Przy mikrofonie
Tori Amos - Odnaleźć własny płomień
Fortepian, na podłodze butelka wody mineralnej, jedyny mikrofon najczęściej zasłonięty burzą płomiennie rudych włosów. To cała scenografia. Pierwszy raz usłyszałem Winter, Crucify, Silent All These Years, wstrząsająco zaśpiewane Me And A Gun. Koncert trwał niecałą godzinę. Był wzruszający, piękny i niezwykle szczery. Pamiętam, że korespondencję dla Programu III zatytułowałem wtedy "Narodziny gwiazdy". Chwila rozmowy z artystką po koncercie nie przybliżyła mi jej historii. Chociaż i tak nie od razu bym uwierzył, że ta dziewczyna pierwszą płytę wydała dziesięć lat wcześniej. Długo nie wiedziałem, że Me And A Gun tak boleśnie dotyczy niej samej. Po którymś z koncertów podwoziła do Los Angeles widza. Sterroryzowana bronią, więziona, gwałcona, nie sądziła, że kiedykolwiek jeszcze zaśpiewa. W parę lat później w hotelowym pokoju w Londynie oglądała film Thelma i Louise. "Gdy zobaczyłam scenę gwałtu, zgasiłam telewizor i w ciągu chwili napisałam cały utwór. Następnego dnia wykonałam go pierwszy raz. Nie
wyobrażam sobie koncertu bez niego."
[...]
Tori Amos: Czy chciałabym coś zmienić w mojej przeszłości, co wpłynęłoby na bieg życia? Odpowiem absolutnie szczerze: nie możesz zmienić czegoś, co było, bo nie wiesz, czym byłoby to drugie. Nie byłabym muzykiem, a ciągle walczę o to, żeby być, gdyby nie moje wcześniejsze doświadczenia. Gdybym czekała na pianistę, który nauczy mnie więcej, nie poszłabym do Jimmy Page'a, do gitarzystów. A nagle staję się pianistką, która pokazuje innym młodym możliwości instrumentu. Czy chciałabym coś zmienić? Wielu moich przyjaciół miało też bardzo, naprawdę bardzo zwichrowane dzieciństwo. Jedna dziewczyna kiedyś odpowiedziała mi na to pytanie. Wtedy: tak, ale dzisiaj myślę: nie. Przeistaczam się, staję się bogatsza, mądrzejsza. Wyzwala się we mnie współczucie dla ludzi pokrzywdzonych. Wszystko, co się wydarza, tworzy ścieżkę czyjegoś życia. To długi i zawikłany wywód, ale odpowiedź jest krótka: nie, nie zmieniłabym niczego w moim życiu.
Bruce Springsteen o The Ghost Of Tom Joad
PK: Jesteś bardzo wnikliwym obserwatorem świata.
Bruce Springsteen: Myślę, że dla piosenek najważniejsze jest stworzenie i rozbudowanie słownictwa, które potrafi takie obserwacje wyrazić w formie muzycznej. To mój język porozumiewania się ze słuchaczami i widzami. A ponieważ śpiewam o sprawach, które każdy człowiek odczuwa, których każdy doświadcza, dlatego chce on tych opowieści słuchać. Mówi wtedy: tak, to ja, to o mnie. Tematy piosenek przychodzą do mnie z wielu źródeł: z rozmów, w tym także z rozmów z samym sobą, z podróży, znajomych, lektury, kina. Każda piosenka niesie w sobie bagaż wszystkich twoich doświadczeń. Przygotowując się do napisania utworu, najpierw kreuję postać bohatera, a potem pozwalam mu prowadzić narrację własnej opowieści. "The Ghost Of Tom Joad" powstał właśnie z takich rozmów z sobą samym. Tom Joad był dla mnie zawsze bohaterem idealistycznym. I, gdy stajesz się starszy - a właściwie nie, wiek nie ma znaczenia - przychodzi taka chwila, gdy zadajesz sobie pytanie: gdzie jest ten idealizm? Ale nie w sensie gdzie on jest w
świecie tylko gdzie on jest w tobie. I gdy go znajdziesz, wtedy dopiero możesz zacząć oczekiwać czegoś od siebie samego. W moim domu nie było wielu książek. Miałem 26 lat, gdy przyjaciel pokazał mi film Johna Forda Grona gniewu. Po obejrzeniu go pomyślałem: tak, to jest coś takiego, co chciałbym przekazywać. Coś, co będzie ważne dla odbiorcy, co go poruszy. Gdy Tom Joad żegna się z matką w jednej z ostatnich scen, ta z niepokojem pyta: "Skąd będę wiedziała, że żyjesz?", on odpowiada: "Będziesz wiedziała, bo będziesz mnie widzieć w ciemności naokoło ciebie, gdy śpisz, będziesz mnie słyszeć w podniesionych głosach mężczyzn, gdy będą źli i w radości dzieci wracających do domu, gdy wiedzą, że na stole znajdą jedzenie." Ten film, tak jak i powieść Steinbecka, zadaje pytanie, na które my musimy odpowiadać sobie codziennie: czy droga twojej duszy do zbawienia rzeczywiście zależy od twojego wyboru postępowania, czy też jest z góry zaprogramowanym, gotowym fragmentem układanki.
Jak Gary Moore stał się właścicielem gitary Petera Greena...
PK: Czy możesz opowiedzieć o tym, jak stałeś się właścicielem najsłynniejszej gitary Petera Greena? [Gibson Les Paul model 1959, na której grał na wszystkich płytach z Mayallem i Fleetwood Mac.]
Gary Moore: Mieszkałem już w Londynie, grupa Skid Row rozwiązała się, a Green w tym czasie pozbywał się wszelkich dóbr materialnych. Zadzwonił do mnie i zapytał, czy nie chciałbym pożyczyć jego gitary, bo już dawno jej nie używa. Instrument odebrałem z domu jego rodziców. Zawsze podobało mi się jej brzmienie, a mając ją przez kilka dni w domu po prostu zakochałem się w niej. Green zadzwonił ponownie, żeby dowiedzieć się, jak mi się gra, a gdy powiedziałem, że fantastycznie, zapytał, czy nie chciałbym jej mieć na zawsze. "Oczywiście - odparłem - ale na taką gitarę mnie nie stać." I wtedy on złożył mi niezwykłą propozycję. Powiedział, żebym sprzedał swoją najlepszą gitarę i to, co za nią uzyskam, dał mu jako zapłatę. I będzie tak, jak byśmy wymienili się gitarami. Oczywiście za swoją dostałem mniej, niż był wart jego Gibson, ale on i tak nie przyjął całej sumy. "Biorę tylko tyle, ile kosztowała" powiedział. Zapewniłem go, że zwrócę gitarę, gdy tylko o to poprosi, ale on się tylko uśmiechnął i dodał: "Nigdy
nie będę chciał jej z powrotem, szukałem dla niej dobrego domu."
15 maja 1997