Trwa ładowanie...
d33qtkc

Przez ponad dekadę był szpiegiem KGB w Ameryce. Jack Barsky: mam w sobie coś z psychopaty

Okłamywał całą swoją rodzinę, w tym dwie żony i matkę, która do śmierci nie dowiedziała się, co się z nim stało. - Musisz mieć w sobie coś z psychopaty, żeby zgodzić się na coś, co musi skończyć się katastrofą - mówi Jack Barsky w rozmowie z Wirtualną Polską.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Albrecht Diettrich zmienił tożsamość w 1978 r. Od tamtej pory nazywa się Jack Barsky (Kadr z kanału YouTube)
d33qtkc

Jego tożsamość została wymyślona przez KGB, to dzięki niej młody, ambitny agent z Niemiec Wschodnich miał przedostać się do Stanów Zjednoczonych. Plan się powiódł i tak narodził się Jack Barsky. Pracował dla wywiadu przez kolejne dziesięć lat, realizując tajne operacje w czasie zimnej wojny. Jak wyglądały jego misje? Jak udało mu się zrezygnować ze służby? W opowieści Barsky'ego przegląda się wielka historia i dramaty, które opisał wydanej właśnie książce "W głębokiej konspiracji. Tajne życie i labirynt szpiega KGB w Ameryce".

Łukasz Knap: Dlaczego agenci KGB skontaktowali się z panem i założyli, że będzie pan świetnym szpiegiem?
Jack Barsky: Po pierwsze, mogli pomyśleć, że jestem bardzo inteligentny. Byłem wyróżniającym się studentem chemii, planowałem doktorat. Miałem najlepsze oceny i stypendium, przyznawane garstce najwybitniejszych studentów w kraju. Po drugie, działałem w partii komunistycznej. Nie od razu uznali, że warto we mnie inwestować czas i pieniądze. Przez półtora roku miałem luźny kontakt z jedną osobą, która poddawała mnie różnym testom.

Proszę podać przykład.
Na przykład moim zadaniem było zdobycie informacji od zupełnie obcych ludzi. Miałem zapukać do czyichś drzwi, zadać pytania, które na pozór nie miały nic wspólnego z tym, czego miałem się dowiedzieć, żeby na końcu upewnić się, że ktoś ma krewnego w Stanach Zjednoczonych. Poza tym proszono mnie o pisanie raportów na temat stosunków zagranicznych. Przeprowadzano ze mną dużo wywiadów i dopiero parę lat temu zrozumiałem, czego ludzie, którzy ze mną rozmawiali, chcieli się o mnie dowiedzieć.

Że będzie pan lojalny?
Dobry agent musiał wyróżniać się ponadprzeciętną inteligencją, elastycznością, zdolnościami językowymi, mieć samodyscyplinę, a zarazem nie obawiać się nagłej zmiany planów. To byłem dokładnie ja. Można było na mnie polegać, uważałem się za komunistę. Zostałem przyjęty.

Dlaczego tak długo pana sprawdzano?
Ponieważ niewiele osób się do tej pracy nadaje. Musisz mieć w sobie coś z geniusza i psychopaty, żeby zgodzić się na coś, co musi skończyć się katastrofą. Wiele osób, które działają pod przykryciem, zostaje w końcu ujawnionych, idzie do więzienia, naraża się na niebezpieczeństwo, ginie. Miałem wtedy dwadzieścia cztery lata, nie myślałem o niebezpieczeństwach. Ekscytowała mnie wizja tajnej misji, i że będzie mnie wspierać wszechpotężny Związek Radziecki, który obalił Hitlera. Myślałem sobie, że to będzie niesamowite być częścią tej wielkiej władzy.

Urodził się pan w Niemczech Wschodnich, niedaleko polskiej granicy, pana rodzina nie była zamożna, jakie miał pan wyobrażenie o Stanach Zjednoczonych?
Spodziewałem się, że zobaczę to, co zobaczyłem, ale czym innym jest wyobrażanie sobie czegoś, czym innym doświadczenie. Chodziłem po galeriach handlowych i byłem w szoku skalą amerykańskiego kapitalizmu, że masy ludzi stać na tak wiele.

Nie pomyślał pan wtedy, że kapitalizm jest lepszym systemem niż komunizm?
Nie, ponieważ uważałem, że kraje zachodnie są bogate, ponieważ wzbogaciły się na wyzysku i kradzieży. Przyjechałem do Ameryki z wiarą, że mogę w taki czy inny sposób pomóc zniszczyć ten system.

Ale chyba fajnie było chodzić po tych sklepach i móc kupić te wszystkie rzeczy?
Dostawałem od KGB pieniądze, ale oszczędzałem jak mogłem i za te pieniądze w Niemczech Wschodnich kupowałem rzeczy dla mojej żony i syna. Już wtedy zaczął się we mnie utrwalać schizofreniczny sposób myślenia, w którym musiałem zrozumieć, że chcę zniszczyć system, którego byłem beneficjentem. To nie miało sensu.

