Trwa ładowanie...
holderName
siostra

Przeczytaj fragment książki ''Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie'' Justyny Kopińskiej

Publikujemy fragment książki Justyny Kopińskiej „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?”, w której opisała przerażającą praktyki sióstr ze Specjalnego Ośrodka Wychowawczego Zgromadzenia Sióstr Boromeuszek w Zabrzu.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Przeczytaj fragment książki ''Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie'' Justyny Kopińskiej
( )
holderName

Zabawki schowane i wyjmowane tylko na pokaz, zakazywanie utrzymywania kontaktów z rówie*śnikami poza ośrodkiem po lekcjach albo niechodzenie do szkoły jako... Kara za poskarżenie się nauczycielce z zewnątrz to jeszcze nic wobec zmuszania wychowanków do jedzenia własnych wymiocin, nakazu stania godzinami i wymachiwania zasiusianym prześcieradłem, dopóki nie wyschło (wychowankowie nie mogli nic pić od godziny 18.00, żeby się nie moczyli w nocy). To z kolei wydaje się niczym wobec zamykania wszystkich w jednym pomieszczeniu z wiadrem na odchody albo bez niego na długie wieczory i noce, podczas których działy się rzeczy najstraszniejsze… Publikujemy fragment książki Justyny Kopińskiej* „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?” , w której opisa*ła przerażającą praktyki sióstr ze Specjalnego Ośrodka
Wychowawczego Zgromadzenia Si
*óstr Boromeuszek w Zabrzu.

Zosia:

Opowiem ci o sierocińcu, o siostrach, które przyszły do nas z piekła, o próbach samobójczych i przywiązywaniu do słupa. Ale napisz ten tekst do dziewczyn takich, jaką byłam dawniej. Powiedz im, żeby uciekały, jeśli trafią do bidula prowadzonego przez agresywnych wychowawców. Lepiej żyć na ulicy. I przekaż, żeby nie mieszkały na dworcu. Lepiej po kanałach się ukrywać, wtedy mężczyźni cię nie dopadną.

holderName

Ośrodek Wychowawczy Sióstr Boromeuszek w Zabrzu/Łukasz Kalinowski

(img|577010|center)

Nie pamiętam, jak trafiłam do ośrodka. Podobno w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym. Miałam wtedy pięć lat. Moi rodzice byli biedni, a do tego pili. Ale w domu czułam się dużo bezpieczniej niż u sióstr. W sierocińcu od początku było strasznie. Ton nadawały siostra Bernadetta, Patrycja i Monika. Podobne w okrucieństwie. Patrycja, bo stosowała upokarzające kary, jak przywiązanie do słupa i kaloryfera na wiele godzin. Monika, bo biła mnie najmocniej. Okładała pięściami po twarzy, kręgosłupie. Zdarzało się, że traciłam przytomność. A Bernadetta, bo na to wszystko pozwalała i była najsprytniejsza. Ona nigdy nie biła przy wszystkich. Brała do pokoju sam na sam. I siadała na psychikę. Szantażowała:

– Powiesz matce, że siostry cię biją, to już więcej na święta do domu nie pojedziesz. Pozostałe siostry się jej bały. Szczególnie Patrycja, która najpierw się stawiała, rywalizowała z nią, a później już tańczyła, jak dyrektor jej zagrała. Wiedziała, że z Bernadettą nie wygra. Nikt by nie wygrał.

holderName

Były też dobre siostry, ale one nie miały nic do powiedzenia. Siostra Monika trenowała boks na dziewczynkach. Potrafiła najpierw pobić kilkuletnią wychowankę, a potem podnieść ją do góry i rzucić o stół. Siostry mówiły:

– Głupia szmato, z ciebie nic w życiu nie będzie.

Ale nie biły wszystkich po równo. W ośrodku były też dziewczynki grzeczne, które niczym się nie wyróżniały. Im czasem linką przyłożyły albo śmiały się z ich wyglądu.

– Z ciebie to kupa mięsa – rechotały.

holderName

Ale nie biły ich do krwi. A ja byłam nadpobudliwa i mówiłam, co myślę. A najgorsze, że byłam inna. Siostra Monika rozpowiadała, że jestem Niemką z trzeciego pokolenia. A właściwie to powtarzała:

–Ty pierdolony szwabie!

Bardzo ją denerwowało, że mówiłam po śląsku i miałam problemy ze słuchem i wzrokiem. Przez to czasem nie usłyszałam jej rozkazu. Chciałam mieć aparat słuchowy. Raz nawet lekarz zasugerował, że takie aparaty można z dofinansowania dostać, ale siostra mu wytłumaczyła, że nie potrzebuję.

