Trwa ładowanie...
Informacja prasowa
zdzisław beksiński
17-03-2016 11:00

Przeczytaj wybrane fragmenty dzienników Zdzisława Beksińskiego

W książce "Beksiński - dzień po dniu kończącego się życia" opublikowane zostały obszerne fragmenty dzienników Zdzisława Beksińskiego z lat 1993 - 2005, w których artysta bardzo szczerze, z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru i ironią opisuje otaczającą go rzeczywistość – ludzi, którzy przy nim byli i sprawy, które go zajmowały. Nie ucieka także od spraw trudnych i bolesnych - pisze o śmierci, przemijaniu, samotności, chorobie. Niejako uzupełnieniem dzienników jest rozmowa z wieloletnim przyjacielem artysty, Wiesławem Banachem, który ze swojej perspektywy, ale z ogromną dozą zrozumienia i empatii, opowiada o życiu, twórczości, rodzinie, rozterkach, światopoglądzie malarza. Dzięki uprzejmości wydawnictwa MD publikujemy fragmenty książki.

Przeczytaj wybrane fragmenty dzienników Zdzisława BeksińskiegoŹródło:
d3hp061
d3hp061

W książce "Beksiński - dzień po dniu kończącego się życia" opublikowane zostały obszerne fragmenty dzienników Zdzisława Beksińskiego z lat 1993 - 2005, w których artysta bardzo szczerze, z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru i ironią opisuje otaczającą go rzeczywistość – ludzi, którzy przy nim byli i sprawy, które go zajmowały. Nie ucieka także od spraw trudnych i bolesnych - pisze o śmierci, przemijaniu, samotności, chorobie. Niejako uzupełnieniem dzienników jest rozmowa z wieloletnim przyjacielem artysty, Wiesławem Banachem, który ze swojej perspektywy, ale z ogromną dozą zrozumienia i empatii, opowiada o życiu, twórczości, rodzinie, rozterkach, światopoglądzie malarza. Dzięki uprzejmości wydawnictwa MD publikujemy fragmenty książki.

31.12.1999 r.

Jeśli można dokonać na koniec roku i na koniec wieku podsumowania, to chyba dobrze się stało, że umieramy w mojej rodzinie w tej kolejności. Gdybym odszedł pierwszy, a teraz umarł Tomek, to dla Zosi byłoby to nieporównywalnie cięższe przeżycie niż dla mnie. Nie można sobie nawet wyobrazić jej cierpienia i zagubienia. Gdybyśmy umarli oboje w dowolnej kolejności, to Tomek sam, chyba nie dałby sobie rady ze swym życiem i światem realnym. Tak jak się stało, stało się najsprawiedliwiej i nie można uważać, że Bóg się na nas uwziął. Ja mam najgrubszą skórę i ja zostałem na deser. Boję się cholernie przyszłości, ale wiem, że ją udźwignę. Oczywiście mogliśmy wszyscy żyć jak szczęśliwa rodzina z filmu, a Tomek mógł nie mieć problemów, ale czy nasze problemy, mimo ich ciężaru, były aż tak nie do zniesienia w porównaniu z problemami innych ludzi, o których się czyta?

29.11.1998 r.

Napisałem wyżej, że Zosia oddala się ode mnie, ale gdy tylko znajdę i przemieszczę jakąś rzecz, która należała do niej, to od razu czuję jej obecność. Zrobiłem trochę porządek na pralce i schowałem urządzenie do suszenia i zakręcania włosów, lusterko i okulary i już czułem na sobie jej wzrok. Stale tak jakoś myślę, że w którymś momencie będę jej mógł powiedzieć o tym, co się wydarzyło i u mnie i wokoło, po prostu zdać sprawozdanie i jakoś nie akceptuję faktu, że nigdy już się nie zobaczymy, że jej już po prostu nie ma. Może jest we mnie? Może w ogóle wszystko, ale to absolutnie wszystko jest tylko we mnie? No ale mnie przecież też nie ma. Byłem i jeszcze przez jakiś czas będę, ale nie jestem. Przy sztalugach przykleiłem do szafki wydruk z jej fotografii, gdy mierzy sobie ciśnienie. Zdjęcie zrobione mniej więcej na miesiąc przed śmiercią. Jest tam jak żywa. Wydaje mi się, że mogę z nią rozmawiać.

4.01.1999 r.

