Retrospektywka

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Czy będzie ci gdzieś lepiej

W Łodzi na początku, bardzo krótko, mieszkałem w akademiku na Batutach. gdzie tylko brydż, tanie wino i atmosfera wiecznej zabawy pozwalały nie zwracać uwagi na straszliwy, nawet uwzględniając ówczesną średnią krajową, standard warunków mieszkaniowych. Na dłuższą metę takie lokum było jednak nie do przyjęcia. Zaraz po wakacjach na wydział operatorski przyszedł Witek Leszczyński. Bardzo szybko przypadliśmy sobie do gustu i on zaprotegował mnie pani Grecie G. Pani Greta była prawdziwą damą, w klasycznym stylu przedwojennej warszawki.

Od rana chodziła w dresie, dopiero wieczorem przebierała się do kolacji w bardzo wytworne suknie. Mieszkała z mężem i przyjacielem rodziny w ogromnym, luksusowym mieszkaniu przy ulicy Piotrkowskiej, mnie odnajęła pokój syna, który wyjechał na studia na Wybrzeże. Wieczorami przychodziła jeszcze jedna pani, zwana kuzynką, i cała czwórka zasiadała do brydża. Po pewnym czasie zorientowałem się w prawdziwych związkach tych dwóch par i zrozumiałem, że wszystko tu odbywa się w pełnej zgodzie, przy akceptacji wszystkich partnerów.

Daleka jest droga do toalety

Zacząłem się urządzać w wynajętym pokoju, który miał tę zaletę, że znajdował się tuż przy wejściu do mieszkania i można było się do niego wśliznąć niepostrzeżenie, nawet przemycając drugą osobę. Było to naprawdę ważne, bo gospodyni bardzo interesowała się moim życiem intymnym i uwielbiała wciągać mnie w rozmowy na ten temat, nie szczędząc przy okazji cennych rad, opierając się na swoim bogatym doświadczeniu życiowym.

Wadą pokoju była natomiast daleka droga do toalety, prowadząca przez amfiladę polokjów, tak że jeśli mój gość wyraził potrzebę udania się tam, miał do wyboru albo dumne przedefilowanie obok grających w brydża czy spożywających kolację gospodarzy, albo udanie się piętro wyżej. na poddasze, gdzie przy dawnej pralni znajdował się publiczny, dość obskurny klozet. Osobiście wolałem to drugie rozwiązanie i dość często wysyłałem tam moje przyjaciółki. Pewnego razu doszło w związku z tym do zdarzenia, które było brzemienne w skutki.

Moja nowa przyjaciółeczka pod koniec wizy-ty zapragnęła odwiedzić toaletę, wysłałem ją więc na poddasze, gdyż z jadalni dochodziły dźwięki rozmów. Udała się tam jedynie w szpilkach i futerku narzuconym na gołe ciało. Chwilę potem moi gospodarze znaleźli się w przedpokoju, odprowadzając do drzwi gości. Postanowiłem wyjść z pokoju, aby zapobiec ich spotkaniu z dziewczyną. Kiedy stanąłem w progu, właśnie otwierali drzwi na klatkę i przez ich głowy zobaczyłem schodzącą w dół schodami, jak w Folies Bergere, moją przyjaciółkę.

Jej szpilki stukały głośno po marmurowych schodach. Na widok stojącego w drzwiach towarzystwa potknę la się z wrażenia i omsknęła o parę stopni w dół. Poły futerka rozsunęły się i na chwilę błysnęła jej bardzo zresztą atrakcyjna nagość. Panowie zamarli. Dziewczyna. nie tracąc zimnej krwi, powiedziała "przepraszam", minęła jak gdyby nigdy nic drzwi i ruszyła dalej w dół. Panowie uchylili kapeluszy i zawahali się, co robić. Wycofali się do przedpokoju, ja czmychnąłem do siebie i nawet mnie nie zauważyli.

