Roztrzaskane życie
– Dziaduś! Dziaduś! – krzyknęło dziecko, kiedy przejeżdżali obok drewnianej kapliczki, przy której starzec święty modlił się na kolanach, w pyle, jak to miał w zwyczaju. Dla większego ukorzenia się przed Bogiem, że to jakoby pył jest, rył w ziemi pazurami. Wystraszył się starzec bryczki, poderwał z kolan i wygrażać zaczął. Nie spodziewał się on w tej stronie nikogo, bo też odludne miejsce wynalazł do modlenia się. Że też mu się chciało dyrdać taki szmat drogi! Nastawiał starzec kapliczek na krzyżu co niemiara. Przy każdej drodze i drożynie, i na rozstajach, i na miedzach, i na skraju lasu, i w dziwnych różnych miejscach, że innemu nie przyszłoby do głowy stawiać tu krzyże i wieszać kapliczki. Chodził do jednej, do drugiej piachem głowę sypał i na kolanach modlił się. Pokutę odprawiał za grzechy młodości i Boga błagał o wolność dla ojczyzny. Święty to starzec, ciężko mu chodzić, o kiju chodzi, ale chodzi i pacierze mówi, i napotkanych chłopków naucza. Pielgrzym niestrudzony, apostoł. Żeby to więcej ojczyzna
takich miała, to by w niewolę nie popadła.
– Czego stoisz! – krzyknął teść na xięcia, zły jak diabli, że ten go przydybał na modłach. – Jedź, gdzie masz jechać! Czegóż to nie śpisz po obiedzie? Licho cię jakieś nosi! Zawsze się to uwali i śpi, a dziś nie!
Tak starzec narzekał. Podniósł się z kolan, nogą piach zadeptał. Spojrzał xiążę raz i drugi na kapliczkę, na bukiet polnych kwiatków zwiędły, suchy, na piach, na wielki głaz odwalony, na but starca, na „Seym dyabelski”, który na piachu leżał porzucony niedbale i znowu na mordę starca straszną, i na świeżą ziemię i mało się w głowę nie puknął!
– Dziaduś! Dziaduś! – zakrzyczała mała Zosia.
– Jedź! – wrzasnął starzec. – Czego stoisz?! Czego nie śpisz po obiedzie?!
Usłyszał xiążę strach w jego głosie. Ruszył z kopyta. Palnął się w czoło, kiedy stary nie widział. Roześmiał się.
– Dziaduś! Dziaduś! – krzyczało dziecko i klaskało. A xiążę głową kręcił i śmiał się, jakby mu nagle wszystkie choroby ciało i głowę opuściły, jakby się na nowo narodził, tak lekki się czuł i mocny! Ale i bał się, czy w swoich planach nie przeliczył się! Trwoga go opadła i zimny pot oblał! Koło fortuny jest kapryśne! W jednej chwili los zapowiada odmianę, w drugiej przychodzi rozczarowanie. Nie przeliczył się xiążę. Smagając konia batem pognał do najbliższej kapliczki, upadł na kolana, kamień odwalił i końcem bata ryć począł w ziemi. Nic nie znalazł! Skoczył do bryczki blady ze strachu i poleciał do drugiej kapliczki! Tu już znalazł! Zawiniątko ze szmaty pod kamieniem znalazł, w ziemi, w nim puzderko drewniane, a w puzderku sakiewkę ze skóry, a w sakiewce złote ruble! Zaśmiał się xiążę i przeżegnał, Bogu podziękował i skoczył do bryczki i pognał jak wicher, aż Zosia mała spadła z ławki na podłogę, wystraszyła się i zapłakała, ale jej xiążę obiecał cukierków kupić i koszyczek.
Raz znajdował pod kamieniem zawiniątko, a w nim puzderko, a w nim sakiewkę, a w niej złote ruble, a drugi raz nie znajdował! Kiedy tak obleciał kapliczki, ujrzał teścia biegnącego do ostatniej już, na wzgórku stojącej. Podciął xiążę dzielnego konia i tak lecieli obaj, teść, któremu mało krew oczami nie trysnęła, wzywający niebiosa, żeby poraziły Stanisławczyka, żeby go zatrzasły, żeby w gnój zamieniły i xiążę stojący w bryczce, śmiejący się, lżący starca, który zięcia od Żydów i lujów nazywał, a znowuż zięć nazywał teścia starym lujem! I tak lecieli teść z zięciem, i nazywali się!
