Trwa ładowanie...
d4bbz24
Informacja prasowa
hotel

Przeczytaj fragment książki ''Hotel szczęśliwych ślubów'' Hester Browne

"Hotel szczęśliwych ślubów" opowiada historię Rosie McDonald. Kobieta niegdyś porzucona przez narzeczonego przed ołtarzem, jest cenioną organizatorką ślubów. W obu sferach jej życia - służbowej i prywatnej nie dzieje się najlepiej - kariera utknęła w martwym punkcie, a chłopak zdecydowanie nie jest „tym jedynym”. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Zwierciadło prezentujemy fragment książki Hester Browne w tłumaczeniu Magdaleny Wasilewskiej-Chmury. 
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Przeczytaj fragment książki ''Hotel szczęśliwych ślubów'' Hester Browne
(Zwierciadło)
d4bbz24

* "Hotel szczęśliwych ślubów" opowiada historię Rosie McDonald. Kobieta niegdyś porzucona przez narzeczonego przed ołtarzem, jest cenioną organizatorką ślubów. W obu sferach jej życia - służbowej i prywatnej nie dzieje się najlepiej - kariera utknęła w martwym punkcie, a chłopak zdecydowanie nie jest „tym jedynym”. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Zwierciadło prezentujemy fragment książki Hester Browne w tłumaczeniu Magdaleny Wasilewskiej-Chmury . *


Ludzie mają różne wyobrażenia o organizatorach ślubów.

d4bbz24

Jesteśmy albo beznadziejnymi romantykami (nie ja).

Albo wiecznymi singlami (ja mieszkam z Dominikiem – krytykiem kulinarnym i moim chłopakiem. Jesteśmy razem już dwa lata).

Albo tak nam się spodobała organizacja własnego ślubu i wesela, że postanowiłyśmy zrobić karierę w tym biznesie (to zdarza się TYLKO w filmach. Uwierzcie mi, zrobienie 600 metrów girlandy na własne wesele może i sprawia frajdę, ale przygotowanie tego na czyjś ślub to zwykła niewolnicza praca).

Biorąc pod uwagę moje doświadczenie w tym zawodzie, a trochę już w nim pracuję, by być najlepszym organizatorem ślubów, należy:

d4bbz24

Nigdy, ale to nigdy nie myśleć o sobie jako o organizatorze ślubów – to najkrótsza droga do szaleństwa.

Nazywam się Rosie McDonald. Pracuję jako Event Manager.

Jeśli zdecydowałaś się wziąć ślub w londyńskim hotelu Bonneville, usytuowanym w zacisznej uliczce niedaleko Piccadilly, pójdziesz w ślady wielu znakomitości świata filmu, polityki, pisarzy czy członków europejskich rodzin królewskich, którzy przeszli przez przepięknie lśniące mosiężne drzwi obrotowe, kryjąc twarze za ciemnymi okularami.

Eleganckie Art Deco Bonneville kochałam od lat, odkąd pewnego gorącego lata przestąpiłam jego próg, by pracować jako pokojówka. Uwielbiałam każdy centymetr wystroju, a ogród różany darzyłam miłością absolutną. Pamiętam, że było tak od pierwszej nocy tutaj, kiedy leżąc zwinięta w kłębek na moim łóżku, które bardziej przypominało szpitalne niż hotelowe, poczułam magiczny klimat tego miejsca. Nawet gdy nie było w nim ślubnej jaśminowej altany, wiciokrzew nie był opleciony wokół marmurowej fontanny, a na trawniku nie stały rzędy złotych krzeseł, nawet wtedy ciemnozielony ogród odzwierciedlał wspaniałą atmosferę hotelu, która wypełniała go jak zapach białych kwiatów i pszczelego wosku do polerowania mebli. Był tajemniczy, nieprzewidywalnie romantyczny. Cichy zakątek w samym sercu Londynu, który zdawał się należeć tylko do Ciebie… i do Richarda Burtona, i do podstarzałej księżnej z kraju, który już nie istnieje, i…

