Seans

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

... której nie zna nikt Z żyjących i umarłych. Ja też jeszcze nie znam. Lecz wiersz rośnie na oślep coraz wyżej, mit Rozjaśnia nieskończona błyskawica serca. [Rafał Wojaczek](https://ksiazki.wp.pl/rafal-wojaczek-6150171061352065c)

1

Przyszedłem dopiero na czwartą lekcję; był poniedziałek, dzień tygodnia, któremu z humanitarnych względów powinno się odjąć wszelkie godziny typu siódma, ósma, dziewiąta.

Głowa pobolewała, niepokój mościł się między żebrami - jak zwykle po sobocie u mnie i niedzielnej repecie u Kuby.

Jeśli już za młodu ma się do zawodu predylekcję, trzy lata przy windzie wystarczyły pindzie na dyrekcję - było napisane na drzwiach kabiny, a odnosiło się do naszej dyrektor, ponoć awansowanej na to stanowisko z prostej windziarki (zważywszy na niektóre jej cechy i wygląd, nie było to całkiem wykluczone).

W książce, którą pod papierosa kartkowałem, poeta zapowiadał, że się niedługo powiesi. Tak oto oczekiwałem na dzwonek i zagwarantowane przez regulamin trzydzieści minut długiej przerwy, podczas której męski kibel stawał się tym, czym był w istocie - naszym klubem, gdzie przychodzili O'Brien, Kuba i inni i gdzie omawiało się wszystkie istotne - dzienne i nocne - sprawy. Istotne sprawy, istotni ludzie, klub-kibel i nasza kawiarenka na wprost szkoły, prywatki sobotnie, brydże niedzielne i kacowe.

Dawni Rosjanie wierzyli, że ziemia opiera się na iluś tam wielorybach, ja też miałem takie wieloryby, które podpierały mój dawny świat.
- Ty nie pal, tylko leć do klasy.
Kuba uśmiecha się w sposób, który pozwala mi odgadnąć, że to jakaś sprawa damsko-męska; O'Brien ma minę tajemniczą; Dziadek Zamszyc gra na organkach ustnych i jest najwyraźniej pod wrażeniem.
Ale żaden nie zdradza mi, o co chodzi.
- No, mówię ci, leć, bo jest na co popatrzeć!
A więc idę, przekraczam próg klasy i dostaję się w zasięg jej wzroku. Bo niewątpliwie ona pierwsza mnie zobaczyła, siedząc na parapecie okna i patrząc w drzwi, przez które wchodziliśmy i wychodziliśmy; zapamiętywała nas lub liczyła, tak jak przed zaśnięciem liczy się barany. A istotnie sprawiała wrażenie sennej.

W ułamku sekundy udzieliło mi się to, z czym oni do mnie przyszli; zrozumiałem, że rzeczywiście mogli mnie tylko wysłać, bym zobaczył sam. Po co ja zresztą tak okrężnie objaśniam, kiedy sprawa jest prosta: w poniedziałek 22 września 1975 roku o godzinie 10.45 ujrzałem dziewczynę, która zakasowała i skasowała wszystkie, jakie kiedykolwiek przedtem i potem widziałem; "w życiu, filmie, na okładkach pism oraz kilkudziesięciu kanałach TV", to powiedział o niej ktoś inny, ważniejszy, a ja powtarzam za nim, wstawiając moją datę.

Przyleźli gapić się z innych klas. Zupełnie bez żenady - jak ktoś, kto osłupiał - stali i rozbierali ją wzrokiem. Z tych wranglerów obcisłych, z tej bluzki czarnej; w samych tylko do obłędu i szpiku kości rajcujących butach ją zostawiali. Czy wiedziała, że jest w tym momencie angażowana przez młodych i zdolnych reżyserów do głównej roli w ich pornograficznych dobranockach? Musiała wiedzieć.

Podszedłem bliżej, nawiązałem kontakt wzrokowy i było tak, jakbym zagrał w szachy z Bobbym Fischerem. Cóż, są ludzie, którzy mają piękne i wyraziste oczy, są aktorzy, którzy tylko samym wzrokiem umieją grać i - jest ona, niewątpliwa liderka tego klubu.
- Rany, ale mam kaca -- poskarżyłem się, względnie pochwaliłem.
I żeby już nie mogła mieć żadnych wątpliwości, kto tego kaca ma, niby podpis pod oświadczeniem dodałem swoje imię. Tak wyglądało moje przedstawienie się.
Milczała, czyli jakby nie zareagowała, tak jak w dobrym tonie jest nie reagować, kiedy ktoś beknie lub pierdnie, ale przemówił przecież ten jej wzrok i to zabolało dotkliwiej niż słowa.