Na czym właściwie polegała pana misja?
Moim głównym celem było zostanie zwykłym obywatelem, o którym nikt nie pomyślałby, że może być szpiegiem. Zdobyłem legalne dokumenty, skończyłem studia i dostałem dobrą pracę. Posiadałem czyste papiery, według których urodziłem się w Stanach Zjednoczonych. Mogłem bez przeszkód podróżować po całym kraju, co nie było przywilejem dyplomatów. Plan był taki, że z Ameryki pojadę do Szwajcarii i założę tam firmę. Rosjanie mieli wpakować w tę firmę miliony, a potem miałem wrócić do Stanów Zjednoczonych, gdzie jako milioner miałbym ułatwioną drogę do najbardziej wpływowych ludzi, polityków i ich doradców, np. Zbigniewa Brzezińskiego.

Ten plan nie wypalił.
Niestety, pojawił się problem z moim wyjazdem do Szwajcarii, postanowiono, że pójdę na studia, nauczę się programowania i w ten sposób zbuduję wiarygodne CV.

Kiedy usłyszę historie, które będą scenariuszem nowego Bonda?
Nie usłyszy pan.

To co pan właściwie robił jako szpieg w Ameryce?
Byłem uśpionym szpiegiem, który w każdej chwili może zostać wezwany do działania. Rosjanie przygotowywali się do wielkiej wojny. Moim celem było zostanie wiarygodnym obywatelem Stanów Zjednoczonych. Oczywiście, byłem cały czas w kontakcie z wywiadem radzieckim. Na studiach profilowałem ludzi, którzy nadawali się do zwerbowania. Pisałem raporty na temat politycznego klimatu i nastrojów obywateli, zdarzały się też zadania dostarczenia przesyłek, dokumentów i pieniądzy. Później, gdy pracowałem w firmie MetLife, przekazywałem wywiadowi kody oprogramowania.

Jak komunikował się pan z radzieckim wywiadem?
Mieliśmy bardzo skomplikowany system komunikacji. Wszystkich kodów musiałem nauczyć się na pamięć, podobnie jak miejsc, w których przekazywaliśmy sobie przesyłki i godzin odbioru sygnału, który musiałem umieć zdeszyfrować. Na przykład w czwartek o 9:15 odbierałem sygnał przez krótkofalówkę z komunikatem, że w najbliższą niedzielę mam iść pod ławkę w parku. Odbierałem ukrytą przesyłkę i przesyłałem zakodowany sygnał do agenta. To była podstawa mojej pracy jako szpiega.

Dziś pewnie szpiegostwo wygląda inaczej?
Zapewniam pana, że pewne rzeczy się nie zmieniły, szczególnie w przypadku przekazywania sobie dokumentów czy pieniędzy. W świecie wirtualnym nie jest się bardziej anonimowym niż w rzeczywistości. Przeciwnie, łatwiej śledzić kogoś w Internecie niż w prawdziwym życiu. Sygnał radiowy teoretycznie jest dostępny dla każdego, ale odczytanie zaszyfrowanego komunikatu jest bardzo trudne, nikt nie może dowiedzieć się, kto jest jego nadawcą i odbiorcą. W sieci zlokalizowanie odbiorcy i nadawcy jest łatwiejsze. Poza tym żadne komunikaty nigdy nie zastąpią kontaktu osobistego. Tylko poznanie kogoś w bezpośrednim kontakcie, dotarcie do prawdziwych motywacji, uczuć i emocji ludzi, daje nam narzędzia do wpływania na rzeczywistość, a to jest cel władzy i służb specjalnych.

Powiedział pan wcześniej, że szpieg musi mieć w sobie coś z szaleńca. Domyślam się, że elementem tego szaleństwa był brak prawdziwych i szczerych relacji?
Wbrew pozorom, nigdy nie miałem łatwości w nawiązywaniu relacji z ludźmi, dopóki nie miałem konkretnego celu, żeby ich poznać. To się zmieniło dopiero wtedy, gdy zrezygnowałem ze służby.

Pana matka od pana wyjazdu z Niemiec aż do śmierci nie wiedziała, co się z panem dzieje. Przez pewien czas miał pan dwie rodziny: jedną w Niemczech, drugą w Stanach Zjednoczonych. Pana żony i dzieci nie wiedziały, kim naprawdę pan jest. Jak się pan czuł ze świadomością, że wszystkich pan okłamuje?
Zawsze miałem zimną krew. Nie jestem człowiekiem bez uczuć, ale motorem moich działań była misja. Częścią tej misji było oczywiście przywiązanie do idei komunizmu, ale też osobista ambicja. Chciałem być bohaterem, kimś ważnym. Jeśli zgadza się pan na pracę i ma pan świadomość, że częścią tej pracy będzie kłamstwo, to łatwiej panu później kłamać. Moja matka nie mogła dowiedzieć się, czym zajmuję się naprawdę. Zwariowałaby. Gdybym powiedział jej prawdę, mógłbym narazić siebie i ją na niebezpieczeństwo. Zawsze powtarzam, że największymi kłamcami są osoby szczere, ponieważ tylko takim można uwierzyć. Notoryczni kłamcy nigdy nie mają posłuchu. Tak czy owak, musiałem nauczyć się czuć jakby mniej. Bez tego nie mógłbym wykonywać tej pracy.