Czujesz tak ogromny lęk, że życie przestaje mieć znaczenie. Całą energię skupiasz na tym, by choć jeden dzień spędzić bez bicia i krzyków.

holderName

Jak były imprezy albo grille, to siostra Monika zamykała mnie w sypialni lub w izolatce. Przynosiła trochę wody i jedzenia, ale bardzo mało, tyle żebym nie zdechła. Izolatka wyglądała jak szatnia. Miała kraty w oknach, a siostry zamykały drzwi od zewnątrz i trzymały klucz przy sobie. Nie było jak uciec. Czasem czekałaś tam na karę, wtedy było najtrudniej. Czujesz jak serce ci gwałtownie uderza. Strach taki, że trudno oddychać.

Paweł, jeden z pokrzywdzonych

(img|577013|center)

Zaczęły się myśli samobójcze. Czekałam, aż wszyscy pójdą spać, i włóczyłam się po ośrodku. Szukałam nożyczek lub żyletki. Nie wiem, czy znasz takie uczucie, kiedy myślisz, że właściwie nie masz nic do stracenia? Siostrom mówiłam, co o nich myślę. Chyba wtedy siostra Monika wzięła mnie do osobnego pokoju.

holderName

– Jesteś siedliskiem zła! – krzyczała. Uderzyła mnie w twarz.

I wtedy coś we mnie pękło. Krzyknęłam do niej:

– A ty jesteś zwykła kurwa, a nie siostra zakonna!

Pobiła mnie tak, że straciłam przytomność. Siostry powiedziały innym dziewczynom, że Zosia zemdlała od upału i jest w szpitalu. Tak naprawdę wzięły mnie do izolatki, ocuciły, później tam zostawiły. Nie pamiętam, kiedy wyszłam, ale od razu wzięłam żyletkę i zaczęłam się ciąć. Znalazła mnie jedna z sióstr, pobiegła do Bernadetty, a ta zadzwoniła po psycholi. Wpakowali mnie w kaftan i zabrali do szpitala psychiatrycznego . Tam faszerowali psychotropami i trzymali związaną. Ale nie chciałam wracać do ośrodka. Prosiłam tylko o jedną rzecz – żeby nie wracać do tego miejsca. Ale psychiatrzy i psycholodzy zupełnie takich prostych słów nie rozumieją. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Patrzyli z góry, jak na zwierzątko do analizy. Mówiłam o rzeczach dla mnie najważniejszych, o upokorzeniu, przemocy sióstr, a oni prosili, żebym się bawiła dziwnymi klockami i mnie obserwowali albo kazali narysować drzewo do góry nogami. Narysowałam zwyczajne drzewo i powiedziałam:

holderName

– Jak chcecie do góry nogami, to sobie obróćcie.

Zmusili mnie do powrotu do pingwinów. Dużo wtedy płakałam. Siostry miały mi dawać psychotropy. Jedna tabletka rano i jedna wieczorem. Same zmieniły dawkę. Dawały mi trzy tabletki pięć razy dziennie. Nie wiem, skąd one brały te tabletki, ale ten okres był bardzo dziwny. Byłam tak otępiała. Już nie wiedziałam, co jest prawdą, a co nie. Usypiałam na lekcjach. Nauczyciele zaczęli się martwić. Dzwonili do sióstr, które tłumaczyły, że mam nowe leki i organizm musi się przyzwyczaić.

Zaczęłam uciekać z ośrodka. Ale policja brała mnie od rodziców i znowu przywoziła na miejsce. Więc przestałam przychodzić do rodziców, starałam się żyć na ulicy. Miałam do wyboru tylko psychiatryk albo siostry, a nie chciałam do reszty zwariować.

Czujesz głód, strach, ale na ulicy jesteś wolna.

Cieszę się, że sąd potwierdził, co my tam przeżyliśmy – bicie i poniżanie przez kilkadziesiąt lat, brak reakcji na gwałty, przywiązywanie do słupów, wsadzanie twarzy do muszli klozetowej, wyzywanie od ułomów, kurw i szmat. Choć chcę zapytać sędziego, dlaczego kara dla siostry Bernadetty to dwa lata? Przecież za kradzieże odsiaduje się więcej. I jeszcze chciałabym mieć taką pewność, że siostry Patrycja i Monika już nigdy do dziecka się nie zbliżą.

Prokurator Izabela Pirch-Mirocha rozmawia z dziennikarzami, po procesie w sprawie siostry Agnieszki F. przed zabrzańskim sądem

(img|577014|center)

Wiem, że przez ośrodek jesteśmy inni. Wychowankowie, których znam, są albo agresywni, albo unikają ludzi. Najlepiej, jakbyśmy żyli na jakimś odludziu.

Nadal pragnę się zabić, ale chyba boję się śmierci tak samo jak życia.