To głupie, ale stale mam takie wrażenie, że się jeszcze zobaczymy i porozmawiamy. Zbyt długo byliśmy razem. Jest nie dającą się usunąć częścią mnie samego. A może w ogóle nie ma świata, nie ma ludzi, nie ma nic innego, a jest tylko moja świadomość, a w niej moje wspomnienia?

d3hp061

28.04.1998 r.

Przyszedł z Kanady list od entuzjastki. Jeśli nie mogę jej sprzedać obrazu, to może podaruję jej swój pędzel. Kocha mnie i odciska szminką pocałunek na liście. Jezus Maria. Najgorzej z entuzjastami i egzaltowanymi paniami! Czy ona świadomie prosi o pędzel jako symbol falliczny, czy tylko tak jej się nieświadomie napisało. Jedyne wyjście to wysłać jej dwa pędzle, ale ponieważ podobno bywa czasami w Polsce to zaczynam się jej bać, tak jak przed laty bałem się „geniusza wcielonego”.

30.09.1995 r.

Notatnik CASIO poinformował mnie, że jutro imieniny Janka. No, a dziś jest wolna sobota i sklepy zamknięte. Muszę zmienić informację w notatniku na: „za trzy dni imieniny”. Dzwoniliśmy nawet do Anki, bo nie mam bladego wyobrażenia, co mu kupić. Po godzinie myślenia Anka oddzwoniła, że on przed jakimś czasem chciał kupić „jakieś takie kółko” do szlifierki „jakie ma Zdzisek”. Takie są informacje techniczne od kobiet. Gdyby szło o jakąś szmatę, informacja byłaby aż nazbyt ścisła. Nie wiem do jakiej szlifierki, nie wiem jakie kółko i właściwie nic nie wiem. Powiedziałem, że kupię jakiś alkohol. Wydusiła wreszcie, że Janek pija czasem whisky. Mając nadzieję, że odróżnię whisky od whiskas dla kotów, pojechałem z Zosią do BILLA i kupiłem jakąś kanadyjską whisky, kierując się tym, że była w ładnym pudełku.

24.01.1995 r.

Boże, nie mam już nic lekkiego do czytania, jutro muszę zabrać się do roboty. W trakcie choroby lubię czytać rzeczy ogłupiające, ale DOBRZE spreparowane rzeczy ogłupiające. Pragnę być ogłupiany z talentem.

26.09.1995 r.

Tomek nie przyszedł na obiad ani nie zadzwonił, że nie przyjdzie (pewnie poszli z Grześkiem do restauracji) i Zosia jest rozżalona, bo specjalnie jechała i kupowała fasolkę, specjalnie przy niej robiła, specjalnie ugotowała i teraz wszystko wyrzuci do zsypu. Gdyby zawiadomił, że nie będzie na obiedzie, to by miała mniej roboty, a jeśli nawet by już zrobiła, to by sama zjadła tą fasolkę, bo ja tego paskudztwa nie jadam. Na jej miejscu nie przejmowałbym się, tylko w ogóle nie robił takich rzeczy, których nie można włożyć do lodówki, by były na jutro lub pojutrze. W jej opinii obiad w domu „cementuje” związki rodzinne. Też mi cementowanie! Redaktor wchodzi, zjada i wychodzi. Czasem, gdy u mnie głośno gra muzyka, to nawet nie wiem, że był.

d3hp061

W najlepszym wypadku wejdzie do mojej pracowni, popatrzy na mnie, jak na kawałek gówna znaleziony na hamburgerze i wyjdzie.

12.08.1995 r.

Pamiętam, że ten wujek był kompletnie ślepy i chciał kupić płytę pilśniową z odrzuconym i podrapanym, nie skończonym obrazem, której używałem jako osłony od przeciągu przy wezgłowiu tapczanu! Szkoda, że mu jej nie sprzedałem! Jemu zależało wyłącznie na moim podpisie.

8.08.2000 r.

Dzielni ludzie z firmy zajmującej się videofonami, rozwalają w tej chwili żelazne drzwi do mojej samotni osadzając tam minikamerę, która w ich opinii jest koreańskim cudem świata i czymś co pozwoli mi na nieco więcej niż odróżnienie człowieka od niedźwiedzia stojącego na tylnych łapach, co było górną granicą możliwości kamery umieszczonej w nich do tej pory. Wraz ze zgrzybieniem narasta w człowieku lęk przed napadem. Wprawdzie do moich drzwi nie dzwoni dzwonek częściej niż raz w tygodniu, ale Jaroszewicz omylił się tylko raz w życiu i to wystarczyło. I tak zapewne kiedyś się omylę i to, co uznam za nieszkodliwą starszą panią w futrze, okaże się być niedźwiedziem, który uciekł z cyrku i zadzwonił do moich drzwi.

