Trwa ładowanie...
d3cw5f8
Informacja prasowa

Przeczytaj fragment książki ''Za wszelką cenę'' Rafała Gierchatowskiego

Kilka dni po urodzeniu Rafał zostaje zarażony gronkowcem, który w przeciągu krótkiego okresu czasu robi czystki w jego organizmie. Cudem udaje się pokonać gronkowca. Mijają lata, a skutki przebytej choroby i nie dają o sobie zapomnieć. Zaczyna się ponowna walka o życie. „Postanowiłem opisać swoją historię, aby przeciwstawić się chorobie, żyć każdego dnia z nadzieją i wiarą, spełniać marzenia i nigdy się nie poddawać – mimo wszelkich przeciwności” - pisze Rafał Gierchatowski, autor książki „Za wszelką cenę”, której fragment publikujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa Białe Pióro.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Przeczytaj fragment książki ''Za wszelką cenę'' Rafała Gierchatowskiego
( )
d3cw5f8

Kilka dni po urodzeniu Rafał zostaje zarażony gronkowcem, który w przeciągu krótkiego okresu czasu robi czystki w jego organizmie. Cudem udaje się pokonać gronkowca. Mijają lata, a skutki przebytej choroby i nie dają o sobie zapomnieć. Zaczyna się ponowna walka o życie. „Postanowiłem opisać swoją historię, aby przeciwstawić się chorobie, żyć każdego dnia z nadzieją i wiarą, spełniać marzenia i nigdy się nie poddawać – mimo wszelkich przeciwności” - pisze Rafał Gierchatowski , autor książki „Za wszelką cenę” , której fragment publikujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa Białe Pióro.

Życie jest jak surfing: w jednej chwili wskakujemy na pędzącą falę
i, unosząc się na niej, mamy wrażenie, że cały świat leży u naszych stóp. Szum pędzącej fali i powiew wiatru, który odczuwamy całą swoją osobowością, daje nam dodatkową dawkę adrenaliny i przyjemności. Ten moment jest nadzwyczajny i chcemy, by trwał wiecznie.

Gdy jednak tracimy równowagę i upadamy, staramy się jak najszybciej znaleźć grunt pod nogami, aby nie utonąć. A życie pełne jest upadków. Doświadczamy czegoś, widzimy, słyszymy, ale nasz mózg czasem nie jest w stanie przyjąć do wiadomości danego faktu, sytuacji. Pewne koleje losu są niewyobrażalne i nie do końca zrozumiałe, a może, najnormalniej
w świecie, nie chcemy ich doznawać i zaakceptować tego, co się wydarzyło. Wszyscy doświadczamy bólu, cierpień. Rzadziej – pełni szczęścia. Zdarza się, że choroba zabiera nam sens życia, burzy życiowe fundamenty, niszczy nasz organizm z zewnątrz i od środka, odbierając chęć do czegokolwiek.

d3cw5f8

W moim przypadku tak właśnie było. Choroba zabrała mi wszystko.
W takich chwilach zawsze są dwa wyjścia: uciec albo zostać i walczyć za wszelką cenę.

– Jesteś silny, wiesz? Też bym chciała umieć walczyć, nie poddawać się. Naucz mnie tego, przekaż mi chociaż cząstkę tej magii.

– To nie kwestia magii, a raczej siły marzeń i wewnętrznego pragnienia ich spełnienia, które jest zakorzenione w nas bardzo głęboko. Kiedy straciłem czucie, straciłem i marzenia, ale po pewnym czasie zrozumiałem, że tylko one nadają sens życiu. Jeśli mamy marzenia, mamy po co żyć.
A jeżeli chodzi o tę magię, o której mówisz, to myślę, że ma ją w sobie każdy z nas: ty, ja, ta kobieta spacerująca przed nami… trzeba tylko ją odnaleźć.

