Trwa ładowanie...
d4b7wkw

Przeczytaj fragment powieści ''Pamiętam" Agnieszki Janiszewskiej

Dwadzieścia lat po zakończeniu II wojny światowej z Paryża do Warszawy przyjeżdża młoda kobieta, Izabella Seigner, aby odszukać i poznać rodzinę swojej zmarłej matki. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Novae Res publikujemy fragment książki "Pamiętam" Agnieszki Janiszewskiej
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Przeczytaj fragment powieści ''Pamiętam" Agnieszki Janiszewskiej
(Materiały prasowe)
d4b7wkw

Rozdział 1

Rok 1946

Od lat czuję tę samą tęsknotę i wiem, że nie ma na nią lekarstwa. Nikt go nie wynalazł. Czy tak się kiedyś stanie? Czy pojawi się ktoś, kto wynajdzie cudowny środek na smutek i melancholię, które towarzyszą tęsknocie? I czy ludzie będą wtedy szczęśliwsi? Czy ja potrafiłabym być wtedy szczęśliwa? Przecież, idąc tym tokiem rozumowania, musiałabym wszystko zapomnieć. Wymazać całą moją przeszłość. A ja wolę wszystko pamiętać, nawet jeśli tym wspomnieniom towarzyszy poczucie nieodżałowanej straty. A także winy. Zresztą wbrew rozsądkowi nie pozbyłam się do końca nadziei, ona wciąż się we mnie tli. Może właśnie dlatego, że… pamiętam.
Maurice właśnie w ten sposób mnie pociesza. Nie wszystko stracone, mówi, póki życia, póty nadziei. Kochany, dobry Maurice. Doprawdy nie wiem, co zrobiłabym bez niego, bez jego ciepła, miłości i przyjaźni. On dobrze wie, dlaczego nie wrócę do kraju, w którym się urodziłam i wychowałam. Wie, dlaczego nie mogłabym tego zrobić. Zresztą to nie tęsknota za krajem jest najpoważniejszym powodem tego smutku, którego nie potrafię i nie chcę się pozbyć. Akurat z nostalgią za rodzinnymi stronami szybko sobie poradziłam. To nie znaczy, że czasem tam nie wracałam… myślami. Zimą wspominałam śnieg iskrzący się od mrozu, otulone białym tiulem pola i lasy. Wiosną, gdy wokół naszego letniego domu w Prowansji zaczynały kwitnąć pola lawendy, nie potrafiłam powstrzymać się przed przywoływaniem w pamięci kolorowych łąk w moich rodzinnych Bolesławicach, pełnych maków i stokrotek, a także zagajników, w których odnajdywałam ukryte fiołki, zawilce. Przywoływałam też wspomnienia bolesławickiego ogrodu, gdzie można było zrywać całe naręcza bzów i konwalii.

Tak, brakowało mi tego i widziałam w oczach nielicznych rodaków, jakich spotykałam we Francji, że również ich myśli pełne są wspomnień. Lecz i oni nie wracali. Woleli wspomnienia i nostalgię.
Każdy z nas miał swoje powody. A ja?

– Naprawdę nie tęskni pani za rodziną? – spytała kiedyś z niedowierzaniem jedna z sąsiadek i popatrzyła na mnie jak na osobę niespełna rozumu, gdy z całym spokojem odpowiedziałam, że nie. Nie tęsknię.
A potem – by przestała wreszcie dociekać – wyjaśniłam krótko, że w Polsce nie mam już żadnej rodziny.
Ale to nie była prawda… przynajmniej z formalnego punktu widzenia. Ponieważ właśnie ta rodzina była powodem, dla którego nie chciałam i nie mogłam tam wrócić.

Już gdy umierał mój ojciec, wiedziałam, że nie zostanę w Bolesławicach dłużej, niż to będzie konieczne. Oczywiście nie musiałam opuszczać rodzinnego domu. Wtedy, wkrótce po śmierci ojca, nikt mnie stamtąd nie wypędzał, wręcz przeciwnie. Ale dla mnie było oczywiste, że nie potrafiłabym wytrzymać pod jednym dachem z moją matką. Nigdy nie mogłyśmy się zrozumieć. Zawsze mnie drażniła. Jej nieporadność, niedojrzałość wywoływały we mnie irytację, nad którą nie potrafiłam zapanować. I pewnie też nie chciałam.

d4b7wkw

Ojciec reagował na nią identycznie, wielokrotnie miałam okazję to zauważyć. To była jedna z przyczyn, dla których z kolei ja i on tak dobrze się rozumieliśmy. Był mądrym, prawdziwie wartościowym człowiekiem, nigdy nie miałam co do tego najmniejszych wątpliwości. Dlatego jego odejście okazało się dla mnie tak trudne do przyjęcia.