Stanisławczyk pierwszy doleciał, kamień odwalił, zrył ziemię, porwał zawiniątko i do bryczki skoczył. Szydził z siwej głowy teścia. Kiedy starzec doleciał do kapliczki, dziurę tylko w ziemi zastał, a że nabiegał się po polach za bryczką i na dziury tylko trafiał, więc upadł na kolana, żałość go straszna rozdarła i serce pękło. A xiążę był już daleko. Do dworu jechał ruble liczyć i schować zanim starzec nadleci joby miotając. Jobów już on nie będzie miotał, bo go szlag na wzgórku trafił.
Oddał xiążę zapłakaną, posikaną Zosię dobrej Janowej i poleciał na górę z sakiewkami. Tu dopiero wystraszył się, że nie ma gdzie schować takiej fortuny. Przyleci starzec i będzie deski rwał i papier ze ścian! Co robić?! Co robić?! Z szablą przyleci i natnie mebli! Drzwi wyrąbie! Skaczą oszalałe oczy xięcia po ścianach, po meblach, myśl goni myśl! Wrzucił xiążę sakiewki do podróżnego saka i zbiegł na dół! Na dole okręcił się pięć razy nie wiedząc, w którą stronę się udać! Pobiegł z sakiem do kuchni! Z kuchni pobiegł do spiżarni! Ze spiżarni z powrotem do sieni! Z sieni na ganek, a z ganku na górę! Schodkami wlazł xiążę na strych, wyjrzał przez okno, czy starzec nie idzie. O, wiedział xiążę, że teść przetrząśnie każdy kąt i pieniądze znajdzie! Szczwany jak pułk intendentów. Całe życie kradł, a mówił, że traci, łupił chłopków na wadze i dniach odrobku, a biadał nad własną rozrzutnością i pobłażaniem. Trudnił się lichwą i oszukiwał w kartach. O! Choćbyś złamany grosz w piekle schował, znajdzie go starzec i
jeszcze Lucyperowi skórę wygarbuje, że złodziej!
Miotał się xiążę po strychu, wlazł w jakieś rupiecie i pajęczyny, znów przez okienko wyjrzał, czy starzec straszny nie leci zemsty szukać! Nie leciał! Jakże to? Czemu nie leciał z włosem rozwianym, z krzywą twarzą, z czarną czeluścią ziejących ust, ze wzniesionymi rękami? Czemu nie leciał, skoro czas był? Już by go xiążę ujrzał z wysokiego strychu, a widział tylko drogę wijącą się jak wstążka dziecka, to ginącą za drzewami i wzgórkami słodkimi, to pojawiającą się nagle. Siedział xiążę skryty na strychu i wyglądał przez okrągłe okienko.
Mijały minuty i żadnych jobów, żadnych krzyków nie usłyszał. Zmęczona cisza popołudnia wypełniała podwórze i gorący strych. Dobra Janowa coś tam zakrzyknęła w kuchni i głos jej kominem poleciał w górę i rozwiał się w przestworzu. Dziecko zapłakało. Pod dachem polatywały jaskółki. Gołąb zagruchał. Stanisławczyk siedział w mroku, sak do brzucha przyciskał ukryty przed światem i wszystkimi, którzy dybią na xięcia. Zachciało mu się śmiać, bo taką lekkość odczuł, że zaraz by z okienka wyskoczył i poleciał ptaszkiem jakimś. Żeby nie teść. Śmiał się i przyciskał pięść do ust. Przyjemnie mu było, że co chce, to zrobić może, a nikt go nie zobaczy, że tak się schował. Widzi wszystko, świat cały widzi, a jego nikt nie widzi. Chichotał w kułak i palcami poruszał w złotej, gęstej od kurzu smudze światła wpadającej przez okrągłe okienko. Spodobała mu się ta zabawa i bawił się, póki nie poczuł nudy. Wyjrzał przez okienko. Napluł przez nie i wyjrzał zobaczyć, gdzie ślina spadnie. Spadła w pokrzywy szkody nie czyniąc. Na łeb
jakiejś świni spadła.
– Nie ma dziada – rzekł xiążę na głos. Poszedł po rozum do głowy i zainstalował się w swoim pokoju, w oknie, bo mu na strychu skwarno zaczęło być.