– A więc jak ją odnalazłeś?

d3cw5f8

– Może to śmieszne, co teraz powiem, ale moją inspiracją stał się aktor, którego na pewno znasz: Jack Besson. Może Bóg mnie nakierował w jego stronę, nie wiem, ale wiem jedno: dzięki temu, że Besson spełniał swoje marzenia, cele, pragnienia, dążył do nich z wielką wiarą w siebie, zrozumiałem, że i ja mogę zacząć walczyć o siebie. Nie można rezygnować, bo i on nie zrezygnował. Dlaczego ja miałbym ulec? Tak to widzę.

– Jesteś szalony – roześmiała się.

– Dlaczego? Każda droga jest dobra, o ile prowadzi cię ku wyznaczonej przez ciebie mecie.

– Masz troszkę racji.

d3cw5f8

Pobyt nad morzem, jak i czas spędzony ze znajomymi, dał mi bardzo dużo. Wypocząłem, oczyściłem swój umysł, nabrałem nowej energii.

To był cyrk. Cały szpital wyposażony w nowoczesny sprzęt, a zdjęcia nie wychodzą. Do tego słabo zorganizowano przepływ pacjentów, więc miałem dość.

Wszystko zaczęło się od nowa. W końcu dotarliśmy do lekarki, która zleciła rentgen.

– Niech państwo usiądą, obejrzałam już wszystkie zdjęcia, zapoznałam się z dokumentami. Nie widzę najmniejszego problemu, abyśmy nie mogli pana sami zoperować, takie operacje wykonujemy.

d3cw5f8

– A jakie są rokowania? Co dzieje się po operacji? Jak ona w moim przypadku miałaby wyglądać? – zasypałem ją pytaniami.

– Dwie operacje. Miałby pan umieszczone cztery pręty stabilizujące cały pion kręgosłupa. Owe kręgi zagięte, które pokazuję, obrócilibyśmy. Zamontowane byłyby oczywiście kotwice, ale ile? Ciężko mi na chwilę obecną powiedzieć, będziemy musieli przedyskutować to z profesorem.

– Będę chodził?

– Po obróceniu kręgów, niestety, pana rdzeń kręgowy zostanie przerwany i nie będzie pan już chodził, ale to i tak lepsze niż czekać, aż kręgosłup sam się złamie, prawda?

d3cw5f8

– Miałem odbyć konsultację tutaj w szpitalu, aby dowiedzieć się, czy jesteście w stanie zoperować mnie z powodzeniem, lecz szans z tego, co pani mówi, nie ma, abym mógł znów samodzielnie się poruszać. Mam duże szanse w niemieckiej klinice na to, abym po operacji mógł chodzić.

– Proszę zrozumieć, nie wydam oświadczenia, że nie jesteśmy w stanie pana z operować, jeżeli taką możliwość mamy.

– Chcecie mnie sparaliżować, a nie mi pomóc. Jak mam poddać się operacji w waszej klinice, jeżeli chce pani odwracać moje kręgi, wstawiać kilka prętów i przerywać rdzeń kręgowy?! W ogóle, dlaczego pani sama wydaje oświadczenie o podjęciu operacji, nie konsultując tego z profesorem, z którym miałem odbyć rozmowę?

– Swoją propozycję przedstawiłam, nie będę więcej na ten temat dyskutowała. Nie dostanie pan od nas rekomendacji na leczenie w innym kraju, jeżeli jesteśmy gotowi sami ją wykonać.

d3cw5f8

– To jest niedorzeczne, co pani mówi.

– Zrobi pan, co zechce. Nie musi się pan zgadzać na naszą propozycję. Pana sprawa, to wszystko, wizyta dobiegła końca. Do widzenia.

Zebraliśmy wszystkie dokumenty i opuściliśmy gabinet, byłem wściekły. Nie rozumiałem jak można tak potraktować pacjenta; jak mam poddać się operacji, z góry wiedząc, że rdzeń kręgowy będzie przerwany nieodwracalnie? Nie chciałem o tym nawet myśleć. W holu czekał na nas tata z wujem. Kiedy streściliśmy pokrótce cały przebieg dzisiejszego cyrku, aż ich zamurowało.