Postanowiłam, że wyjadę tak szybko, jak to tylko możliwe. Ojciec wiedział o moich planach studiowania za granicą i popierał je w całej rozciągłości. Odbyliśmy na ten temat wiele rozmów. Zapewniał mnie, że zabezpieczył przeznaczone na ten cel fundusze i nie będę musiała martwić się o pieniądze na studia i utrzymanie. Zachorował, gdy jeszcze byłam uczennicą liceum. Od początku doktorzy nie dawali nadziei. Pan kapitan za długo zwlekał ze zgłoszeniem się do lekarza, mówili. Choroba poczyniła zbyt duże postępy. Wyniki prześwietleń nie pozostawiały wątpliwości. Ojciec przyjął diagnozę z niewzruszonym spokojem, jaki cechował go zawsze. Nigdy nie podnosił głosu, nawet w chwilach największego wzburzenia, nigdy też nie panikował i nie lamentował. Tak było i tym razem. Takie jest życie, powiedział tylko, zresztą lepiej skończyć je na własnych warunkach, niż przechodzić męczącą kurację, która, nawet gdyby została podjęta wcześniej, z pewnością nie przyniosłaby pożądanego wyniku.
Kilka miesięcy później zmarł, a ja pogrążyłam się w ciężkiej żałobie.

Nie uciekałam od wspomnień, także w pewnym sensie na przekór mojej matce i braciom. Wiedziałam bowiem, że oni nie podzielali mojego smutku. Moja żałoba nie była ich żałobą. Na Maćka, mojego starszego, przyrodniego brata, nie potrafiłam się jednak o to gniewać, czułam jedynie żal, że nigdy się z ojcem do siebie nie zbliżyli. Był synem mojego ojca z jego pierwszego małżeństwa i chociaż – jak wieść gminna niosła – ojciec uwielbiał matkę Maćka, nie potrafił okazać ciepła synowi. Ludzie powiadali, że poniekąd winił Maćka za śmierć Anieli, umarła bowiem zaraz po bardzo ciężkim, wielogodzinnym porodzie.

Ojciec – rzecz jasna – nigdy nie czynił przede mną wyznań na ten temat, nie tłumaczył też, dlaczego wobec syna zachowywał pełną chłodu rezerwę. Chyba miał tego świadomość, a mimo to nie potrafił się przemóc. Może zresztą by to w końcu zrobił – czas, jak to mówią, leczy rany – problem leżał jednak chyba w tym, że ojciec potrzebował dużej ilości tego czasu. Maciek w każdym razie zdążył już dorosnąć i w wieku kilkunastu lat ostatecznie przestał potrzebować ojcowskiej przyjaźni czy nawet akceptacji. Zapewne pomógł mu w tym fakt, że dość wcześnie wyjechał do szkoły, potem na studia i od tej pory rzadko przyjeżdżał do domu, choć zawsze można było na niego liczyć przy okazji świąt i przynajmniej miesiąca wakacji. Nie przypominam sobie, by obaj z ojcem prowadzili ze sobą długie, przyjacielskie pogawędki. Ich rozmowy – jeśli już do nich dochodziło – miały na ogół dość burzliwy przebieg. I bynajmniej nie sprawy osobiste były tego przyczyną – jak już wspomniałam, w miarę upływu lat kwestia wzajemnie okazywanego chłodu i dystansu nie miała już dla mojego brata znaczenia. Prowadzili za to zajadłe spory natury politycznej, obaj bowiem, na domiar złego, mieli diametralnie różne poglądy na te sprawy.

d4b7wkw

Lubiłam mojego starszego brata, czekałam na jego przyjazdy, miał zawsze coś ciekawego do powiedzenia i w głębi serca naprawdę cierpiałam, że nie potrafił porozumieć się z ukochanym przeze mnie ojcem, ale rozumiałam go. Wiedziałam, jaka jest istota problemu, i nie nalegałam, by spróbował otworzyć się przed ojcem, by wyciągnął do niego dłoń, by pierwszy wyszedł mu naprzeciw. Raz wprawdzie coś na ten temat napomknęłam, ale spojrzał na mnie z pozornym zdziwieniem.

– Przecież nie jesteśmy ze sobą skłóceni. Czasami tylko musimy podyskutować – odparł obojętnie, zamykając mi tym usta.
Nigdy więcej nie wróciłam do tematu, a z kolei z ojcem w ogóle go nie podjęłam. Musiałam przyjąć do wiadomości nieodwołalność pewnych faktów, co w niczym nie zaważyło na mojej szczerej sympatii wobec Maćka.

Inaczej rzecz się miała z młodszym ode mnie o rok rodzonym bratem Łukaszem. Był oczkiem w głowie matki, jej beniaminkiem, słodkim syneczkiem i choćby z tego powodu nie potrafiłam i nie chciałam się do niego przekonać. Nie był to jednak powód jedyny ani najważniejszy. Mój młodszy brat nienawidził ojca, był przekonany, że matka była źle traktowana przez swojego męża, że to ojciec ponosił odpowiedzialność za niepowodzenie ich związku, podczas gdy ona była niewinną jego ofiarą. Nie wiem, bo nigdy nie zdołałam do tego dojść, czy to matka wmówiła Łukaszowi te brednie, czy sam doszedł do takiego wniosku, ale to jego niezłomne przekonanie stało się przeszkodą nie do sforsowania, by naprawić nasze wzajemne stosunki, a właściwie by nie dopuścić do tego, aby problemy małżeńskie naszych rodziców poróżniły nas oboje.