- Skąd przyszłaś? - spytałem mimo to, marząc, by sytuacja wypadła z realnego bytu do złych snów, gdzie jej miejsce, moje zaś miejsce by znów było tam w kiblu - z Kubą, O'Brienem, Zamszycem i dodającym pewności siebie papierosem.
Spojrzała za okno, w górę, wzrokiem pokazując niebo.

- Przyleciałam - powiedziała cicho, niby mało ważne sprostowanie, którego miałem prawo nie brać pod uwagę.
Już-już nabrałem przekonania, że w niewybredny sposób robi ze mnie idiotę - toć nadawałem się do tego w sam raz - kiedy, zupełnie naturalnie, jakby dotąd dialog ani trochę nie kulał, wyjaśniła, że przyleciała samolotem z Krakowa.

- Mieszkałaś w Krakowie? - spytałem.

- Tak.

- I przeniosłaś się do Warszawy?

- Tak.
Już nie było tragicznie, ale ciągle nie potrafiłem znaleźć wyjścia z opresji i, co gorsza, wiedziałem, że ona wie. Wtedy zebrałem wszystkie siły i - jakby ruszając z posad bryłę świata - walnąłem komplement.

- Jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś tak fajnie wymawiał krótkie, jednosylabowe słowo... Przeląkłem się, że nie zrozumie, więc resztką tchu wyjaśniłem, że mam na myśli słówko "tak".
Spojrzała na mnie cieplej.

- Tak?
I roześmiała się bezgłośnie.
Potem był dzwonek, zamęt, Kuba, O'Brien wrócili; ja w głowie miałem młyn, oni o coś mnie pytali, pewnie o nią, nie bardzo zrozumiałem i poszedłem na swoje miejsce, gdzie siedziałem sam, na końcu rzędu od ściany. Z własnej woli rok temu, gdy zacząłem naukę w ogólniaku, wybrałem taką alienację; chodziło o to, że tam mogłem czytać; czytać, by zostać intelektualistą, bo po lekcjach już nie miałem czasu na lektury.

- Mogę z tobą usiąść? - usłyszałem jej głos.
Wtedy wszystkie dziewczyny mówiły do mnie per ty, ale sposób, w jaki ona to zrobiła, był nieco inny. Ja wiem? Bardziej dorosły? Tyknęła mnie, aż mi się zrobiło gorąco i chyba nawet nie odpowiedziałem, tylko jakimś - i to niezgrabnym - gestem udzieliłem jej przyzwolenia.

- Mam na imię Milena - szepnęła, bo już wszedł profesor i należało być cicho. To znaczy, jej jako nowej tak się mogło wydawać, bo akurat profesor J. od niemieckiego wzbudzał dokładnie zerowy respekt; nikt na jego lekcjach ciszy nie zachowywał, panowało ogólne rozprzężenie i - tylko ja kiedyś, jeden jedyny, przeciągnąłem strunę; mały włos, a stałbym się dla J. kozłem ofiarnym. Za wszystkie nasze dowcipy i jego upokorzenia.

- Meine Tante hat eine Nichte, die onanierte mit dem Lichte - powiedziałem, gdy domagał się przykładu zdania złożonego w czasie teraźniejszym. Rety, co się działo! Ten mały safanduła prawie siłą wywlókł mnie z klasy na korytarz, wrzeszcząc, że mam iść do dyrektorki i nigdy już nie wracać. Dyrektorka (ta od windy) nie znała niemieckiego, więc nie zrozumiała istoty przewinienia i ktoś jej musiał to moje nieszczęsne zdanie przetłumaczyć. Ja chodziłem z kwiatami, moja mama chodziła z kwiatami, wreszcie postawili mi trójkę ze sprawowania i na tydzień zawiesili w prawach ucznia.

Ale, jak powiadam, byłem wyjątkiem, bo widocznie mimo wszystko przekroczyłem jakąś granicę. Inni umieli ją dostrzec, a i tak lekcje profesora przypominały prymitywny niemiecki kabaret. Taki z grubą Bertą i klepaniem w tyłek.

Lecz tego dnia było trochę inaczej i rzeczywiście dość cicho, kiedy J. zwrócił się do nowej uczennicy, choć rzecz jasna to dla niej, nie dla niego taka cisza zapadła; ona dla dziesięciu chłopaków i osiemnastu dziewczyn była interesująca, a nie ten nieboraczek.