W domu rozmawialiśmy już na spokojnie, ale nie zmieniało to faktu, nie zgodziłbym się na cokolwiek, co zostało powiedziane kilka godzin wcześniej. Dotarło do mnie, że z takim wynikiem konsultacji nie mogę liczyć na refundowanie operacji w Niemczech.

Resztę pobytu w Krakowie spędziliśmy w lepszej atmosferze. Temat mojego leczenia zamknęliśmy do momentu powrotu do Poznania.

Następnego dnia w samo południe wyruszyliśmy w drogę powrotną. Doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie wracać autostradą, aniżeli przejeżdżać przez Śląsk i trafiać na kolejne niespodzianki. Siedziałem przy oknie, mając słuchawki na uszach. Podróż minęła spokojnie, a w domu byliśmy wieczorem.

Żadne wiadomości z Polskiego Funduszu Leczenia nie nadchodziły. Czułem się gorzej, a osłabienie siły mięśniowej w nogach odczuwałem dobitnie. Poruszałem się jak ślimak, bardzo powoli.

Na wykłady przestałem całkowicie chodzić, bo uczyłem się sam i kserowałem notatki od Janka. Przyswajanie materiału i opanowywanie nowych zagadnień prawa przychodziły mi z większą trudnością. Ból w górnym odcinku kręgosłupa dodatkowo dekoncentrował mnie na tyle, że czytałem jeden fragment po kilka razy, starając się zrozumieć i wyciągnąć z niego potrzebne informacje.

Powoli żegnałem się z pracą w telekomunikacji, bo nie miałem sił funkcjonować i przemieszczać się po całym budynku. Umowa moja powoli dobiegała końca, a ja nosiłem się z zamiarem poinformowania mojej przełożonej, że nie będę w stanie dalej kontynuować pracy. Było to dla mnie ciężkim doświadczeniem. Miałem nadzieję, że wszystko potoczy się inaczej.

Dzień przed zakończeniem pracy pojechałem z Jankiem na zakupy, bo chciałem bardzo podziękować wszystkim, z którymi pracowałem, za miniony czas.

Kiedy wróciliśmy do domu, mama poinformowała mnie, że dzwoniono
z funduszu. Okazało się, że nie podjęli jeszcze ostatecznej decyzji. Poprosili profesora wypełniającego nam wniosek na leczenie, aby zajął stanowisko
w tej sprawie i oznajmił, dlaczego właśnie uważa, że powinienem mimo wszystko zostać zoperowany w innym kraju. Ta informacja ucieszyła mnie. Oznaczało to, że wszystko nie jest jeszcze do końca stracone i dopóki nie ma końcowej odpowiedzi, mogłem mieć nadzieję.

Ostatni dzień pracy był wyjątkowy. Przyszedłem jak zawsze, zająłem swoje miejsce, zalogowałem się do systemu i obsługiwałem klientów. Po niespełna dwóch godzinach przyszła do mnie kierowniczka z informacją, że jeśli chcę, mogę zakończyć już pracę i przyjść do nich porozmawiać. Obsłużyłem ostatniego klienta, wylogowałem się z systemu i poszedłem do małego pokoiku kierowników porozmawiać.

Im dłużej tam siedziałem, tym było ciężej się żegnać.

– Chciałbym tutaj wszystkim zgromadzonym bardzo podziękować za wspólnie spędzony czas. Cieszę się, bo naprawdę przeżyłem przyjemne chwile, czasem się przewracałem, niekiedy było bardzo śmiesznie, ale zawsze każdego dnia chciałem tu wracać, bo czułem i czuję się tutaj nadal bardzo dobrze. Nie byłem może najlepszym pracownikiem, ale starałem się każdego dnia. Nie dam rady w obecnym stanie pracować, więc muszę odejść. Kiedy już mnie gdzieś na tym świecie naprawią, będę mógł wrócić. Chciałem również wręczyć taki mały podarunek, dziękuję za wszystko.