On z kolei zarzucał mi, że bezwarunkowo wierzyłam ojcu i przyjęłam jedynie jego wersję, że nigdy nie próbowałam wysłuchać matki. I nie uwierzył, gdy go zapewniałam, że ojciec nigdy nie zwierzał mi się z tych spraw, bo takie miał zasady, a matka… Cóż, może nie dałam jej na to szansy, a może ona za mało się starała i zabrakło jej odwagi. W każdym razie nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek potrzebowała towarzystwa tej płaczliwej, niezaradnej życiowo kobiety, która przepadłaby z kretesem, gdyby małżeństwo z tak energicznym człowiekiem jak mój ojciec nie zapewniło jej utrzymania. Wcześniej zaś zadbał o nią mój dziadek. Nigdy sama nie musiała się o nic starać. Nigdy nie musiała pracować. Nie miałaby pojęcia, jak się do tego zabrać.

d4b7wkw

Już jako trzynastoletnia dziewczynka postanowiłam, że będę inna. Samodzielna. Niezależna. Zwierzyłam się z tego ojcu, a on mnie poparł, choć przecież mógł nie wyrazić na to zgody. Był właścicielem dobrze prosperującego majątku, który odziedziczył po przodkach. Obawiałam się trochę, czy zgodnie z obyczajami nie zaplanował dla mnie bardziej tradycyjnej roli w życiu. Pamiętam, że roześmiał się, gdy mu o tym wspomniałam.

- Czasy się zmieniają – zauważył. – Nigdy już nie będzie tak jak kiedyś. Sztywne reguły, które do niedawna krępowały kobiety, zanikają na naszych oczach. Żyj tak, abyś była szczęśliwa.
Pamiętam, że naszej rozmowie przysłuchiwał się wtedy Maciek. Spojrzał na ojca z ironią w oczach i wyglądał, jakby chciał powiedzieć mu coś wyjątkowo kąśliwego, ale w ostatniej chwili zrezygnował i wyszedł.

- Nie wierzysz, że ojciec dotrzyma słowa? – zapytałam go zaczepnie, gdy tylko mieliśmy okazję wymienić parę zdań.
Spojrzał na mnie z rozbawieniem, w którym kryła się jednak szczypta złośliwości, i wzruszył ramionami.
- Wierzę – mruknął niechętnie i ponownie zamierzał zagłębić się w czytaniu, ale mu nie pozwoliłam.
- No to o co ci chodzi?
Energiczniej, niż należało, zamknął książkę, a na jego wargach pojawił się drwiący uśmieszek.
- Śmieszy mnie, gdy ten akurat facet zaczyna prawić frazesy o prawie dzisiejszych kobiet do zerwania ze zwyczajami, jakie krępowały kobiety jeszcze na początku naszego wieku.
- A to niby dlaczego? – Od razu przybrałam postawę wojownika ruszającego do boju.
- Popatrz tylko, jak traktuje swoją żonę…
A zatem Maciek również uważał, że mojej matce działa się krzywda. Podzielał zdanie Łukasza. Kogo jeszcze? Nie chciałam tego słuchać. Pamiętam, że jego słowa potraktowałam jak zdradę. Oczywiście nie chowałam długo urazy, choćby dlatego, że mój starszy brat z niemal jednakowym dystansem odnosił się także do swojej macochy. Zresztą, w gruncie rzeczy rodzina niewiele go już wtedy obchodziła.

Potem, w obliczu choroby i śmierci ojca, takie rozważania straciły na znaczeniu. Wtedy liczyło się dla mnie tylko to, że jako jedyna w gronie tak zwanej najbliższej rodziny zmagałam się z żałobą.
I rozpaczliwie tęskniłam za ojcem.

To zresztą sprawiło, że sąsiedzi i dalsza rodzina traktowali mnie życzliwie i starali się dodawać mi otuchy, pocieszać. Zachowanie wdowy po zmarłym i jego synów wzbudzało powszechne oburzenie, z którego jednak tamci niewiele sobie robili.
- Ale – jak się miało okazać – to nie było wszystko. Skoncentrowana na bólu i mglistych planach na przyszłość, przeoczyłam coś znacznie gorszego. Znacznie gorszą zdradę.
Pamiętam, że tak wówczas przyjęłam decyzję mojej matki – jako zdradę.

Więcej informacji o książce "Pamiętam" Agnieszki Janiszewskiej znajdziesz tutaj.

d4b7wkw

Podziel się opinią

Share

d4b7wkw

d4b7wkw