Zaczął od jakiegoś prostego pytania, wie heist Du czy coś w tym guście; tak, to musiała być prośba o personalia, bo wtedy po raz pierwszy padło jej nazwisko - Hrabicz, przy czym "r" wymówiła jak Niemiec. Nie wiem, czy był to dowcip, czy uznała, że taka jej germanistyczna powinność.

Potem J. znowu o coś spytał, Milena odpowiedziała, on znów i ona znów. Moja znajomość niemieckiego kończyła się gdzieś bardzo niedaleko za wie heist Du, więc po chwili nic nie rozumiałem, poza tym, że oni płynnie ze sobą rozmawiają i że w kwestiach Mileny musi być nawet jakiś polot i dowcip, skoro J. co i rusz piskliwie chichocze.

Domyślam się, że gdyby mógł, przekonwersowałby z nią całą lekcję, zamiast wracać do nas, nas znosić i drżeć, że znów któryś powie coś podobnego jak ja o tej siostrzenicy i świeczce.

Obce mi są sentymenty Tuwima; gdy szkołę wspominam, żadna tęsknota nie wgryza się w serce i nie mam oczu pełnych łez. Ale ten dzień, ten konkretny dzień, kiedy Milena Hrabicz przyszła do naszej klasy, chętnie przeżyłbym jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze...
A czy siebie z tego dnia równie chętnie bym powtórzył?
Miałem wtedy szesnaście lat i kilka miesięcy, rok wcześniej moi rodzice rozwiedli się; mama częściej bywała w Grenoble u francuskiego narzeczonego niż w domu, byłem sam w ogromnym mieszkaniu, połączonym z jej pracownią.

Nieprawda. Sam bywałem rzadko. W moim pokoju - ponad dwadzieścia metrów kwadratowych, na ścianach napisy i bohomazy - non stop siedzieli jacyś ludzie. Pili wino, grali na gitarach, pod Deep Purple, Jimiego i Stonesów obmacywali panienki. Na moim tapczanie, na moim fotelu, na moich oczach.

Wiedziałem, że to głupia sytuacja tkwić w kącie i kibicować; że oni siłą rzeczy muszą mnie lekceważyć. Ale co miałem robić? Wygonić ich i skazać się na wyłączne towarzystwo babci, która wpadała czasami zrobić mi obiad?

- Znalazłbyś sobie jakiś towar - mówił Kuba - bo to głupio tak, że my bara-bara, a ty siedzisz w kącie i konia walisz.
Nie wiem, komu miało być bardziej głupio, mnie, jemu czy tym dziewczynom; a co do konia, to mylił się, bo choć oczywiście robiłem te rzeczy, nigdy za podnietę nie służyły mi ich poczynania. Na taki seks patrzyłem równie obojętnie jak na kopulujące psy; zgoda, patrząc na nich, cierpiałem, ale to nie były męki Tantala.

Boleśniej niż rubaszność Kuby dotknęły mnie słowa O'Briena.
- Boję się, żebyś nie poczuł się gorszy, bo to mogłoby popsuć naszą przyjaźń.
Cóż, przebolałbym jego obłapianki z Lidką Cz., bieda w tym, że w innych dziedzinach też mnie przewyższał; opowiem jeszcze o bliskim doskonałości Michale O'Brienie, moim przyjacielu.

Nie mogąc przeżyć powtórnie tego dnia, wracam przynajmniej pamięcią. Ale niewiele ocalało. Niewiele Mileny. Niemiecki był przedostatnią lekcją, potem tylko wf, dla chłopców i dziewczyn osobno. I tyle.

Gdzieś w kwadrans po ukończeniu popisu przed J. Milena lekko trąciła mnie w ramię. Chodziło jej o książkę, którą czytałem pod pulpitem. Pokazałem, wzięła jak coś tak znajomego, że aż własnego, przekartkowała, bez ceremonii zakreśliła jakiś fragment flamastrem, oddała.

Mówię do ciebie tak cicho, jakbym świecił, i kwitną gwiazdy na łące mojej krwi - te dwa wersy uznała za właściwe zaznaczyć; dla mnie, dla siebie lub po prostu ot tak.

Minęło kilka dni. Milena szybko opuszczała szkołę, z nikim nie rozmawiała, machała tylko dłonią, żegnając nas zbierających się przed wymarszem do "Sułtanki". Wtedy wszyscy chodziliśmy tam po lekcjach, to był nasz drugi dom i pierwsza szkoła.