Podszedłem do każdego, wręczając po bombonierce. W zamian dostałem całusy, uściski, niektóre kierowniczki miały łzy w oczach. Mnie osobiście również nie było najłatwiej; ledwo się powstrzymywałem, aby samemu się nie rozbeczeć. Głos zabrała główna kierowniczka.

– Rafał, my także chcemy tobie podziękować za pracę i oddanie firmie. Jesteś wspaniałym pracownikiem. Możesz tu wrócić, kiedy tylko chcesz, drzwi telekomunikacji Bila będą dla ciebie zawsze otwarte. Proszę, również mamy dla ciebie mały podarunek.

Otrzymałem małego, brązowego słonika z podniesioną trąbą. Poczułem radość i smutek jednocześnie, z wielkim trudem powstrzymywałem emocje. Powoli zacząłem opuszczać miejsce pracy, żegnając się z pracownikami, ochroną itd. Na zewnątrz czekałem kilka minut, nim tata podjechał pod główne drzwi budynku.

Po południu przyjechała do mnie Kamila, która na poprawę humoru przywiozła mi dwa ciasteczka truskawkowe z kremem. Piliśmy kawę, rozmawiając o minionym dniu. Latem uczelnia miała zorganizować wielki pokaz galerii rzeźb, malarstwa, a najlepsze prace planowano wysłać zagranicę.

Całe dnie przesiadywałem w domu, zagłębiając się w książki, by odgonić negatywne myśli. Kiedy odczuwałem, że mój umysł jest zmęczony, ćwiczyłem w pokoju na kocu. Niektórych ćwiczeń nie mogłem już wykonać, jak było to jeszcze możliwe kilka miesięcy wcześniej. Nie mogłem się pochylić i dotknąć rękoma podłogi, nie byłem już w stanie, leżąc na plecach z nogami podkurczonymi, unieść miednicy do góry, a rehabilitacja sprawiała wiele trudności.

Przeminął kolejny miesiąc bez wiadomości z Polskiego Funduszu Leczenia. Zacząłem więc szukać innych możliwości leczenia. Szperałem godzinami w Internecie, co mogę jeszcze dla siebie zrobić, jakie mam prawa i możliwości, żyjąc w Unii Europejskiej. Nie znalazłem nic, co mogłoby mi w takiej sytuacji pomóc.

Tydzień później zadzwoniłem do Polskiego Funduszu Leczenia. Poinformowali mnie, że wysłali pismo do profesora z Krakowa z prośbą
o zajęcie stanowiska w ich szpitalu. Dlaczego uważa, że operacja powinna zostać przeprowadzona u nich. Profesor nie odpisywał przez najbliższe trzy tygodnie. Zaczęto do niego wydzwaniać każdego dnia, aby przyspieszył nieco swoją odpowiedź, ale sekretarka informowała, że profesora obecnie nie ma, gdyż operuje albo jest bardzo zajęty. Człowiek-duch – całkowicie niedostępny. Odpowiedź w końcu nadeszła, jednak nie na tyle przejrzysta, aby Polski Fundusz Leczenia mógł podjąć ostateczną decyzję. Wysłali moje podanie o leczenie, dokumentację medyczną, opisy wizyt lekarskich do głównego działu w Warszawie, zanim jednak zajęli się moją sprawą, ponownie upłynęło sporo czasu.