Pani Agnieszka,*świecka wychowawczyni:*

– Pamiętam, jak przyszłam w poniedziałek do pracy i Zosia była w szpitalu. Oczywiście siostry miały dla mnie zmyśloną historię, że zemdlała od upału. Ale dziewczynki powiedziały mi, że jedna z sióstr tak ją pobiła, że straciła przytomność.

Później Zosia próbowała popełnić samobójstwo i została odwieziona do szpitala psychiatrycznego. To nie był jedyny przypadek. Siostra Monika rwała dziewczynkom włosy z głowy. Raz straciła nad sobą kontrolę i szarpała wychowanką tak, że na połowie głowy zostało jej gołe ciało pokryte krwią. Siostry przez tydzień trzymały ją w izolatce i nie puszczały do przedszkola. Jak już wyszła, zaczesywano jej włosy w taki sposób, aby jak najmniej było widać rany.

Siostra Monika przyjechała do ośrodka z placówki rolnej, gdzie zajmowała się zbiorem ziemniaków czy buraków. W każdym razie przyjechała zahartowana i silna. Całą siłę wyładowywała na dziewczynkach. Chyba największą przyjemność sprawiało jej bicie tych najmłodszych. Nie potrzebowała powodu. Dla mnie to był cyborg bez uczuć. Dziewczyny mówiły też sporo o siostrze Scholastyce: to były takie straszne historie z przeszłości o karach cielesnych, klęczeniu na grochu, przywiązywaniu, upokorzeniach. Ale nie chcę tego wspominać, bo czasem przychodzi taka refleksja – pani Agnieszka mówi bardzo wzburzonym tonem – że skoro ośrodek to było siedlisko zła, a ja w nim tkwiłam przez tyle lat, to może ja też jestem zła?

Jedyna kontrola z kuratorium w mojej obecności trwała pięć minut. Przyszli wizytatorzy, spytali, dlaczego wszystkie zabawki są pozamykane na klucz, i wyszli.

O tym, że dziewczynki są bite przez siostrę Monikę, pisałam listy do matki generalnej. Nie reagowała. Później o siostrze Monice rozmawiałam także z siostrą Franciszką. Nie miałam śmiałości pójść z tym do siostry Bernadetty. Czułam przed nią taki respekt. Wszyscy myśleliśmy, że skoro dostała Nagrodę św. Kamila, to jest prawdziwym bożym człowiekiem. Była dyrektorem, więc obawiałam się, że mnie zwolni za krytykę. Mogła też pomyśleć, że mówię o tym na zewnątrz. A ja zawsze była lojalna wobec sióstr.

Moja siostra jest w zakonie. Jako młode dziewczyny pomagałyśmy w domu spokojnej starości prowadzonym przez siostry i ona zdecydowała, że dalej chce pomagać. Wstąpiła do zakonu z prawdziwego powołania. Ale po kilkunastu latach bardzo się zmieniła. Nie jest już tak otwarta. Myślę, że ma dużo problemów, tajemnic. Zdarzają się siostry przełożone, które źle traktują swoje podwładne. Potrafią pluć im do zupy, publicznie ośmieszać, wyzywać. Ale pani pewnie myśli, że siostry wyzywają się tak delikatniej, a one używają najgorszych wulgaryzmów. To zaburza całe życie we wspólnocie. A tam jest ścisła hierarchia i nie bardzo można się skarżyć. Trudno mi zrozumieć, jak one mogą szykanować młodsze siostry w ten sposób, skoro codziennie chodzą do komunii i co tydzień do spowiedzi. Ale chyba takich wzajemnych bitew nie uznają za grzech.

Słyszałam o boromeuszkach, które mają myśli samobójcze. Znam takie, które odeszły z zakonu po dwudziestu latach. One już nie chcą założyć rodziny. Planują żyć samotnie, ale przede wszystkim nie chcą być poniżane. Czasem wystarczy jedna okrutna siostra, która się na ciebie uweźmie, i na takich małych przestrzeniach życie zamienia się w horror. Bo siostry muszą ze sobą wytrzymywać dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Podobnie było w ośrodku. Niektóre siostry były tam cały czas. Nie wszystkie się lubiły. To powodowało frustrację i wyładowywanie jej na dzieciach.

Nie rozumiem, dlaczego siostry nie reagowały na molestowanie. Osoby świeckie nie zostawały w ośrodku na noc. Pracowałam codziennie do dwa tysiące siódmego od jedenastej do dziewiętnastej. Wcześniej nie wierzyłam w te gwałty. Dopiero niedawno byli wychowankowie mi o nich opowiedzieli. Mówili, że molestowanie trwało od lat. A ja naprawdę nie chcę o tym wiedzieć. Przypominam sobie, jak byłam na podwórku z dziewczynami i widziałam chłopców zamkniętych w salach. Wchodzili między framugę okna i kraty i tacy spłaszczeni błagali, aby ich wypuścić. Nawet nie chcę myśleć, że mogli być tam wtedy gwałceni. Pytałam sióstr, dlaczego chłopcy krzyczą, a one zawsze tłumaczyły, że są niegrzeczni i zamknięci za karę. Pomyślałam, że ja też wołałabym o pomoc, gdybym była cały dzień zamknięta. I już się tak nie denerwowałam.