Po chwili podekscytowanych szeptów zdecydowali się wyjść z mieszkania (...) Pociągnąłem ją na kuchenne schody gdzie się ubrała, i zawiozłem taksówką do domu. Potem już nigdy nie chciała do mnie przyjść, natomiast pani Greta szczęśliwie nie skojarzyła jej ze mną, za to zachodziła w głowę, co ta dziewczyna robiła na poddaszu w takim stroju i od kogo wyszła. Jak się okazało, mieszkała tam tylko jedna staruszka i młody ksiądz.

Niech się święci 1 maja!

Nic nie polepszyło się w sprawach toalety a raz nawet otarłem się tam o tragedię. Wróciłem późno do domu i nic chciałem zakłócać nocnej ciszy, więc poszedłem na poddasze. Kiedy już chciałem wyjść z toalety okazało się, że zamek się zaciął i nie mogę otworzyć drzwi. Co robić w nocy? Stukać, wołać, budzić staruszkę lub księdza? Otworzyłem okienko, wychyliłem się i zobaczyłem, że sąsiednie okno od korytarza jest uchylone.

Niewiele myśląc, wyszedłem na parapet i po zmurszałym gzymsie przelazłem do uchylonego okna, dostając się na korytarz. Kiedy na drugi dzień zobaczyłem z dołu te dwa okna na piątym piętrze secesyjnej kamienicy; w której każda kondygnacja miała blisko pięć metrów, zrobiło mi się słabo. Gdyby obsunęła mi się noga, nie miałem najmniejszych szans. A jak by wytłumaczono moją śmierć? Przecież nie zostawiłem żadnego listu samobójcy. Postanowiłem już raczej zakłócać spokój moich gospodarzy i korzystać z ich łazienki, Pomogła mi w tym mała stabilizacja w sprawach uczuciowych: przeprosiłem się z moją stałą wcześniej dziewczyną, przedstawiłem ją pani Grecie, która ją polubiła, i przestaliśmy konspirować. Kiedyś przyjechała, korzystając z paru wolnych dni związanych ze świętem pierwszomajowym.

Miałem dobry pretekst, żeby nie pójść na pochód, zwłaszcza że przy październikowej odwilży i po gremialnym oddaniu przez nas legitymacji ZMP wcale nie musiałem. Umawialiśmy się wprawdzie z kolegami, że pójdziemy dla zgrywy, ale przecież dziewczyna była ważniejsza. Do tego zaspaliśmy i obudził nas dopiero gwar ludzi i odgłosy orkiestr, dochodzące z ulicy.

Mój pokój miał balkon wychodzący na Pioirkowską, otworzyłem drzwi i na pół jeszcze śpiąc, wyszedłem w piżamie na zewnątrz. Życie specjalizuje się w precyzyjnych inscenizacjach: dokładnie wtedy pod balkonem przechodziła szkoła filmowa. Jeden z kolegów odruchowo spojrzał w górę. Pomachał do mnie ręką, nie wypadało mi się cofnąć - odpowiedziałem podobnym gestem. Wszyscy podnieśli głowy i zaczęli wymachiwać, wołać coś do mnie. Któryś z nich, może Witek lub Romek, wiedział, kto jest u mnie. Zaczął skandować jej imię. Przyłączyli się inni koledzy, a po chwili obcy ludzie.

Cały pochód skandował jej imię, aż echo szło Piotrkowską. Mimo protestów wyciągnąłem ją na balkon. Staliśmy i dobrotliwie, jak z kremlowskiej trybuny, pozdrawialiśmy pochód. Tyle że w piżamach. Czynniki partyjne w szkole długo nie mogły mi tego darować, ale też nie mogły mnie z niczego wyrzucić, bo do niczego już nic należałem.

Z Romanem Polańskim

Niedługo potem Romek Polański, z którym się zaprzyjaźniłem, zaproponował mi, żebym się wprowadził do niego. Romek wynajmował wielki pokój w mieszkaniu profesorostwa L. w komfortowej kamienicy przy ulicy Narutowicza, naprzeciw rozgłośni Polskiego Radia. Środek pokoju zajmował ogromny tapczan zrobiony na zamówienie, na którym mogły spać wygodnie co najmniej cztery osoby, czasem spało ich nawet osiem, ale na co dzień spaliśmy tylko dwaj, odgradzając się wielkim wałkiem zrolowanych zapasowych kołder, które Romek kupił na wszelki wpadek.