d4bbz24

Od reszty świata oddzielał nas pokryty bluszczem mur. I podczas gdy po drugiej stronie była otwarta przestrzeń Green Park, pełna gwaru turystów i pracowników okolicznych biur, po naszej stronie, tuż za ogromnymi francuskimi oknami i wyłożoną czarno-białymi płytkami podłogą hotelowego lobby, znajdowała się pełna róż i lawendy oaza spokoju. Miejsce wprost idealne, by delektować się filiżanką wyśmienitej herbaty lub czytać scenariusz filmowy, lub – jak w przypadku Clementine Wright – o trzeciej po południu poślubić wyśnionego maklera giełdowego.

Ubrani odświętnie goście przechadzali się już w lobby w oczekiwaniu na największe i najważniejsze wydarzenie, jakie organizowałam w ciągu pięciu lat, odkąd stałam się odpowiedzialna za organizowanie ślubów w Bonneville. Mama Jasona była parlamentarzystką, tata Clementine – kontradmirałem, a plan rozmieszczenia stołów i gości na weselu Wright–Atkinson wymagał więcej planowania niż szczyt G8. A wszystko przez hordy kuzynów Clementine.

Śluby i wesela w Bonneville były kameralne i szykowne. Taka miała być też uroczystość Wright Atkinson, co z racji niewielkiej przestrzeni hotelu, jak i chęci utrzymania rozsądnej liczby gości sprawiło, że zaproszono tylko osoby dorosłe. Nie wszyscy przyjęli to ze spokojem. Jednak byłam weteranem takich wydarzeń i jak na weterana przystało, stawiłam czoła kilku rodzicom, a ich obelgi, prośby, groźby i płacze spływały po mnie jak po kaczce. Ktoś musiał, a biedna Clemmie, skulona w moim biurze, zapłakana i skoncentrowana na rozkładaniu chusteczki higienicznej na czynniki pierwsze, raczej się do tego nie nadawała. Zresztą dla mnie imprezy bez dzieci były czysto biznesową, cateringowo-logistyczną sprawą, a nie dramatem wykreślenia z rodziny, jakim mogły się okazać dla biednej panny młodej.

Nie zrozumcie mnie źle. To nie było tak, że nie zależało mi, by ślub Clemmie był taki, jakim go sobie wymarzyła, zależało mi, naprawdę. Ja po prostu nie mogłabym wykonywać mojej pracy, gdybym płakała tak dużo jak panny młode.

d4bbz24

Mając na uwadze kwestię listy gości, zaznaczyłam kolejny punkt na mojej liście „rzeczy ważnych” i mogłam rzucić okiem na przyjezdnych. Z doświadczenia wiem, że im bardziej ekskluzywny ślub, tym mniej dyscypliny wśród gości, jeśli chodzi o ubrania, zaproszenia, dress code i wszystko inne.

W lobby rozbrzmiewał Vivaldi – Cztery pory roku, czuć było zapach kalii. Uśmiechnęłam się ciepło i pokierowałam gości w kierunku ogromnych okien. Miałam na sobie zielony zestaw w stylu vintage: marynarkę podkreślającą talię, która była moim atutem, i spódnicę za kolana, które nim zdecydowanie nie były. To był mój ulubiony zestaw. Ważne było, by wyglądać stylowo, ale odróżniać się od gości, stąd troszeczkę biurowa koszula i buty na rozsądnym obcasie, nie miałam też kapelusza. Zresztą z moimi włosami i tak nie mogłabym go mieć. Moje krótkie brązowe włosy należały do gatunku nieukładalnych i śliskich. Miałam wrażenie, że nawet kapelusze ześlizgują się z nich w panicznej ucieczce. Miałam za to śliczny, kwiatowy toczek, który miał tę zaletę, że mogłam pod nim ukryć malutką słuchawkę, dzięki której pozostali pracownicy mogli ostrzegać mnie przed wszelkimi pożarami wymagającymi ugaszenia. (Nie dosłownie, oczywiście. Chociaż, w sumie…).