Ostatnio ta sprawa zrobiła się głośna i jeden z wychowanków, który teraz ma żonę i dziecko, opowiadał mi, że on też był gwałcony. Ale mówił, że tylko na początku to były gwałty. Później taki seks stał się normalny.

Tam trafiały bardzo różne dzieci. Niektóre były zupełnie zdrowe, rodzice zginęli w wypadku, a krewni nie mogli się nimi zająć, więc myśleli, że u sióstr będzie im najlepiej. To, co łączyło te dzieci, to samotność. One lgnęły do każdego i zrobiłyby wszystko za odrobinę miłości.

Gdy pani Agnieszka kończy mówić, mam do niej tylko jedno pytanie:

– Skoro pani o biciu przez siostry wiedziała od samego początku, to dlaczego przez pięć lat nie zgłosiła pani tego na policję lub do kuratorium?

Pani Agnieszka powtarza jedno zdanie dwa razy, tak jakby chciała przekonać nie mnie, a samą siebie. Mówi:

– To grzech śmiertelny donosić na osoby duchowne.

Prokurator Joanna Smorczewska:

Śledztwo w sprawie przemocy w ośrodku rozpoczęło się w 2007 roku. Gdy przyjechałam z policjantami do ośrodka, siostra dyrektor Bernadetta krzyczała: To atak na Kościół i ktoś za to odpowie!

Wcześniej prowadziłam sprawy zabójców, pedofilów, ale nawet oni odczuwali jakieś wyrzuty sumienia. A siostry były zupełnie zaskoczone naszą interwencją.

Nigdy wcześniej nie spotykałam się z tak szczerym przekonaniem u oprawcy, że postępuje właściwie, a działania prokuratury są zwykłą pomyłką, za którą prokurator i policjanci zostaną ukarani.

Siostra słuchała o wychowankach, którzy byli w ośrodku bici i gwałceni, ze spokojem, kamienną twarzą i lekkim uśmiechem politowania dla mnie. Pomyślałam nawet: to uosobienia zła. Ale nie chciałabym jej ocenić. Może wydarzenia z przeszłości siostry Bernadetty spowodowały u niej przekonanie, że dzieci zasługują na bicie i nie należy im wierzyć. Podczas procesu adwokat nie nawiązywał do żadnych zdarzeń, które mogłyby tłumaczyć jej okrucieństwo. Nie skierowano siostry na badania psychiatryczne. Dlatego mało wiemy o jej osobowości. Podczas całego śledztwa nigdy nie okazała, że żal jej wychowanków. Zdenerwowała się jedynie, gdy nazwałam ją imieniem z dowodu „Pani Agnieszko”. Krzyczała by nazwać ją „siostrą dyrektor Bernadettą”.

Ośrodek Wychowawczy Sióstr Boromeuszek w Zabrzu/Łukasz Kalinowski

(img|577015|center)

O sprawie ośrodka się nie da zapomnieć. Tyle przesłuchań, podczas których wychowankowie opowiadali o najgorszym koszmarze, jakby to było coś oswojonego, normalnego. Wcześniej nie wiedziałam, że można komuś zrobić taki zamęt w głowie. Sprawić, żeby nie mógł odróżnić dobra od zła.

Pamiętam, że podczas przesłuchań na stole były cukierki. I każdy chłopiec najpierw patrzył. A gdy mówiłam: „Możesz się poczęstować”, to jeszcze nie podchodził, tylko pytał taki zdziwiony: „Ale na pewno?”. I dopiero wtedy wolno sięgał po cukierek. To naprawdę nie była jakaś zdeprawowana młodzież. Wręcz przeciwnie, większość była bardzo onieśmielona.

Nigdy nie zapomnę wychowanka Tomasza. Wiem, że był zdolny do zabójstwa i pewnie tętno nawet mu nie podskoczyło. Ale gdy mówił o siostrze Bernadetcie, to tak jakby znów był bezbronnym, małym dzieckiem. Nadal się jej bał.

– Zacznijmy od początku. Jak trafiła pani na sprawę przemocy siostry Bernadetty?

– Wszystko zaczęło się szóstego lutego dwa tysiące szóstego. Tego dnia w Rybniku zaginął kilkuletni chłopiec…

Fragment pochodzi z ksi*ążki„Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” (wyd.*Świat Książki). Publikujemy dzięki uprzejmości autorki i wydawnictwa.

holderName

Podziel się opinią

Share
holderName
holderName