Randki w ciemno

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Był to bajkowy, przepojony aromatami majowy wieczór, jeden z tych, jakie zdarzają się na wschodnim wybrzeżu, kiedy ostateczny, nieodparty szturm wiosny rozbija w pył resztki oporu zimy i niemal z dnia na dzień świat odmienia swój wygląd. Śpiewały ptaki, mocno grzało słońce, a ogród Armstrongów eksplodował nagle feerią barw. Fantastyczna pogoda panująca przez cały tydzień sprawiła, że nawet Nowy Jork zwolnił tempo, a przerwy na lunch stały się jakby dłuższe. Po ulicach spacerowały pary, ludzie uśmiechali się do siebie.

Nic więc dziwnego, że przy takiej aurze Paris Armstrong postanowiła przenieść kolację do ogrodu, na niedawno wykończone kamienne patio przy basenie. Ona i Peter zwykle zapraszali gości na sobotę, żeby Peter nie musiał pospiesznie wracać z biura tuż przed przyjęciem, w tym tygodniu jednak Paris zdecydowała się na piątek, ponieważ firma cateringowa, z której usług zwykle korzystała, wszystkie inne terminy miała zajęte.

Peter, gdy dowiedział się o tym od żony, przyjął wieści wyrozumiale - pobłażał we wszystkim Paris, a nawet ją rozpieszczał, co było jedną z niezliczonych przyczyn, dla których kochała go równie mocno jak kiedyś, chociaż w marcu upłynęła dwudziesta czwarta rocznica ich ślubu. Nie do wiary, jak szybko minęły te lata i jak wiele się w tym czasie wydarzyło. Megan, najstarsza córka Armstrongów, rok temu ukończyła Vassar i niedawno, jako dwudziestotrzylatka, podjęła pracę w Los Angeles: od dawna zafascynowana filmem zatrudniła się jako asystentka szefa produkcji jednej z hollywoodzkich wytwórni. W istocie, co przyznawała otwarcie, była kimś na kształt "podaj-przynieś", ale po pierwsze, liczyła, że będzie awansować, i po drugie, na tym etapie wystarczała jej podniecająca świadomość, iż tkwi w samym centrum wydarzeń. Jej młodszy brat, osiemnastoletni William, kończył właśnie szkołę średnią i jesienią miał rozpocząć studia w Berkeley.

Tak, Paris ciągle nie mogła uwierzyć, że dzieci są dorosłe, choć przecież, jak się jej zdawało, jeszcze przed chwilą przewijała je, na zmianę z innymi matkami woziła do szkoły, sama zaś - na lekcje baletu w przypadku Meg i mecze hokejowe w przypadku Wima. I oto za trzy miesiące również Wim wyfrunie z gniazda: miał się zgłosić w Berkeley na tydzień przed Świętem Pracy.

Paris odruchowo upewniła się, czy stół został nakryty prawidłowo, chociaż ludzie z firmy cateringowej byli profesjonalistami o dobrym guście, a dom, zwłaszcza kuchnię, Armstrongów znali na pamięć, jako że bardzo towarzyscy zleceniodawcy nader często korzystali z ich usług. Skrzyły się więc srebra i kryształy, obrus aż raził oczy nieskazitelną bielą, w wazonach pyszniły się kompozycje kwiatowe z wielobarwnych piwonii, dzieło samej Paris. Peter prawdopodobnie będzie po powrocie z pracy zbyt zmęczony, żeby docenić to wszystko. Paris jednak miała pewność, iż jeśli nawet jej mąż nie zwraca czasem uwagi na szczegóły, to przecież w każdej chwili czuje, jak ciepły i elegancki jest jego dom. A to było efektem jej starań, podejmowanych zresztą nie tylko dla Petera, dzieci i przyjaciół, lecz również dla samej siebie.

Peter był niezwykle hojnym mężem i ojcem: jako wspólnik w dobrze prosperującej kancelarii adwokackiej wyspecjalizowanej w obsłudze prawnej dużych firm odnosił takie sukcesy, że mając pięćdziesiąt jeden lat stanął na jej czele. Dziesięć lat temu kupił dla siebie i rodziny piękny kamienny dom w jednej z najbardziej luksusowych dzielnic Greenwich i dom ten - chociaż początkowo Armstrongowie planowali zatrudnienie architekta wnętrz - koniec końców urządziła sama Paris, a Peter był tak zachwycony rezultatem jej poczynań, że oświadczył półżartem, że powinna zostać zawodową dekoratorką. Mimo jednak swych artystycznych zapędów Paris i wykształcenie, i zainteresowania miała podobne jak mąż, świat interesów zaś nie stanowił dla niej żadnej zagadki.

