątka przerasta wyobrażenia zwykłego śmiertelnika - widzi, że gapię się z rozdziawioną gębą, więc rechocze: - Wróć, synu, za jakieś dziesięć miesięcy z wakacyjnym kieszonkowym. - Błąkając się, mijam sklep ze sprzętem elektronicznym i w telewizorze na wystawie widzę znajomą postać, która błąkając się, mija sklep ze sprzętem elektronicznym. Przystaje, wlepia oczy w telewizor, zdumiona i omal przerażona, że widzą ją inni. Kupuję nową paczkę marlboro.
Gdy mijam czerwone latarnie baru z makaronami i czuję zapach buchających na zewnątrz kuchennych oparów, nagle przypomina mi się, jaki jestem głodny. Zaglądam przez okno - w środku jest na tyle brudno, że nawet ja mógłbym sobie na coś pozwoliĆ. Rozsuwam drzwi i wchodzę, rozgarniając sznury paciorków. Duszna nora z wrzaskami dobiegającymi z kuchni. Zamawiam smażony makaron z tofu i szczypiorem i siadam pod oknem, obserwując przewalający się tłum. Nadchodzi mój makaron. Nalewam wodę z lodem do szklanki. Wszystkiego najlepszego z okazji dwudziestych urodzin, Eidżi Mijake. Buntaro wręczył mi wieczorem imponujący plik kartek - po jednej od każdej z moich czterech ciotek. Była jeszcze piąta koperta - z działu listów źle zaadresowanych, która uparcie kontynuuje kampanię pod tytułem "Dopaść Mijakiego". Zapalam marlboro i ponownie zabieram się do listu, próbując ustalić, czy oznacza postęp w mojej sprawie, regres, a może w ogóle błądzenie po manowcach.
(Opublikowano za zgodą Wydawnictwa Literackiego)