W nocy, kiedy już nagadaliśmy się do syta i czas było spać, zawsze spełnialiśmy nasz rytuał podawaliśmy sobie ceremonialnie ręce i bardzo poważnie mówiliśmy sobie „dobranoc". Rano. po przebudzeniu, witaliśmy się tak samo shake handem, mówiąc "dzień dobry”. W złym tonie byłoby śmiać się przy tym i tu tkwił właśnie sens całego dowcipu. Zupełnie o tym zapomniałem, dopiero Romek, gdy był w Warszawie na premierze swoich "Dziewiątych wrót", przypomniał to, kiedy opowiadałem jego żonie Emmanuelle, jak na długo przed nią dzieliłem z Romkiem łoże.

Oczywiście znała te historie z jego opowieści, wiedziała nawet o lustrze, które Romek zainstalował na suficie nad łóżkiem dla spotęgowania wizualnych podniet użytkowników posłania. Zawsze lubił operowe efekty i dbał o dobrą zabawę swoich częstych gości. Jego towarzyska natura szczęśliwie miała finansowe podstawy w pieniądzach ojca, który mu ich nie skąpił, Miał w Krakowie dobrze prosperujący interes w branży galanteryjnej (nazywano go tam zawistnie Królem Szelek), a Romek był jego oczkiem w głowie.

Pamiętam, że był niewysokim szczupłym panem, ubranym z ostentacyjną elegancją Latynosa z hollywoodzkiego filmu: świetnie skrojone marynarki w pepitkę, typowa dla krakowskiej prywatnej inicjatywy zakopiańska opalenizna. złota biżuteria na mocno owłosionych przegubach, czarne włosy lśniące od brylantyny i ten sam co u Romka wdzięk, robiący wrażenie na kobietach, tyle że w męskim, a nie chłopięcym wydaniu. Dawał Romkowi bardzo dużo pieniędzy, gdyż, jak mówił, inaczej zabiorą je łapówkarze z urzędu skarbowego, którzy siedzieli w jego kieszeni i na przemian raz naliczali mu domiary, raz je umarzali, w zależności od tego, jak się sprawował. W tle ojca majaczyła niewyraźnie macocha Romka - zupełnie jej nie pamiętam. Prócz tapczanu king size, w naszym wspólnym pokoju znajdowały się jeszcze: mały stolik, aby coś czasem napisać, na suficie wspomniane lustro do rozpustnych celów oraz szafa, którą wykorzystywaliśmy do uporczywego kawału, robionego sobie nawzajem przez całe miesiące. Chodziło o 10, aby zaczaić się na
niej pod nieobecność współlokatora i kiedy wchodził do pokoju, skoczyć mu u na głowę ze straszliwym okrzykiem wampira. Czy ta nasza szafa z ulicy Narutowicza miała udział w Powstaniu Romka etiudy. "Dwaj ludzie z szafą " - niech rozstrzygają krytycy, ja mogę z całą pewnością zaświadczyć, że wampiryczne miny i grymasy Romka z dużo później "Nieustraszonych pogromców wampirów" (u nas "Balu wampirów") były trenowane wtedy, kiedy skakał mi na kark, wbijając zęby szyję z przeraźliwym wyciem, które mroziło krew w żyłach sędziwej matki profesora L w jej pokoju na drugim końcu mieszkania. Przerażające grymasy trenował Romek zresztą nie tylko w domu. Ulubioną jego rozrywką było produkowanie się w tramwajach.
Ponieważ mieszkaliśmy przy pętli, wsiadaliśmy zawsze do prawie pustego tramwaju i zajmowaliśmy miejsca siedzące. Na kolejnych przystankach ludzi przybywało i robił się tłok Jak jeździliśmy na wczesne zajęcia, na przykład na studium wojskowe, były to godziny, kiedy z nocnej zmiany wracały łódzkie prządki, śmiertelnie skonane po ciężkiej pracy. Młodym tkaczkom, nieraz bardzo pięknym w swojej bladości i znużeniu, z ręguły ustępowaliśmy miejsca na ławce, gorzej było, gdy wsiadały jakieś wredne staruchy i z miejsca miały pretensje, że my młodzi siedzimy. Wtedy Romek natychmiast zaczynał symulować konwulsje, dając całą gamę min - od wstępnych tików, poprzez rzekome próby opanowania nadciągającego ataku padaczki, aż do przerażających pląsów tańca świętego Wita na podłodze. Umiał nawet wywołać pianę na ustach. Ja go rzekomo ratowałem i uspokajałem otoczenie, że zaraz mu przejdzie, Kilka przystanków przejeżdżaliśmy tak, że ja siedziałem l trzymałem jego głowę na kolanach, a on leżał na całej ławce i cicho konał.
Potem nagle zdrowiał, podrywał się i z miłym uśmiechem wyskakiwaliśmy na zakręcie z tramwaju Granie, udawanie, nabieranie to żywoty Romka, był zresztą bardzo utalentowanym, a nawet wyszkolonym aktorem, bo nim przyszedł do szkoły w Łodzi, pracował w krakowskim Teatrze Młodego Widza, a prowokowanie miał we krwi. Lubił na przykład prowokować milicjantów, z reguły zresztą wyjątkowych głupków. Szedł raz Piotrkowską i widząc nadchodzący patrol, stanął jak wryty, zagrał śmiertelne przerażenie na ich widok, odwrócił się i rzucił do ucieczki. Dali się na to nabrać i natychmiast pobiegli za nim, krzycząc: - Stój! Stój! - Romek wpadł do najbliższej bramy zatrzymał się i zaczął ostrożnie wyglądać zza węgła. Milicjanci dopadli go z okrzykami -Stać! Dokumenty! Dlaczego przed nami uciekacie” - Romek zdziwił się: - My? Jestem sam. - No, wy... obywatel... - Ja? Przed wami? Uciekałem. bo zobaczyłem gościa, któremu wczoraj poderwałem dziewczynę na tańcach. i bałem się, że zbije mi mordę. O, idzie tam! - pokazał kogoś w tłumie
przechodniów. - Błagam was, schowajcie mnie! - ukrył się za ich plecami. Zupełnie ogłupiali dali się nabrać.