Wzięli ślub, kiedy tylko ukończyła college i podjęła studia MBA. Zrazu myślała o założeniu własnej niewielkiej firmy, gdy jednak na drugim roku zaszła w ciążę, postanowiła pozostać w domu i zająć się wychowywaniem dzieci, Peter zaś w pełni poparł jej decyzję. Po dwudziestu czterech latach małżeństwa Paris czuła się kobietą szczęśliwą i spełnioną, choć w ciągu owych dwudziestu czterech lat robiła tylko to co tak wiele innych kobiet: prowadziła dom, piekła ciasteczka, organizowała szkolne kiermasze i aukcje, spędzała z dziećmi niezliczone godziny w gabinetach ortodontów.

Dyplom MBA był jej do tego potrzebny jak umarłemu kadzidło, niemniej jednak umożliwiał toczenie wieczornych dysput z Peterem o prowadzonych przezeń sprawach i to też bardzo ich zbliżało. Peter uważał ją za idealną żonę, a sposób, w jaki wychowywała dzieci, budził jego najgłębszy szacunek; Paris natomiast nie umiałaby sobie wyobrazić lepszego męża. Nadal umieli ze sobą żartować, gdy przytuleni pod ciepłą kołdrą leniuchowali w zimowe niedzielne poranki i nadal Paris bez szemrania wstawała bladym świtem w każdym roboczym dniu tygodnia, żeby odwieźć Petera na stację kolejki.

Jeszcze do niedawna wracała zaraz potem do domu, by odwieźć dzieci, aż nazbyt szybko jednak, przynajmniej z jej punktu widzenia, nadszedł czas, gdy dorosły, uzyskały prawa jazdy i mogły wozić się same. W tej chwili sen z powiek Paris spędzało tylko pytanie, co będzie robić, kiedy w sierpniu Wim wyjedzie do Berkeley; nie potrafiła sobie wyobrazić domu, którego w weekendy nie przewracają do góry nogami gromady rozbrykanych nastolatków, albo też letnich dni bez ich zgiełkliwej chlapaniny w basenie. Przez dwadzieścia lat z górą życie Paris niemal bez reszty koncentrowało się na dzieciach, myśl więc, że to życie kończy się bezpowrotnie, przejmowała ją melancholią i smutkiem.

Wim wprawdzie będzie przyjeżdżać do domu na weekendy i święta, ale zapewne jeszcze rzadziej niż Meg podczas nauki w Vassar, Berkeley leży bowiem znacznie dalej. A potem? Cóż, po ukończeniu studiów Meg praktycznie zniknęła. Przez sześć miesięcy z trzema przyjaciółkami mieszkała w Nowym Jorku, później, gdy otrzymała pracę, na której jej zależało, przeniosła się do Los Angeles. Bóg jeden raczy wiedzieć, czy kiedyś wyjdzie za mąż - chociaż na razie tego nie planuje - Paris i Peter będą mogli liczyć na jej odwiedziny choćby przy okazji Święta Dziękczynienia albo gwiazdki, jak dotąd.

Paris nie miała jasnej wizji, jak wypełnić sobie czas: pozbawiona doświadczenia zawodowego, nieobecna na rynku pracy, nie mogła przecież zacząć ot tak rozglądać się za posadą w Nowym Jorku. Zastanawiała się nad wolontariatem w Stamfordzie i opieką nad molestowanymi dziećmi bądź też udziałem w zainicjowanym przez jej przyjaciółkę programie zwalczania analfabetyzmu wśród uczniów publicznych szkół średnich, którzy przechodzili czasem z klasy do klasy, choć praktycznie nie umieli czytać ani pisać. Wiele lat temu Peter mawiał, że kiedy wyprawią dzieci z domu, będą mogli podróżować i robić wiele innych rzeczy, na które dotąd nie mieli czasu, w tej chwili jednak Paris uważała to za całkowicie nieprawdopodobne, ponieważ w ostatnich miesiącach Peter przesiadywał w biurze znacznie dłużej niż kiedykolwiek dotąd, a jego spóźnione przyjścia na kolacje stały się regułą. Z perspektywy Paris wszyscy prócz niej - mąż, córka i syn - żyli aktywnie i produktywnie; coraz częściej dochodziła do wniosku, że stanowczo musi coś ze
sobą zrobić. Wizja niewyobrażalnego nadmiaru wolnego czasu przejmowała ją narastającą trwogą.