Powoli traciłem nadzieję, że cokolwiek z tego wszystkiego wyjdzie.
W międzyczasie zadzwoniła kobieta ze szpitala z Krakowa z zapytaniem, czy wpisać mnie na listę oczekujących na operację. Zastanawiałem się dłuższą chwilę, co mam odpowiedzieć. Było ze mną coraz gorzej, gdzieś musiałem poddać się operacji. Czułem, że nie będę w stanie walczyć
w nieskończoność. Zgodziłem się na operację, kobieta wyznaczyła termin na luty następnego roku! Oznaczało to dla mnie jeszcze rok czekania na operację. Zapytałem, dlaczego tak długo, a w odpowiedzi usłyszałem, że są bardzo duże kolejki.

Ból w kręgosłupie był bardzo dokuczliwy. Czułem, że zachodzą w nim zmiany. Kiedy pochylałem się do przodu, prawdopodobnie zwiększał się ucisk na rdzeń kręgowy. Sądziłem tak, ponieważ przy owym pochyleniu czułem momentalnie potrzebę opróżnienia pęcherza moczowego, co dotychczas mi w takich okolicznościach się nie zdarzało.

Od momentu złożenia wniosku w Polskim Funduszu Leczenia do podjęcia ostatecznej decyzji minęło osiem miesięcy. W kulminacyjnym momencie Polski Fundusz Leczenia z Warszawy, nie wiedząc, co zrobić dalej, ponieważ opinie były sporne, poprosił profesora wypełniającego wniosek, aby ustosunkował się, dlaczego leczenie nie powinno się odbywać w szpitalu krakowskim. Przez długie tygodnie odpowiedź nie nadchodziła, a telefon milczał. W całą sprawę został zaangażowany dyrektor szpitala w Poznaniu, który wymusił na profesorze wypełniającym wniosek przesłanie opinii. Niestety, profesor, który jeszcze kilka miesięcy temu tak bardzo chciał mi pomóc, zmienił całkowicie zdanie. Uznał, że jeżeli szpital w Krakowie tak bardzo chce podjąć się operacji na moim kręgosłupie, nie widzi żadnych wskazań, abym leczył się poza granicami kraju.

Tym samym moja cała wiara i nadzieja umarły. Przegrałem. Kilka dni po telefonie nadeszła oficjalna odmowa z Polskiego Funduszu Leczenia
w Warszawie. Był to najczarniejszy dzień w moim życiu. Przez najbliższe dni nie potrafiłem się pozbierać. Leżałem na łóżku, słuchałem muzyki, oglądałem telewizję. Straciłem nawet energię, aby uczyć się na egzaminy.

– Co się panu stało? – zapytał.

– Nie wiem, straciłem czucie w nogach, ledwo oddycham i czuję potworny ból w całym ciele.

– Zabieramy go na oddział pierwszej pomocy – krzyknął do pozostałych.

Wysunąłem się na krawędź siedzenia, bo nie miałem sił, aby przesunąć nogi. Dobrze zbudowany sanitariusz chwycił mnie pod pachą i powiedział coś w swoim języku do drugiego. Powoli wyciągali mnie z samochodu. Kobieta zablokowała koła przy łóżku, aby stało stabilnie.

Drugi sanitariusz chwycił za nogi i razem przenieśli mnie na łóżko. Było to dla mnie niezwykle męczące, ale nie okazywałem tego. Tata musiał znaleźć miejsce na parkingu, mama zaś kroczyła przy łóżku.

W punkcie pierwszej pomocy nie czekałem długo, po chwili zjawił się wysoki, dojrzały mężczyzna. Rozmawiał z sanitariuszami przy łóżku, na którym leżałem. Uważnie ich nasłuchiwałem, ale nie byłem w stanie niczego zrozumieć poza jednym słowem „rezonans magnetyczny”. Zrozumiałem, że prawdopodobnie zabiorą mnie najpierw na wykonanie zdjęć, nim podejmą jakiekolwiek działania.

– Jak się pan czuje? Może pan bez problemu oddychać? Gdzie pana boli? – zadawał pytania jeden z mężczyzn.

– Boli całe ciało, pomóżcie mi, proszę – mówiłem z wielkim trudem.

