Policjanci
Posterunkowy Aaron Levine obserwując gorliwie ruch na jezdni usiłował jednocześnie ocenić nastrój siedzącego obok sierżanta. Cieniutki, niemelodyjny gwizd nie świadczył ani o rozdrażnieniu, ani o szczególnie dobrym nastroju szefa. Był to po prostu oddech wydobywający się spomiędzy uchylonych warg sierżanta Briana O'Malleya. Levine zerknął ukradkiem w prawo i na mgnienie oka uchwycił jego czysty, wyraźny profil.
— Masz zamiar skręcić? — zapytał aerżaflt O'MalIey patrząc prosto przed siebie.
— Nie, panie sierżancie, spojrzałem tylko na taksówkę. Trochę za blisko podjechała.
— Taksiarze potrafią jeździć w największym tłoku. Na pewno nie stuknie wozu policyjnego. Skręćmy w lewo w Siedemnastą. Tam się zawsze snuje pełno podejrzanych czarnuchów.
Długie, kościste palce Levine'a zacisnęły się na kierownicy. Już osiem miesięcy służył w policji, a ciągle jeszcze nie mógł się do tego przyzwyczaić; nie mógł się pozbyć uczucia, że jest tu kimś obcym, przybyszem z zewnątrz, milczącym świadkiem, nieufnie i z lękiem podchodzącym do ludzi, wśród których pracuje.
Jezus, te czarnuchy potrafią być niebezpieczne, jak się zaprawią. Najgorzej jest w sobotę wieczór. Nie widziałem, żeby ktoś tak przewracał oczami, mało im te galy nie wyjdą z orbit. A makaroniarze, to są dopiero podle i zawzięte skurwysyny z tymi swoimi wendetami. Tylko że jedno trzeba im przyznać: za rodzinę daliby się porąbać, no i obcych nie zaczepiają, chyba że im się ktoś narazi. A to co znowu? Skąd mi się wziął ten gudłaj za kółkiem? Jak się ten maty icek tu wcisnął?
— A teraz spokojnie, powolutku. Niech się na nas gapią, ile chcą — instruował O'Malley. Zsunął czapkę z czoła i przejechał palcem pod taśmą wewnątrz. — Upał jak na październik, co?
Znów zaczął cicho pogwizdywać, a jego wzrok omijając kierowcę powędrował na drugą stronę ulicy.
— Grałeś w koszykówkę, jak byłeś w City College?
— zapytał bez żadnych wstępów.
— Owszem. Tylko nie w reprezentacji uczelnianej. Trzeba być studentem trzeciego roku, żeby się dostać do reprezentacji. — Levine z uporem powtarzał to słowo, które działało na O'Malleya wyraźnie irytująco.
— Nie w reprezentacji? — powtórzył z przekąsem sierżant. — A cóż to jest takiego reprezentacja uczelniana, co?
W pytaniu zabrzmiał miękki irlandzki akcent i niewinna obojętność, której Aaron Levine nauczył się już wystrzegać; trzeba było bardzo uważać ze wszystkim, co dotyczyło jego dwuletnich studiów w City College.
— Chodzi mi o stałą drużynę, która grywa z drużynami innych uczelni. Reszta jest podzielona na zespoły, które rozgrywają mecze ze sobą.
— To brzmi bardzo poważnie. Trzeba mieć kondycję do tego biegania.
— Moje nogi są stworzone do biegania, panie sierżancie.
— Levine, który miał kompleks na punkcie swoich długich, stupowatych nóg, wolał uprzedzić wszelkie komentarze.
— Ciekawe, czy zawsze we właściwym kierunku? — powiedział miękko O'Malley swoim dwuznacznym oskarżycielskim tonem. — Zatrzymajmy się tutaj przed tym packardem. To naprawdę zbrodnia, żeby te czarnuchy rozbijały się takimi wielkimi limuzynami, kiedy ich dzieciaki włóczą się głodne po ulicach. No, Levine — krępe dało sierżanta zmieniło nieznacznie pozycję tak, żeby ich oczy się spotkały.
— A tutaj się zatrzymamy, jak to się mówi, „nieoficjalnie". Czy rozumiesz, co mam na myśli? Aaron skinął głową.
— Tak jest, panie sierżancie.
Wzrok O'Malleya, nieprzenikniony w mrocznym wnętrzu wozu patrolowego, sondował go przez chwilę.
— Zobaczymy, czy rzeczywiście rozumiesz. Co to znaczy, jak mówię, że zatrzymamy się „nieoficjalnie"?
Aaron oblizał suche wargi suchym językiem. Mimo woli jego ręce wykonywały w powietrzu nieokreślone ruchy.
— To znaczy... to znaczy, panie sierżancie, że nie umieścimy tego w książce raportów, że... że to sprawa prywatna czy coś w tym rodzaju...
O'Malley obciął go krótko:
— Nie, nie żadna „sprawa prywatna czy coś w tym rodzaju". To znaczy, żeśmy się tu w ogóle nie zatrzymali. A skorośmy się nie zatrzymali, to jak mogę do jasnej cholery załatwiać jakąkolwiek sprawę prywatną?
Chłopak odpowiedział błyskawicznie tonem, który — miał nadzieję — zabrzmiał szczerze i dobrodusznie:
— Tak jest, panie sierżancie. Myśmy się tu w ogóle nie zatrzymali.
Sierżant uśmiechnął się do niego ironicznie jak do tępego dziecka, które wreszcie pojęło prostą lekcję.
— W porządku, tak, teraz w porządku. No, a czego was tam jeszcze uczyli w tym City College poza koszykówką? Zresztą, synu, to i tak nie ma żadnego znaczenia. Ani się obejrzysz, jak się tu w pracy nauczysz, czego trzeba. — Wysiadł z samochodu, rozejrzał się dookoła i nachylił do okna.
— Zwróć uwagę na te maluchy; dziesiąta wieczorem, a pełno ich wszędzie jak karaluchów. Okropność.
Aaron wyłączył silnik, ale jego palce spoczywały jeszcze jakiś czas na kluczyku. Spojrzał na zegarek. O Boże, jeszcze dwie godziny. Będzie miał jeszcze dwa razy służbę od czwartej do dwunastej, potem zmiana i noce. Jeśli sobie wyobrażają, że robią mu łaskę, to się grubo mylą. Tak czy siak, nie ma wielkiego wyboru, ale gdyby to od niego zależało, wolałby pełnić służbę sam i bez wozu.
Czubkami palców starannie rozmasował zmęczone oczy i pomyślał, jak zresztą już setki razy w ciągu tych ośmiu miesięcy: co ja tu, na miłość boską, robię w mundurze i z bronią?