Kilkakrotnie poruszyła tę kwestię w rozmowach z mężem, ale Peter nie miał żadnych konstruktywnych propozycji, ograniczając się do stwierdzenia, że wcześniej czy później wykombinuje coś sama. Tyle wiedziała i bez jego pomocy. W wieku czterdziestu sześciu lat mogła jeszcze rozpocząć karierę zawodową, problem jednak polegał na tym, że nie miała pojęcia, w jakiej dziedzinie, bo w gruncie rzeczy najbardziej lubiła to, co robiła dotąd - wychowywanie dzieci i zaspokajanie wszelkich potrzeb rodziny. Podczas weekendów obiektem jej szczególnej troski był Peter. Bo w przeciwieństwie do wielu swych przyjaciółek, których nie ominęły kryzysy małżeńskie, a nawet rozwody, Paris wciąż z jednakową mocą kochała swojego męża, dochodząc często do wniosku, że lata dobrze mu się przysłużyły: był czulszy, delikatniejszy, bardziej uważający, interesujący, co więcej, przystojniejszy niż wtedy, kiedy się poznali.

Samej Paris też niczego nie można było zarzucić. Smukła, zgrabna, gibka i wysportowana - odkąd bowiem dzieci trochę podrosły, codziennie grywała w tenisa, żeby zachować dobrą formę - miała długie włosy blond, które często zaplatała w warkocz. Klasycznymi rysami przypominała Grace Kelly, miała zielone oczy i naturalną skłonność do śmiechu. Uwielbiała płatać niewinne figle, sprawiając tym dzieciom wielką frajdę. Peter był człowiekiem znacznie spokojniejszego usposobienia, a zresztą kiedy wieczorem wracał do domu, zmęczony pracą i dojazdami, miał dość siły najwyżej na to, żeby wysłuchać relacji żony i ewentualnie bąknąć słówko komentarza.

Trochę budził się do życia w czasie weekendów, ale i wtedy zachowywał się powściągliwie. No a w ostatnim roku obowiązki wciągnęły go do tego stopnia, że nawet w piątki wracał do domu późnym wieczorem i częstokroć w sobotę jeździł do miasta na spotkania z klientami bądź też do biura, by nadrobić powstałe w ciągu tygodnia zaległości. Paris znosiła to wszystko z bezgraniczną cierpliwością i nie stawiała żadnych żądań: szanowała obowiązkowość i pracowitość Petera, cechy, którym zawdzięczał sukces zawodowy i uznanie kolegów po fachu. Niemniej jednak ubolewała w skrytości ducha, że nie spędza z nią więcej czasu, szczególnie teraz, gdy Meg nie mieszkała już w domu, a Wim był bezgranicznie zaaferowany nauką, przyjaciółmi i perspektywą nieodległych studiów. Problem tego, czym wypełni sobie życie od września, powracał w myślach Paris jak bumerang. Rozważała możliwość założenia firmy cateringowej albo też - ponieważ praca w ogrodzie dawała jej wiele przyjemności - szkółki roślin ozdobnych, przyjęcie jednak
którejkolwiek z tych opcji oznaczałoby konieczność pracy także w weekendy, a te stanowczo pragnęła zarezerwować dla tak ostatnio rzadko obecnego w domu męża.

Po inspekcji stołu i kuchni - której wynik uznała za zadowalający - wzięła prysznic i zaczęła się przebierać, mając nadzieję, że Peter wróci dość wcześnie, by zrelaksować się odrobinę przed kolacją, wydawaną dziś dla pięciu par ich bliskich przyjaciół. Wtedy do pokoju wsunął głowę Wim: postępując zgodnie z narzuconą i egzekwowaną przez Paris żelazną zasadą, zamierzał poinformować matkę o swoich planach na wieczór.