Mama stała obok, była tak bardzo zdenerwowana jak nigdy wcześniej. W jej torebce zabrzęczał telefon – to tata dzwonił z zapytaniem, gdzie mnie przewieziono.

Sanitariusze chwycili za obręcze łóżka i biegiem pchali łóżko między korytarzami, pędzili tak szybko, że nie zdawałem sobie sprawy, co mijam.

Wielkie drzwi, windy, ludzie dziwnie spoglądający w naszą stronę, niemieckie napisy na ścianach, różne wskazówki – wszystko to migało mi przed oczami jak klatki z filmu. Kręciło mi się w głowie, nie byłem też
w pełni świadom, co się tak naprawdę ze mną dzieje. Poczułem obojętność wywołaną bólem i tym, że nie czuję nóg. Mężczyźni zatrzymali łóżko przed wielkimi, szarymi drzwiami z metalu. Jeden z nich użył dzwonka znajdującego się przy wejściu. Wyłoniła się wtedy drobniutka kobieta,
z którą mężczyźni wymienili dwa zdania, po czym szybko wjechaliśmy do środka. W samym środku sali stał nowoczesny rezonans magnetyczny. Przeniesiono mnie na jego blat, pomagając mi powoli i w miarę bezboleśnie się położyć. Ustabilizowano mi głowę, nogi, a do uszu włożono zatyczki. Powoli wjeżdżałem do środka aparatu. Kiedy całe badanie się skończyło, wydawało mi się, że trwało wieczność. Stukanie, pukanie, brzęczenie wewnątrz urządzenia dobijało mnie całkowicie, chociaż wiedziałem, co mnie czeka i jak funkcjonuje to urządzenie.

Gdy badanie dobiegło końca, ponownie przeniesiono mnie na łóżko
i wróciliśmy do punktu pierwszej pomocy. Tam czekali rodzice z jakąś młodą kobietą. Mówili coś do mnie, ale nie wszystko rozumiałem; odniosłem wrażenie, że owa blondynka mówi coś do mnie po polsku, ale nie byłem do końca przekonany, czy jest to wymysł mojej wyobraźni czy nie.

Po niedługim czasie przybiegł mężczyzna, który zlecił badania, trzymał w ręku zdjęcia rezonansu. Powiedział kilka zdań w języku niemieckim do stojącej obok młodej kobiety. Potrzebowała chwili, aby zdobyć się na przekazanie nam informacji. W jej oczach dostrzec można było przerażenie.

– Lekarz mówi, że jest bardzo źle i trzeba operować – zakomunikowała.

Zrozumiałem z tego niewiele poza słowem „operować”. Rodzice wymienili porozumiewawcze spojrzenie. Ból w całym ciele był tak ogromny, że traciłem kontakt z rzeczywistością.

Lekarz uniósł pod światło zdjęcia, ukazując wynik badania. Nie wyglądało to dobrze. Tłumaczył młodej kobiecie, co widać na zdjęciu, jakie istnieje ryzyko, jeżeli nie podejmiemy się operacji. Tłumaczka przekładała wszystko na język polski. Zrozumiałem, że jest bardzo źle; że nie walczę w tej chwili o to, aby kiedykolwiek móc chodzić, ale by żyć.

– Operujmy – wybełkotałem resztką sił.

– Rafał, jesteś pewny, że tego właśnie chcesz? – zapytała mama.

– Nie wytrzymam podróży do Francji, nie dam…

Czułem, że tracę przytomność, nic już od tej chwili nie zależało ode mnie. Trafiłem do miejsca, z którego nie było już odwrotu.

Byłem zawieszony między tym, co żywe, a tym, co martwe, tym, co dawało i odbierało nadzieję. Nie myślałem nawet o tym, czy się kiedykolwiek jeszcze obudzę…

d3cw5f8

Podziel się opinią

Share
d3cw5f8
d3cw5f8