– Nie ma dziada – powtórzył dodając sobie otuchy. Przytknął lunetę do oka i dalej jechać po dróżce jak wstążka. Dojechał do owej kapliczki cienkiej i małej jak zapałka na krańcu świata i ujrzał trupa, małego jak gałganek. Xiążę przestał oddychać i przy lunecie gmerać. Wreszcie rzekł słowo: „Zdechł”. Oblizał się i zaśmiał niepewnie, nerwowo, zachichotał.
Potem przestał się śmiać, bo nie do śmiechu mu. Wbił lunetę w oko i znowu wstrzymał oddech, bo jak mu luneta skacze, to wszystko skacze. Patrzył na trupa czy się nie rucha. Czy głową, nogą albo ręką nie porucha – ale nic. Nie rucha się trup! Jak leżał, tak leży!
– Dobra nasza! – zakrzyknął xiążę.
Dopiero teraz wziął się za liczenie pieniędzy! Siedząc na podłodze opróżniał sakiewki i liczył. Samo złoto! Fortunka magnacka! Porwał zaraz kawał papieru, ołówek poślinił i notaty poczynił buchalteryjne. A zera mu skakały przed oczami jak pchły! Wrzask nagły i tłuczenie do drzwi przerwało liczenie. Zamarł xiążę. Nie odda on już trupowi skarbu! Wrzucił ruble do saka. Porwał pistolet nabity, przeżegnał się i przy drzwiach stanął. Po drugiej stronie wrzaski, lamenty, tupot nóg. Przytknął xiążę ucho do drzwi, a sak do piersi przyciska. Wejdzie trup, to go zastrzeli, a sam umknie na dół! Taki miał plan.
– Jaśnie Panie! – zakrzyknął niedobry sługa. Xiążę milczał.
– Jaśnie Panie!
– Co tam?!
– A znaleźli starego pana!
– Co mu?
– A nie żyje!
– Pewniście? Macaliście?
– Pewnim! Macalim!
Otworzył xiążę drzwi, usunęły się sługi.
– Won! – zakrzyknął Stanisławczyk.
Pochowały się sługi po kątach. Coś tu trupów dużo ostatnio. Przeklęty jakiś ten dwór, czy co? Zszedł xiążę na dół, a sak przyciskał do piersi. Na dole pachoł stał i kłaniał się w pas, a z pachołem administrator. Wysłuchał xiążę pachoła, wysłuchał administratora, swoją łaskawość im okazał i zawieźć się rozkazał na miejsce, gdzie pachoł trupa dostojnego zoczył. Pojechali. Leżał starzec siny cały, aż fioletowy. Księga i kostur walały się w pyle drogi. Starzec też się walał w pyle drogi swej męczeńskiej. Zszedł xiążę z bryczki i trącił butem trupa, a ten ani westchnie. Nie żyje. Uspokoił się Stanisławczyk, pochylił. Zobaczył sznurek między żelaznymi palcami zaciśnięty i straszna go myśl naszła, że miał teść sakiewkę, którą schować chciał, a nie schował, bo go xiążę z małą Zosią zdybali, a teraz nie ma sakiewki! Miał, a teraz nie ma! O! Straszna cholera zalała xięcia! Zerwał się i do pachoła skoczył.
– Gdzie sakiewka?! – ryknął strasznym głosem i targać go zaczął. Pachoł zębami zadzwonił, ale nic nie rzekł ze strachu. Targał nim xiążę, bił i okładał pięścią, aż się zmęczył. A pachoł nic. Wyciągnął xiążę pistolet zza spodni i przytknął lufę do piersi pachoła niedobrego. Posikał się pachoł, upadł na kolana i tak jęczał i piszczał, jak szczenię w pyle drogi. Spojrzał xiążę na administratora i cała rzecz stała mu się jasna. Straszliwą się stała twarz xięcia! Jak trup, jak upiór wyglądał. Wyszczerzył zęby. Upadł i Pundyk na kolana, ręce złożył i prosił, żeby go xiążę nie zabijał.
– Dawaj sakiewkę! – rozkazał xiążę. – Wszystko ci jak świni w oczy lezie i wszystko zeżresz! Zgnijesz w kryminale! Już cię to nie ominie! W piekle się usmażysz, żeś ty trupa okradł! Żeś trupowi spokoju nie dał!
Oddał mu Pundyk sakiewkę i prosił, błagał, łzy ronił, żeby go xiążę nie gubił. Biadał, że jakieś dzieci ma po wsiach, że baby liczne w gorączce brzuchacił, a czemu on tak brzuchacił, to nie wie. Rozumu nie miał!