Strzały prosto w serce

Kiedyś namówił mnie na bardziej wyrafinowany szczegółowo obmyślony kawał. W sekretariacie szkoły pracowała niejaka pani Nina, niziutka garbuska. osoba poczciwa i łatwowierna. Swoją wiedzę o życiu czerpała chyba z przedwojennych romansów, bo i styl jej bycia, i sposób ubierania, i ujawniane czasem poglądy były całkiem niewspółczesne i bardzo naiwne.

Pewnego dnia, idąc Targową do szkoły, widziałem okropną, karczemną awanturę w bramie kamienicy zamieszkiwanej przez jakieś męty. Pijany cham bił swoją babę po pysku, a ona nie zostawała mu dłużna i rozpuściła swój bogaty język. Zauważyłem. że kilkanaście kroków przede mną kuśtyka także do szkoły nasza sekretarka, owa pani Nina, i jak zaczarowana patrzy na awanturę. Wyprzedziłem ją, ukłoniłem się i poszedłem dalej, ale dostrzegłem wielkie wzburzenie na jej twarzy. Parę godzin później zaszedłem do sekretariatu, pani Nina zapytała mnie: - Panie Januszu, widział Pan tę awanturę w bramie, nie wic pan, o co tam szło? - Powiedziałem, ze nie mam pojęcia - Bo ja tak myślę i myślę, i doszłam do wniosku, że ten mężczyzna chciał tę kobietę porwać! Biedaczka zobaczyła ten rynsztokowy obrazek w jakimś bajkowym nierealnym świecie, jak romantyczną historię z melodramatycznej powieści w konwencji płaszcza i szpady. I tę biedaczkę postanowiliśmy okrutnie nabrać: któregoś dnia weszliśmy do sekretariatu wzburzeni, jakby
kontynuując sprzeczkę.