Kiedy przestał pan wierzyć w komunizm?
To był proces. Zaczął się chyba wtedy, gdy rozpocząłem pracę w wielkiej firmie ubezpieczeniowej. W tamtych latach w bloku wschodnim banki i firmy ubezpieczeniowe były twarzami dzikiego kapitalizmu. Poszedłem do tej pracy, żeby szpiegować wroga, ale na miejscu okazało się, że mam fantastycznego szefa, pracują ze mną mądrzy i mili ludzie, szybko poczułem się częścią wspólnoty. I wtedy zacząłem myśleć, że kapitalizm nie jest taki zły, jak o nim myślałem. Z upływem lat widziałem, jak fatalnie radzą sobie kraje komunistyczne, że sen komunizmu rozmijał się z szarą rzeczywistością. Celem miał być większy dobrobyt dla wszystkich, kończyło się na krwawych dyktaturach.

Zrezygnował pan ze służby z powodów ideologicznych?
Nie, powód był osobisty. W 1988 dostałem nagle komunikat, że mam rzucić wszystko i wracać. Nigdy nie dowiedziałem się, dlaczego. Zignorowałem tę wiadomość. Kilka tygodni później na stacji kolejowej podszedł do mnie człowiek, który powiedział, że grozi mi śmiertelne niebezpieczeństwo, jeśli nie wrócę. To był pierwszy raz, kiedy ktoś z KGB spotkał się ze mną w w Stanach Zjednoczonych twarzą w twarz. Sprawa była poważna, postanowiłem się bronić. Wysłałem komunikat, że nie mogę wracać, bo zakaziłem się HIV i mogę być leczony tylko w Stanach Zjednoczonych. W tamtych latach ten wirus zabijał miliony ludzi rocznie, a Rosjanie śmiertelnie bali się epidemii. Musieli mi uwierzyć, ponieważ nagle nasz kontakt się urwał. A prawda była taka, że nie byłem w stanie wyobrazić sobie życia bez mojej rodziny i osiemnastomiesięcznej córeczki, którą kochałem jak nikogo na świecie.

Czyli Lenin miał rację, gdy mówił, że rodzina jest największym zagrożeniem dla komunizmu.
Ma pan rację. Dlatego z niepokojem przyglądam się radykalnym lewicowym pomysłom zastąpienia rodziny jakąś formą kolektywów. Historia uczy, że w takich kolektywach zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał stanąć na czele i powiedzieć wszystkim, jak żyć.

Kapitalizm nie wyklucza dyktatury. Demokracja też ma swoje słabości, o czym świadczy wybór Donalda Trumpa na prezydenta.
Nie jestem szczęśliwy, że ten człowiek reprezentuje mój kraj. On nigdy nie dorósł, nie potrafi zachowywać się jak dorosły. Popieram kilka jego zmian, dotyczących przede wszystkim administracji, ale za każdym razem, gdy wchodzę na jego konto na Twitterze, zastanawiam się, co ten facet ma w głowie. Współpracowało z nim wielu świetnych ludzi, wszyscy odeszli. Mam nadzieję, że przyjdzie moment, kiedy po prostu zrezygnuje.

Wie pan, ilu rosyjskich agentów funkcjonuje dziś w Stanach Zjednoczonych?
Nie mam pojęcia. Śmiało można zakładać, że połowa dyplomatów prowadzi tajną działalność. Tak było w każdym razie, gdy ja pracowałem dla KGB. Podejrzewam, że dziś wielu Amerykanów czerpie zyski z kradzieży własności intelektualnej i szpiegostwa gospodarczego. Nie sądzę, żeby było wielu ludzi, takich jak ja.

Żałuje pan decyzji o zostaniu szpiegiem?
Nie. Byłem wtedy innym człowiekiem, nie wiedziałem tego, co wiem dzisiaj. Nie mogę żałować decyzji, którą podjąłem świadomie. Biorę odpowiedzialność za wszystko, co zrobiłem. Ale odradzam wszystkim młodym ludziom rozpoczęcie takiej działalności. Ta praca nie jest dobra dla nikogo, bo zawsze wiąże się z okłamywaniem i krzywdzeniem innych ludzi i siebie. Znam człowieka, który pod przykryciem pracował dla kartelu narkotykowego w Ameryce Południowej. Cel szlachetny, ale po skończeniu misji był ludzkim wrakiem. Gdyby ktoś mnie zapytał, co bym powiedział sobie młodemu, to byłby to prosty komunikat: nie idź tą drogą.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl.

d33qtkc

Podziel się opinią

Share

d33qtkc

d33qtkc