- Idę z Mattem do Johnsonów - oznajmił.
Paris zaciągnęła suwak koronkowej spódnicy, która wraz z króciutką bluzeczką bez ramion i srebrnymi szpilkami składała się na jej dzisiejszą kreację, a potem zaczęła upinać włosy w kok. Wim przypatrywał się matce z dumą: uważał ją za piękną kobietę, mającą doskonały gust i dyskretnie elegancką.

- Tylko do Johnsonów czy może później gdzieś jeszcze? - zapytała dociekliwie Paris, która była z syna równie dumna jak on z niej. Wim miał ciemnokasztanowe włosy i przenikliwie błękitne oczy ojca, już jako piętnastolatek mierzył sześć stóp i trzy cale, a w ostatnich latach przybył mu jeszcze cal, doskonale się uczył i odnosił sukcesy sportowe. - Powiedzmy, na jakąś małą imprezkę?

Było to jak najbardziej uzasadnione pytanie; w ciągu minionego miesiąca, może nawet dwóch, uczniowie ostatniej klasy ogólniaka rozbrykali się na całego, a Wim zawsze tkwił w samym centrum wydarzeń. Dziewczyny za nim szalały, przyciągał je jak magnes, choć już od Bożego Narodzenia chodził z tą samą. Paris aprobowała jego wybór: dziewczyna mieszkała w Greenwich i pochodziła z przyzwoitej rodziny - jej matka była nauczycielką, ojciec zaś lekarzem.
- Taa, to całkiem niewykluczone - odparł z niemądrą miną. Matka znała jego karty, niczego nie dało się przed nią ukryć. No i zadawała tyle pytań. Wim i Meg trochę mieli jej to za złe, choć z drugiej strony słusznie widzieli w jej zainteresowaniu dowód opiekuńczości i miłości.
- W czyim domu? - spytała Paris, przystępując do robienia makijażu, który w jej wypadku ograniczał się do podkreślenia oczu, leciutkiego uróżowania policzków i pociągnięcia warg jasną szminką.
- Steinów - odrzekł z szerokim uśmiechem Wim. Indagowany dziesiątki razy, doskonale znał treść następnego pytania.
- Będą rodzice?

Paris wychodziła z założenia, że prywatka nie nadzorowana przez rodziców to wywoływanie wilka z lasu, nawet jeśli jej uczestnicy liczą sobie po osiemnaście lat. Jeszcze niedawno kontrolowała rzecz telefonicznie, ostatnio zaczęła się zdawać na słowo Wima, który coraz rzadziej - i z reguły bez powodzenia, bo Paris wykazywała sporą przenikliwość - usiłował jej mydlić oczy.
- Tak, będą - odparł unosząc wzrok ku niebu.
- Miejmy nadzieję. - Prześwidrowała go spojrzeniem, a potem parsknęła śmiechem. - Bo jeśli mnie okłamałeś, Williamie Armstrong, przebiję opony w twoim wozie, a kluczyk wyrzucę do śmieci.
- Tak, tak, mamo, wiem. Będą jak w banku.
- No, dobra. O której wrócisz?

Ustalona godzina powrotu również była w ich domu świętością: Paris hołdowała zasadzie, że dopóki Wim nie rozpocznie studiów, musi stosować się do wszelkich narzucanych mu przez rodziców ograniczeń. Peter bez zastrzeżeń akceptował ten pogląd, zresztą zgadzał się z żoną we wszystkich innych kwestiach, nie tylko wychowawczych. Zgrzyty w ich małżeństwie dotyczyły tylko błahostek - smokingowej koszuli nie oddanej do pralni na czas, otwartych drzwi garażu, niezatankowanego auta - i nie zasługiwały właściwie na miano zgrzytów. Poza tym Paris była taką perfekcjonistką, że pomyłki przydarzały się jej niezmiernie rzadko i Peter polegał na niej całkowicie.
- O trzeciej? - sondażowo bąknął Wim, z nadzieją spoglądając na matkę.
- Wybij sobie z głowy. To nie jest bal maturalny, Wim, tylko zwykła piątkowa impreza - odparła stanowczo Paris świadoma, że jej ustępstwo dziś może oznaczać coraz śmielsze żądania syna w najbliższej przyszłości. - Druga, i to moje ostatnie słowo, więc nie próbuj nic wytargować. - A gdy zadowolony z przebiegu negocjacji Wim zaczął wycofywać się z jej pokoju, dorzuciła jeszcze: - Nie tak szybko, chyba o czymś zapomniałeś...