– Won z majątku! – rozkazał mu xiążę surowy. – Do nocy ma cię tu nie być, inaczej każę chłopom cepami zatłuc! Jak psa!
Kopnął xiążę pachoła i kazał mu lejce wziąć. Pundyk pozbierał się i odszedł zasmucony.
– Tfu! – splunął za nim xiążę. – Złodziej! Szubrawiec!
Przywiózł xiążę trupa do dworu, a tam już xiężna, Hieronim, Zosia mała i służki przed gankiem czekają ciekawi, jak też nieboszczyk wygląda. Obejrzeli i nadziwić się nie mogli, że on taki modry jest jak chaber. Wniesiono nieboszczyka do jego pokoju, ułożono na łóżku i baby zabrały się do mycia, bo brudny był, jak jaki dziki Murzyn. Do przebierania się zabrały, zanim na kloc nie zesztywnieje.
Tak oto w niedzielę majową zakończył żywot starzec. Zaraz też po klechę posłano, żeby ciało namaścił. Zostawił xiążę te sprawy babom, zabrał sak i do miasta pojechał. Ale nie poszedł do klubu! O nie! Wynajął numer w hotelu Żorż i jak się w nim zamknął, tak otworzył w poniedziałek rano. W nocy spać nie mógł, sakiem potrząsał i brzęku monet słuchał. Tak się bawił do świtu, a rano kazał się zawieźć do banku, żeby wsadzić pieniądze do pancernej kasy. Kłaniali mu się i cmoktali, bo dawno takiej fortunki nie widzieli. Dyrektor banku zaprosił xięcia na herbatkę i pytał:
– Skądże taka fortunka, jeśli łaska?
– Konający teść mi zostawił – rzekł xiążę. Uronił dyrektor łzę, że konający. Rzekł Stanisławczyk, ze ścierwo był i dawno powinien zdechnąć. Chował sukinsyn tak sprytnie, że nikt by nie odgadł. Spytał dyrektor:
– Gdzie chował?
– W ziemi sakiewki chował!
Klasnął dyrektor w dłonie z podziwu:
– Patrzcie no! W ziemi!
Z banku pojechał xiążę do zakładu Bucholtzowej zapytać o Żozefin. Wszyscy tam spali i długo tłukł laską, zanim mu otworzyli. Kazali mu przyjść po południu. Kazał xiążę, żeby go zapisali do Żozefin. Nie podobało mu się, że tylu przed nim różnych obmierzłych radców, hrabiów, kasztelanów, okolicznego młodego ziemiaństwa i starych pryków.
– Zapłacisz xiążę dobrze, będziesz pierwszy – rzekła mu Bucholtzowa, wesoła, gruba diwa z wąsami. Ale oczy miała głębokie i zimne, jak sadzawka skuta lodem.
– Zapłacę – zamigotał oburzony xiążę złotem.
– Zapłać.
– Zapłacę! – wrzasnął xiążę, bo nie znosił niewdzięczności. Musiał zapłacić. Na nic się zdały jego słowa o przyjaźni z kapitanem z cyrkułu oraz, że dał już xiążę na kształcenie dziewczątek.
– Żadnej zniżki – rzekła mu Bucholtzowa. – A datki obrócą się na korzyść, bo wprawdzie Żozefin pojedzie w tournée, ale nauczy miejscowe dziewczątka swojej sztuki ciągnięcia kuchy i poniosą one kaganek oświaty w mrok tego dzikiego kraju.
Cóż miał xiążę rzec? Nie chciał żyć w ciemnocie. Oby się tylko datki na korzyść obróciły!
Od niedobrej Bucholtzowej pojechał do druha Slupcyna. Obudził się już przyjaciel xięcia, siedział w fotelu, i gazetę czytał. Czytał o dożynaniu powstania w Galicji i o jakichś spiskowcach-studentach, którzy cara chcieli zgładzić, ale nie zgładzili, bo im w powozie koło pękło. Sardynki jadł. Na stole stała butelka wina i inne pogryzione frykasy się walały.
– Cara chcą zgładzić – rzekł wielki Slupcyn zadumany. Mały Stanisławczyk wsadził w usta kawałek sera i zaraz wypluł, bo był spleśniały.
– Jakiego tym masz sługę? – zdumiał się xiążę.
– Ale nie kradnie.