Mijała nas. Na chwilę przystawała, by zapiąć płaszcz lub zapalić papierosa. Wtedy właśnie do nas machała. W skórzanym płaszczu do kostek, oddalająca się w kierunku placu Unii. Co mogę więcej powiedzieć? Miałem długie włosy, modną kurtkę Wranglera, padał deszcz, pewnie niecodziennie, ale zapamiętałem z deszczem i już. Kropla spadająca na żar gasiła papierosa, Milena skręcała w ulicę Boya i znikała mi z oczu.

I tak dalej, i tak dalej... Nie współodczuwam z Tuwimem, gdy pisze o szkole, ale tego rodzaju nastroje - proszę bardzo, tu on dla mnie mistrz.

Wreszcie zdecydowałem: pobiegłem za nią. Było śmiesznie, gdy starałem się ukryć zadyszkę, skąd, wcale nie biegłem, szedłem sobie po prostu, przypadkowo w tę samą stronę. Dziwny był ten kierunek Mileny; przechodziła ulicę Waryńskiego i szła przez pole ku nowemu osiedlu. Słabo znałem te okolice, choć tyle lat mieszkałem o rzut kamieniem, i teraz miałem kłopot, jakie kłamstwo wymyślić - dokąd to ja mianowicie zmierzam, jeżeli w tych obcych stronach jest mi z nią po drodze. Wymyśliłem kino "Stolica".

- Umówiłeś się z dziewczyną?
W jej tonie nie było nic zalotno-kpiarskiego. Sama rzeczowość. Jakby pytała, czy idę do dentysty, lekarza, na dworzec.
Łgać nie wypadało, ale wysiliłem się na niedopowiedzenie; normalnie to ja się umawiam z pięcioma dziewczynami dziennie, a tylko dzisiaj wyjątkowo nie mam ochoty - sugerowało chytrze moje "nie".
Przez chwilę szliśmy obok siebie w milczeniu. Zaskakującą w centrum miasta polną drogą.
- To zabierz mnie...
Nie zabrzmiało wyzywająco, nawet chyba dosłuchałem się prośby. I ona rzeczywiście prosiła; dziś dopiero, gdy odtwarzam w pamięci jej głos, słyszę w nim to, czego wtedy słyszeć nie mogłem. Lub raczej zrozumieć, z prostej niewiedzy o życiu i babach.

Był to głos osoby pewnej siebie, przekonanej, że jej słowa zawsze przyniosą zamierzony rezultat, ale zarazem zmęczony i znudzony własną permanentną skutecznością i dlatego stonowany niby prośba.

Podejrzewam, że czarodzieje posługujący się w określonych sytuacjach zawsze tym samym, wypróbowanym zaklęciem, tak właśnie je wypowiadają. Z dodatkiem nuty błagalnej, nie żeby wspomóc siłę czarów, lecz by nie klepać tego nudnego, głupiego hokus-pokus.

"Wypowiem zaklęcie i będzie mój." "Kolejny będzie mój", trapiła się czarodziejka, ale niestety innych zaklęć nie znała. Dlatego musiała zagadać o tym kinie.

- Według ciebie byłam taką znudzoną i zblazowaną dziwką? - obruszy się kilka miesięcy później. - A więc jeśli chcesz wiedzieć, było dokładnie odwrotnie. Zainteresowałeś mnie.
Tak, możliwe. Byłem pewnie trochę inny, a odmienność zawsze ciekawi. Czyli -- i moja racja, i jej. To krzepiące, że racje nie muszą się wykluczać.
Przystanęła przy pierwszym wieżowcu ulicy Batorego.

- Poczekaj, zaraz wrócę.
Wtedy jeszcze nie chciała ujawnić, że mieszka sama; byłem pierwszym, który to odkrył. Na dole wieżowca, w holu, stał stolik i cztery ławki; wszystko mocno do podłogi przytwierdzone, by nikt nie ukradł. Siadłem i zabrałem się do palenia: wypaliłem trzy papierosy, a jej nie było. Wtedy wstałem i na umieszczonej w gablocie liście lokatorów poszukałem nazwiska Hrabicz. Nikt taki tu nie mieszkał.

- Może starzy mają inne nazwisko - domyślał się później Kuba.
(No tak, to się zdarza, nie trzeba daleko szukać - ja się przecież inaczej nazywam niż mama.) Kuba świetnie tańczył, dobrze opowiadał kawały i zawsze szukał prostych rozwiązań. Ponadto nosił przyciemniane okulary, zaliczał mnóstwo dziewczyn i znał się na militariach.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
MOŻE JESZCZE JEDEN ARTYKUŁ? ZOBACZ CO POLECAMY 🌟