Kiedy przytulał ją i pochylał głowę, by mogła pocałować go w policzek, wcale nie wyglądał jak prawie dorosły mężczyzna, lecz raczej niezbyt rozgarnięty wielki dzieciak. Na pożegnanie Paris zaleciła mu, by jechał ostrożnie, co w gruncie rzeczy nie było konieczne, bo za kierownicą zawsze zachowywał rozsądek, a gdy na imprezie wypił piwo, zostawiał samochód i wracał z kolegami bądź też - mając w myśl niepisanej umowy zagwarantowaną "amnestię" - dzwonił po rodziców. Pod żadnym pozorem nie wchodziło w grę tylko prowadzenie przezeń auta po wypiciu alkoholu.

Paris schodziła właśnie po schodach, gdy z neseserem w ręku do domu wszedł najwyraźniej wyczerpany Peter: Paris znów, jak przy wielu innych okazjach, uderzyło tak niezwykłe podobieństwo ojca i syna, że Peter swobodnie mógłby uchodzić za Wima starszego o trzydzieści kilka lat.
- Cześć, kochanie - powiedziała z ciepłym uśmiechem, obejmując go i całując. Był tak zmęczony, że prawie nie odwzajemnił serdeczności. Paris natomiast, żeby nie pogarszać mu jeszcze samopoczucia, powstrzymała się od komentarza na temat jego stanu. Od miesiąca pracował nad fuzją dwóch spółek, sprawa nie szła po myśli jego klientów i Peter za wszelką cenę usiłował odwrócić niekorzystną sytuację. - Jak minął dzień?

Wyjęła mu z rąk neseser i nagle pożałowała, że zaplanowała przyjęcie na dzisiejszy wieczór, chociaż wtedy gdy postanowiła je wydać i gdy zamówiła firmę cateringową - a więc dwa miesiące temu - nie mogła przypuszczać, że Peterowi spadnie na głowę tak absorbująca sprawa.
- Nie miał końca - odparł Peter ze słabym uśmiechem. - A tydzień był jeszcze dłuższy. Padam z nóg. Kiedy przychodzą goście?

- Mniej więcej za godzinę, o ósmej. Może połóż się na kilka minut, czasu jest dość.

- Raczej nie. Mogę się nie obudzić, jeśli zasnę.
Bez pytania poszła do spiżarki i nalała mężowi kieliszek białego wina. Przyjął go z westchnieniem ulgi. Pił niewiele, ale w takich sytuacjach jak dzisiejsza, gdy po długim dniu miał nastąpić długi wieczór, lampka szlachetnego trunku pozwalała mu zapomnieć na moment o problemach i stresach.

- Dzięki. - Upił łyk, a potem przeszedł do salonu i usiadł na sofie, jednym z wielu wypełniających pokój pięknych angielskich antyków, które przez lata kupowali w Londynie i Nowym Jorku. Paris, tak samo zresztą jak Peter, straciła rodziców już w młodym wieku i cały swój skromny spadek przeznaczyła na urządzanie domu, w czym z ochotą pomagał jej mąż, tak więc zdołali zgromadzić nader interesującą - i podziwianą przez wszystkich przyjaciół - kolekcję mebli oraz dzieł sztuki. Ich piękny obszerny dom, jakby wzniesiony z myślą o podejmowaniu w nim gości, miał na parterze kuchnię, wielką jadalnię i takiż salon, mały gabinet, a wreszcie bibliotekę, która w weekendy pełniła rolę biura Petera; na piętrze były cztery przestronne sypialnie.

Czwarta z nich zmieniała się w razie potrzeby w pokój gościnny, choć Armstrongowie długo mieli nadzieję, iż zamieszka w nim trzecie dziecko. Niestety, po urodzeniu dwojga Paris nie zdołała już zajść w ciążę, a ponieważ ani ona, ani Peter nie chcieli narażać się na stresy związane z leczeniem bezpłodności, koniec końców poprzestali na Meg i Wimie. Los, jak uważali teraz, nie mógł ich obdarować cudowniejszą rodziną.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ 👀