Temperatura rzekomej kłótni rosła, zaczęliśmy skakć sobie do oczu, aż Romek krzyknął: - Już dość mam ukrywana Twoich tajemnic niech wszyscy wiedzą, że jesteś mordercą! - Co?!?! - odpowedziałem, śmiejąc się sardonicznie. - Jestem mordercą?! Ha, ha! Do tej pory jeszcze nie byłem, ale teraz będę! Zabiję cię, łotrze, nędznyagencie i zdrajco! Sprzedałeś naszą ojczyznę! - Wyjąłem przygotowany rewolwer ze ślepakami i dwukrotnie wypaliłem prosto w serce Romka. On runął na ziemię i zalał się przygotowaną wcześniej kurzą krwią. Pani Nina zemdlała.

Do sekretariatu wpadł przerażony rektor Toeplitz, ale my wtedy już podnosiliśmy z podłogi Panią Ninę, mówiąc, że właśnie zasłabła. Kiedy ją ocuciliśmy, Romek łatwo jej wmówił, że to wszystko jej się przewidziało, że nikt do nikogo nie strzelał, a krew na jego koszuli to jej własna, bo uderzyła się, padając, i miała krwotok z nosa. Wracając do naszego wspólnego pokoju i wskrzeszając wspomniany wcześniej styl profesora Zina, powiedziałbym: "gdyby ten tapczan i to lustro mogły mówić"...

Gdyby mogły mówić, opowiedziałyby nam wiele o obyczajach tamtych lat, które na dobrą sprawę nie różniły się tak bardzo ani od dzisiejszych, ani tych wcześniejszych, opisanych na przykład przez Heenry'ego Millera, powiedzmy w "Zwrotniku Koziorożca". Muszę przy tym przyznać, że nasze "pożycie" z Romkiem układało się nad wyraz zgodnie. Indywidualne, dzienne godziny korzystania z tapczanu uzgadnialiśmy zawsze z wyprzedzeniem i wtedy drugi użytkownik mógł przeczekać w szkole na wykładzie, na projekcji czy w montażowni, w najgorszym razie w kinie lub kaRiarni, gdy jednak wizyty dotyczyły godzin nocnych, naszych gości traktowaliśmy jako wspólnych, a styl i eleganckich tete a tete ustępował miejsca obyczajom kołchozowej komuny.

Wyjątek stanowiły wizyty aktualnej narzeczonej Romka, która przyjeżdżała z Krakowa; wtedy musiałem szukać sobie noclegu na mieście, ale kiedy on raz rycersko zrewanżował się tym samym, skutki okazały się dla mnie daleko poważniejsze, bo trwają do dziś. Po pewnej nocy najpierw nie wpisałem żadnych rezerwacji do naszego "Grafiku zajętości dupczana" (jak niewyszukanie nazywaliśmy nasz tapczan), a potem przyszedłem do montażowni Romka i wyznałem mu ze wstydem, bo to nie było w naszym stylu, że właśnie się zakochałem i w związku z tym będę musiał się wyprowadzić. Gdyby ktoś z boku patrzył na to, mógłby nas podejrzewać o jakieś dziwne stosunki, bo Romek zareagował jak odrzucona kochanka.

Popatrzył na mnie oczami zranionej sarny i powiedział - Jak chcesz, ale wątpię, czy będzie ci gdzieś lepiej... Dopiero po chwili, kiedy powiedziałem mu, o kogo chodzi, przeraził się nie na żarty. Wiedział, że tu nie uda mi się jak zwykle, wymknąć w dogodnej chwili z gniazdka, utkanego z marzeń kolejnej partnerki, która zbyt naiwnie uwierzyła w moje gorące uczucia. Miał rację: tym razem skończyło się to małżeństwem, które trwa do dziś, już ponad czterdzieści lat.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZACZEKAJ! ZOBACZ, CO TERAZ JEST NA TOPIE 🔥