Ragnarok 2
Głos w słuchawce odezwał się niespodziewanie, wytrącając Terrence’a Oswalda z głębokiej zadumy.
– Dywizjon czterdzieści jeden, kurs dwadzieścia pięć stopni!
Młody pilot zmarszczył brwi i spojrzał na w prawo, w kierunku samolotu prawego skrzydłowego, pucułowatego sierżanta Forda, lecz ten wzruszył jedynie ramionami.
– Czterdzieści jeden, przyjąłem. – W słuchawce zaskrzeczał bas dowódcy dywizjonu, majora Finlaya.
– Kurs dwadzieścia stopni, pułap osiemnaście tysięcy stóp.
Terrence pochylił się nieco nad drążkiem. W głosie operatora radaru wychwycił jakąś obcą, niepokojącą nutę, której nigdy dotąd nie słyszał. Zdziwiło go to, bo podczas lotów treningowych, w trakcie których próbowali rozpoznać możliwości dopiero co oblatanych spitfire’ów, współpracowali zarówno z Drone Hill jak i z Cockburns-path, obiema stacjami radiolokacyjnymi strzegącymi zatoki Firth of Forth.
„Czyżby napięcie? – zapytał sam siebie. – Nerwy? Strach?”
– Co tam macie, Drone Hill? – Dowódca dywizjonu mówił pozornie beznamiętnym tonem.
„A zatem i on to słyszy – pomyślał Terrence. – Cholera, chyba coś się święci!”
– Mnóstwo ech – odpowiedział po chwili operator. – Cholerne mnóstwo. Kurs trzydzieści, pułap ten sam.
– Przyjąłem.
„A zatem naprawdę coś się święci” – przemknęło przez głowę Terrence’owi, gdy otworzył przepustnicę i pociągał do siebie drążek. Dwanaście nowoczesnych myśliwców Supermarine Spitfire wykonujących lot patrolowy nad spienionymi, stalowoszarymi wodami Morza Północnego zatoczyło łagodny łuk, uniosło nosy i pomknęło ku szarym cumulusom.
– Macie pozwolenie na otwarcie ognia – poinformował operator, gdy znaleźli się już na odpowiednim pułapie. Mówił powoli, jakby sam nie dowierzał swym słowom.
Terrence przymknął na moment oczy.
– Drone Hill, proszę powtórzyć – zaskrzeczał dowódca w słuchawce.
– Dywizjon czterdzieści jeden, macie pozwolenie na otwarcie ognia.
Nie musiał dodawać, kto jest przeciwnikiem. Odbiornik radiowy w kantynie lotniska Catterick od wielu godzin pracował na cały regulator i gromadził wokół siebie wszystkich wolnych od zajęć pilotów oraz mechaników. Wiedzieli o normańskim desancie na Irlandii, wiedzieli o zdradzieckim ataku Danów na Gibraltar, o ucieczce resztek Royal Navy na Morze Śródziemne i o akcie wypowiedzenia wojny państwom Braterstwa, które wczoraj wieczorem ogłosił drżącym głosem sam premier Neville Chamberlain. Nikt jednakże nie spodziewał się, że przyjdzie im stanąć do walki tak szybko.
– O Boże! – jęknął ktoś, chyba Carr-Lewty.
– Przyjąłem – potwierdził z ociąganiem Finlay. – Słyszeliście, chłopcy? Nadszedł czas, by pomścić Gibraltar! Odnaleźć i zniszczyć!
– Odnaleźć i zniszczyć! – Piloci jeden za drugim wykrzykiwali motto dywizjonu i w ślad za dowódcą otwierali przepustnice. Dwanaście drapieżnych ptaków żądnych zatopić swe szpony w cielskach wrogów przyspieszyło do trzystu mil na godzinę.
- Odnaleźć i zniszczyć... - szepnął Terrence.
„Pozwolenie na otwarcie ognia... Pomścimy Gibraltar... Mnóstwo ech...” - Zasłyszane przed chwilą frazy tłukły mu się po głowie niczym wygłodniałe zwierzęta w klatce, z każdą chwilą potęgując strach. Terrence sądził, że dziesiątki lotów treningowych oraz niekończące się nocne rozmowy z kolegami z dywizjonu zdołają go przygotować do nieuniknionej pierwszej walki, lecz tak się nie stało. Wzrok przesłoniła mgiełka, skryte w rękawiczkach dłonie zwilgotniały, po policzku wędrowała kropla zdradzieckiego potu. Nie, nie był gotowy. Nic na świecie nie było w stanie zaszczepić w nim odporności na strach przed walką i mógł tylko żywić nadzieję, że pozostali piloci panują nad sobą lepiej.
Pochłonięty rozmyślaniami nawet nie zauważył, że na chwilę wypadł z ciasnego szyku, tak ulubionego w RAF-ie. Pociągnął drążek sterowy, by wrócić na swoje miejsce i wtedy stało się. Kaprys losu sprawił, że pierwszy dostrzegł samoloty nieprzyjaciela.
Strumień drobnych punkcików wypływający znad szarych mgieł Morza Północnego wydawał się nie mieć końca. Przypominał długą, ostrą klingę miecza skierowaną prosto ku sercu Szkocji, ku skrytemu wśród wulkanicznych wzgórz Edynburgowi.
- Tally... - zaczął, lecz głos odmówił mu posłuszeństwa. Odkaszlnął. - Tally ho! Samoloty przeciwnika na dwunastej. Lecą na kursie osiemdziesiąt!
– Bombowce! – zawołał ktoś, chyba znowu Carr-Lewty. – To te ich sleipnirry!
– Atakujemy czoło szyku. Za mną! – rozkazał dowódca i skręcił ostro w lewo.
Nikt nie zwrócił mu uwagi, że było ich dwunastu – ledwie dwunastu wobec setek maszyn wroga. Nikt nie powiedział, że nie powstrzymaliby wrogów, nawet gdyby każdy z myśliwców miał osiemdziesiąt karabinów maszynowych Browninga, a nie tylko osiem. Żaden z pilotów nie wskazał chmar drobniejszych punkcików kłębiących się nad i pod wielką flotą bombowców – ani chybi myśliwców eskortujących. Radio milczało, przenosząc jedynie przyśpieszone oddechy garstki pilotów gnających prosto na śmierć.
Olbrzymie, blade słońce patrzyło zimnym wzrokiem na samobójczą szarżę czterdziestego pierwszego dywizjonu.