– Bydlę – powtórzył xiążę. – Kradnie, ale chytrze. – Nalał sobie wina do brudnej szklanki. Posmakował. Wypił. – Jaki ser, takie wino – mruknął.
No, jak już Slupcyn siedział w domu i gazetę czytał, znaczy to, że groszem nie śmierdział.
– Jedziesz do klubu? – zapytał Stanisławczyk przyjaciela.
– Jadę.
Pojechali. Zjedli śniadanie w restauracji Magazynera. Jak Slupcyn zobaczył pieniądze u xięcia, to zaraz zaczął się z nim całować. Co wypije kieliszek, to się całują, aż się Żydzi, aj! aj! nadziwić nie mogli, że tacy to przyjaciele! Doprawdy i xiążę był w szampańskim nastroju! Chciało mu się jeść, pić, tańczyć i z kobietkami zadać! Wszystko by chciał ludziom wybaczyć! Szybko sobie podchmielił, za szyję Slupcyna złapał i śpiewać zaczął. Śpiewał słodkim głosem tęskne pieśni o miłości, o Cygankach jakichś i o ptaszku, że poleciał za kochanką. Ciągnął Slupcyn xięcia, ile też ma pieniędzy, aż wyciągnął, że ma, sukinsyn, dużo.
Opowiedział mu xiążę o teściu swym, który pod krzyżem zmarł podczas modłów. Teść odbywał swoją kalwarię niosąc księgę i kostur pątnika, aż serce nie wytrzymało podłości tego świata, grzechu, niezasłużonych cierpień, jakie ojczyzna ponosi i pękło! Zerwał się xiążę w restauracji i zaczął krzyczeć, że teść jego był najświętszym człowiekiem na tym łez padole! Tak kochał ojczyznę swoją jak niemowlę! Trzymał xiążę wymyślony kształt w dłoniach i lał łzy, i kiwał się, i kulił nad owym kształtem, i do piersi cisnął. Kazał Slupcyn przynieść szklankę zimnej wody, bo nie mógł znieść tego lamentu patriotycznego i w twarz xięciu chlusnął.
Ocknął się Stanisławczyk z szału, zapomniał o teściu. No to Slupcyn zamówił orkiestrę, żeby im grała do obiadu. A co zamówił na obiad, to już niewypowiedziane! Chyba tylko mimrów z mamrami nie zamówił i niebieskich migdałów! Różne crčmes i pâtes, i wieprzowe kotlety z ogórkiem! Xiążę jadł mało, więcej śpiewał, ale już nie cudnie, tylko kwiczał i piszczał. Za to Slupcyn żarł za trzech! O, umiał on zjeść! Kelner nie nadążał donosić.
Przyleciał osobiście Magazyner, żeby dogodzić. Wszystko, co tam miał w kuchni kazał wrzucić do brytfanny, wymieszać, ubić. Nazywało się to ragoűt. I co kelner przyniesie to coś wymieszane, że nie dojdzie człowiek, co tam jest, to Magazyner słowo po francusku wypowie, małym palcem ruszy, na którym pierścień nosi. Sam wina dobiera, świństwo, ale mocne, w gardle pali jak wódka. Mówi Magazyner, że to pachnące wino włoskie, a to zaś stuletni węgrzyn, a to ciężkie, słodkie reńskie, a tamto delikatne francuskie. Wszystkie Magazyner wyrabia z jabłek w piwnicy, ale że tanie i mocne, bo szczodrze buraczanej melasy wali, więc i smakują wina gościom! Piją bez opamiętania!
Poczuł się Slupcyn dobrze ugoszczony, przetrząsnął kieszenie Stanisławczyka i zapłacił trzy razy tyle, ile należało. Kazał jechać słudze do sklepów. Kupił sobie nowe buciki, kapelusz, wzorzystą kamizelkę, pudełko cygar, spinki, cztery złote guziki, sam nie wiedział, po co, tuzin plastronów i laskę. Po sprawunkach pojechali do Slupcyna. Tam się obaj pospali do wieczora, a wieczorem pojechali do Bucholtzowej, bo sobie xiążę przypomniał o Żozefin. Tak jak xiążę skończył śpiewać u Magazynera, bo go śpik zmorzył, tak podjął śpiew w bryczce. Nigdy go jeszcze tak wylewnym Slupcyn nie widział. W burdelu dziwili się Stanisławczykowi, że tak śpiewa i nóżkami przebiera! A najmocniej przeraził się Juszkiewicz z obwisłą wargą i błagał xięcia, żeby go nie gubił, że mu wyjawi niepatriotyczne czyny kilkorga z ziemiaństwa.