d3hp061

Poniedziałek 13 maja 2002

Zadzwoniłem rano do Szymanika i do Banacha, by dowiedzieć się konkretnie, o której godzinie w niedzielę podpisuję. A więc o godzinie 11 w Pałacu Kultury. Niestety potwierdza się opinia, że rysunki są źle wydrukowane. Szymanik wydusił to z siebie dyplomatycznie, ale Banach powiedział to bez ogródek, że są za blade. Kurwa mać. Wszystko przez tych pieprzonych fachowców, którzy zawsze wiedzą lepiej i majaczą niezrozumiałym językiem. Oczywiście teraz Jutrzenka będzie mówić, że to dlatego, że skanowałem materiał na płaskim skanerze w Kodaku, a nie u nich, a Szymanik pewnie mu uwierzy, bo jest w niego zapatrzony, a tymczasem nie zrobili (przez oszczędność?) matchprintów, o czym w dniu 28 lutego przypominałem Szymanikowi w mailu. Około godziny 10 wpadła na chwilę Puchalska, a potem około południa zadzwonił Skoczeń,

by umówić się na jakiś wywiad na jutro i dowiedziałem się od niego, że w dniu 23 bm o godzinie 17:30 mam spotkanie w Empiku w Krakowie (Beksiński się pomylił, chodziło o Empik w Warszawie - przyp. Red). Podobno jest to już zapowiedziane w Empik News. Nikt tego ze mną nie

ustalał. Nikt mnie nawet nie raczył zawiadomić. W dniu 24 mam badanie prostaty. Wkurwiło mnie to wszystko ostatecznie. Ponownie dzwoniłem do Szymanika i wymogłem na nim (nie chcąc już odwoływać), że w obie strony przewiozą mnie samochodem. Powinienem przed północą

d3hp061

wrócić do domu. Akurat spotkanie o godzinie 17:30 to najgorszy dla mnie okres ze względu na prostatę. Gdyby ktoś mnie pytał o ustalenie terminu, to prosiłbym o inny okres dnia. Będę musiał zrezygnować z picia od rana, ale i tak niewiele to da. Musimy spotkanie ograniczyć do 1 godziny. Jak z nagłośnieniem? I czego po mnie oczekują? Wykładu? Kurwa! Kurwa! Kurwa!!!

niedziela, 27 czerwca 2004

Koszmarne dni. Czasami samotność wręcz mnie dusi. Do kogo zadzwonić? Nie ma już prawie nikogo. Poza Zosią nikogo chyba nie było. A czy ona „była”? Może to tylko moje wyobrażenie? Tkwię przy sztalugach. Przytłacza mnie świadomość, że jestem tylko biedną małpą, która ryje coś tam na ścianach jaskini. Dla kogo? Po co? „Boże, gdybym z grzmiącej fali jedno ziarnko choć ocalił!”.

niedziela, 19 grudnia 2004

Rano ciemności. W nocy spadło odrobinę śniegu. Temperatura około 0.


Pojechałem około godziny 11 na giełdę komputerową i kupiłem 2 razy po 100 CDR Verbatim, po 88 zł za paczkę, czyli po 88 groszy za sztukę. Za taryfę w obu kierunkach zapłaciłem 2x20 zł, same płyty niezwykle przez te ostatnie lata potaniały. Są nieomal za darmo. Trochę zmarzłem, więc

d3hp061

wlazłem do wanny. Potem zjadłem na obiad jakiś gówniany gulasz z puszki. Połowę wyrzuciłem. Nie do zjedzenia. Czy naprawdę tak trudno, w sensie technologicznym, zrobić do puszki coś smacznego? Zbliża się godzina 18 i maluję przy świetle elektrycznym. Obraz idzie w nie najgorszym kierunku i co ważniejsze szybko, ale odczuwam zadziwiającą samotność. Nie czułem

się tak od dawna. Jakby nagle wszyscy ode mnie odeszli. Przecież nic się nie zmieniło i od lat jestem sam i w zasadzie wczoraj czy przed tygodniem czy przed miesiącem było tak samo jak dziś, ale dziś samotność dosłownie mnie przytłacza. Skąd się to bierze? Nawet malowanie jest takie jakby przez sen. Jakby mi już na niczym nie zależało.

d3hp061
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d3hp061