Pozostało dwadzieścia pięć minut do marszu weselnego, moment krytyczny całej operacji. Weszłam więc do alkowy, by sprawdzić listy. Całe moje życie skupione było wokół nich, miałam nawet listę list, by mieć pewność, że noszę przy sobie odpowiednie.

Panna młoda: Clemmie – od wczorajszej nocy w apartamencie panny młodej, razem z dwiema druhnami i mamą – Tik.

d4bbz24

Drużbowie: naliczyłam ośmiu (głównie o imionach Josh i Hugo). Ubrania i butonierki w porządku. Tik, tik, tik.

Świadek: obrączki w kieszeni; przemowa zweryfikowana; samochód czeka pod hotelem; kluczyki leżą bezpiecznie w mojej kieszeni.

Pan młody: najważniejsza sprawa, Jason jest już w budynku. Zawsze jestem w stresie, dopóki nie zobaczę pana młodego na miejscu, szczęśliwego, uśmiechniętego i zamkniętego w bezpiecznym pomieszczeniu. Jason stał w ślubnej poczekalni, wraz ze szklanką brandy i świadkiem. Dwóch kelnerów roznoszących szampana ciągle miało go na oku.

Nie to, żebym kiedyś powstrzymała pana młodego przed zmianą decyzji w ostatniej chwili, ale wolałam o tym wiedzieć wcześniej. To samo tyczyło się panny młodej. Ograniczenie szkód było kolejną częścią mojej pracy i – odpukać – jak dotąd każdy ślub organizowany przeze mnie zakończył się sukcesem.

d4bbz24

Jan, pani urzędnik stanu cywilnego i jej zastępca mieli się zjawić o 14.30 i właśnie gdy zmierzałam do recepcji, by ich przywitać, z zawrotną prędkością wpadła na mnie niepowstrzymana, energetyczna różowa piłka – Gemma, moja asystentka i jej różowy kardigan.

– Gemma, co ci mówiłam o bieganiu przed ceremonią? – przypomniałam jej, dodając szeptem: – To straszy gości.

– Przepraszam, Rosie. – Okrągłe, brązowe oczy Gemmy wlepiały się we mnie spod jej kruczoczarnej grzywki, jak gdyby ścigała ją lawina. Z powodu jej tendencji do dramatyzowania nie uznałam tego zachowania za zwiastun nadchodzącej katastrofy. Gemma naprawdę lubiła dramaty, dlatego poza byciem moją asystentką, byciem asystentką Laurence’a Bentleya Douglasa – mojego szefa i właściciela hotelu, aktywnie uczestniczyła w plotkarskim życiu hotelowej recepcji, biorąc wszystkie dodatkowe dyżury.

– Mamy problem na górze – wysyczała.

– Ale prawdziwy problem? – zapytałam z przyklejonym uśmiechem, jako że tuż koło nas przepłynął jegomość cały obwieszony medalami. – Czy tylko zawirowania?

– Załamanie nerwowe. Kod czerwony.

Zatrzymałam się. Nie mogłam pozwolić, by zawsze wyluzowana i spokojna dekoratorka wnętrz Clemmie przechodziła teraz załamanie nerwowe.

– Rozumiem – odpowiedziałam, biorąc z tacy krystalicznie czysty kieliszek szampana. – Cóż, pójdźmy to załatwić.

* "Hotel szczęśliwych ślubów" opowiada historię Rosie McDonald. Kobieta niegdyś porzucona przez narzeczonego przed ołtarzem, jest cenioną organizatorką ślubów. W obu sferach jej życia - służbowej i prywatnej nie dzieje się najlepiej - kariera utknęła w martwym punkcie, a chłopak zdecydowanie nie jest „tym jedynym”. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Zwierciadło prezentujemy fragment książki Hester Browne w tłumaczeniu Magdaleny Wasilewskiej-Chmury . *

d4bbz24

Podziel się opinią

Share

d4bbz24

d4bbz24