– Jemu wyjaw! – zaśmiał się xiążę, pokazując na Slupcyna.
– Mnie wyjaw! – zachęcał Slupcyn. Zaciekawił się, i musiał mu Juszkiewicz wyjawić, a cierpiał jak Piekarski na mękach. Powiedział, że co poniektóry to Żyd-przechrzta, pejsy zgolił i szablą wywija. Powiedział też, że jedni patrioci donoszą do policmajstra na innych patriotów. Co tydzień zmiana. Ci, co donosili stają się tymi, na których donoszą, ci zaś, na których donosili, stają się donosicielami. To idzie podług jakiegoś szyfru, ale Juszkiewicz go nie zna. Wie tylko, że jak który z frakcji powie, jakiemuś słabszemu w uczuciach patriocie, co to kuflem nie trzaska w świętym oburzeniu i właściwie trudno go nawet nazwać patriotą: „dzień dobry” albo: „dobrej nocy”, to to wcale nie znaczy, co się słyszy.
To znaczy coś niewypowiedzianego i tajemniczego, co tylko patrioci z danego tygodnia umieją odszyfrować. Raz mu jeden z tych słabszych patriotów wyznał, w chwili romantycznego zamglenia umysłu, że słowo: „dobry” oznacza jakiś artykuł szykowany w gazecie na tego, na którego donoszą. A znowu słowo: „noc”, jeśli je wypowiada któryś z frakcji donosicieli, oznacza: „mamy Cię na widelcu”. Nic się nowego Slupcyn nie dowiedział, więc kazał Juszkiewiczowi iść precz do czorta. Poprosił xiążę Slupcyna, żeby szkodę uczynił Sztorchowi, ale ofuknął go Slupcyn, że Sztorch okazuje przywiązanie do dworu namiestnika, że nie spiskuje i co tu z takim zrobić? Śmieszne się to xięciu wydało, więc śmiał się w bufecie i czekał, aż Żozefin zacznie przyjmować. Ziemiaństwo uprzyjemniało sobie czekanie rozmową o studentach, którzy cara jakoby mieli zgładzić.
No, jakże oni mogą cara zabić, jeśli go pilnują wielkoludy? Drugim tematem roztrząsanym były skutki rabacji galicyjskiej. Wyrażało ziemiaństwo obawy, czy zaraza buntu nie przedostanie się do Królestwa. Nadzieję w Kozakach pokładano, że zbuntowanych chłopków na kopytach rozniosą. Tak rozmawiało ziemiaństwo szlachetne, współczuło studentom, klątwy rzucało na cyklopów i zgrzytało zębami. Nie wiadomo, czym by się strasznym nie zakończyła ta dyskusja, gdyby nie pojawiła się Bucholtzowa, nie zaklaskała i nie rzekła:
– Żozefin przyjmuje!
– Brawo! Brawo! – odezwał się ten i ów. – Niech przyjmuje! Będziem iść! Kupą panowie!
– Żadną tam kupą, ale pojedynczo upraszam o wchodzenie – zakrzyknęła Bucholtzowa. – Żozefin przyjechała z Paryża, nie nawykła do barbarzyństwa! Roześmiało się żartobliwe ziemiaństwo i nogami przebierało z niecierpliwości. Na końcu zapisani mieli nietęgie miny, ale też niewiele oni znaczyli, ledwie jacyś młodzi urzędnicy na posadach, bez majątków, subiekci, studenci.
Jak indory piętrzący na chudych szyjach kolorowe, pstrokate plastrony. Ci to szemrali między sobą i nadzieję wyrażali płonną, że starego piernika z przodu kolejki, jednego z drugim, szlag trafi. Tak się buntowali, o niesprawiedliwości mówili, i o Adamie Mickiewiczu, że co to za chłopiec piękny i młody, co to za blada dziewica chodząca brzegiem jeziora? Wychłódli starcy mieli fortunki, za to młodzieńcy ruchali nogami, taki ogień piekielny wnętrzności im palił i dusze romantyczne! Gardzą oni starymi prykami! Bryłę ruszą z posad! Ruszyła się kolejka. Slupcyn wciągnął spitego jak bela xięcia i przed Żozefin postawił.