Podstęp
Prolog
Tej nocy Belizariusz odpoczywał w domu, który nabył, gdy został dowódcą armii w Daras. Nie bywał tutaj często, gdyż jako generał wolał pozostawać ze swoimi oddziałami. Kupił willę dla swej poślubionej dwa lata temu żony Antoniny, aby mogła mieć wygodną rezydencję w bezpiecznym Aleppo, niedaleko perskiej granicy, gdzie znajdował się posterunek generała.
Gest ten był raczej daremny, gdyż Antonina nalegała na towarzyszenie Belizariuszowi nawet w nędznym i hałaśliwym obozie wojsk. Rozdzielenie tych dwojga było prawie niemożliwe i, szczerze powiedziawszy, generał nie narzekał. Gdyż, wśród tajemniczych meandrów bystrego jak strumień umysłu Belizariusza, jedna rzecz pozostawała dla wszystkich jasna – uwielbiał swoją żonę.
Dla większości uwielbienie to było niezgłębione. Po prawdzie Antonina odznaczała się żywą i atrakcyjną osobowością, przynajmniej dla tych, którzy nie mieli nieszczęścia zetknąć się z jej znacznym temperamentem. I była bardzo piękna. Co do tego zgadzali się wszyscy, nawet wielu jej krytyków.
Chociaż znacznie starsza od męża, Antonina dobrze znosiła ciężar lat.
Ale cóż to były za lata! Wysoce skandaliczne.
Jej ojciec był woźnicą rydwanu, jednym z ludzi podziwianych przez bywalców hipodromu. Jakby tego było mało, jej matka pracowała jako aktorka, który to zawód, jak mówią, bliski jest prostytucji. Ponieważ Antonina dorastała w takim otoczeniu, przystosowała się dosyć wcześnie do trybu życia matki i, o zgrozo, dodała do grzechu rozwiązłości sztukę magiczną. Było powszechnie wiadome, że Antonina kształciła się w czarach, a także w innych, bardziej cielesnych sztukach.
Co prawda od czasu małżeństwa z generałem nie wykryto nawet śladu skandalu związanego z jej imieniem, ale czujne oczy i uszy zawsze były przy niej. O dziwo nie należały do męża, który wydawał się głupio nie interesować jej wiernością. Jednak wielu innych obserwowało i słuchało pogłosek z drżącą uwagą, tak typową dla poprawnych obywateli.
Jednakże uszy słyszały niewiele, a oczy widziały nawet mniej. Kilku zrezygnowało, nie doszukawszy się sensacji. Większość jednak pozostała czujna na posterunkach. Ta dziwka była w końcu czarownicą. I, co gorsza, przyjaźniła się blisko z cesarzową Teodorą. Nic zresztą w tym dziwnego, wszyscy wiedzą, że ciągnie swój do swego. Nawet jeżeli cesarzowa Teodora ani teraz, ani w przeszłości nie zajmowała się czarami, to prowadziła tryb życia tak rozwiązły, że zawstydziłaby nawet Antoninę.
Któż więc mógł wiedzieć, jakie lubieżne praktyki i poczynania ukrywała Antonina?
Co do samego generała, poza jego skandalicznym małżeństwem otoczenie miało mu niewiele do zarzucenia.
Niewiele, ale nie nic. Chociaż zaliczany do arystokracji, Belizariusz pochodził z Tracji. A Trakowie znani byli jako ludzie gburowaci, surowi i nieokrzesani. Ta skaza na jego opinii pozostawała praktycznie niezauważona. Sprawiedliwi nie musieli obawiać się gniewu Belizariusza. Generał miał zwyczaj okazjonalnie żartować sobie z okrucieństwa swoich rodaków. Były to oczywiście okrutne żarty – w końcu sam był jednym z nich.
Usta arystokracji milczały w tej materii, ponieważ cesarz Justynian również był Trakiem. Do tego nie pochodził nawet z trackiej szlachty, jaka by nie była, ale z plebsu. I jeżeli Belizariusz był znany ze swojego poczucia humoru, to cesarz nie. Z pewnością nie. Justynian był wiecznie skwaszonym i podejrzliwym człowiekiem, skorym do gniewu. A kiedy wpadał w gniew, był przerażający.
I jeszcze to, że generał był młody. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że młodość jest cechą z natury niebezpieczną. Wyjątkowo niebezpieczną, obok odwagi i porywczości. Nie są to przymioty, które arystokracja lubi widzieć w swoich generałach. Jednakże cesarz Justynian umieścił go w szeregach swej osobistej ochrony, elitarnej jednostki, z której wywodzili się przyszli generałowie. A potem, przesadziwszy w szaleństwie głupoty, natychmiast mianował Belizariusza głównodowodzącym armii stojącej przed starożytnym medyjskim wrogiem.
Co prawda byli także ludzie, którzy bronili wyboru cesarza, wskazując na to, że pomimo młodego wieku Belizariusz charakteryzuje się zdrowym osądem i żywym umysłem. Jednakże ta linia obrony zawiodła. W końcu, poza jego małżeństwem, to właśnie te cechy charakteru Belizariusza stanowiły dla jego tradycyjnie myślących przeciwników ciężki orzech do zgryzienia.
Inteligencja, oczywiście, jest cechą godną podziwu u mężczyzny. Umiarkowana, także u kobiety – tak długo, jak mamy do czynienia z normalną inteligencją, z prostą, można powiedzieć. Ze zjawiskiem o regularnych skrętach i precyzyjnych kątach, w najgorszym wypadku sferycznych zakrzywieniach. Umiarkowana w środku, otwarta na brzegach, bezpośrednia z bliska.
Ale umysł Belizariusza stanowił wielką tajemnicę. Patrząc na generała, widziano jedynie Traka. Wyższego niż przeciętni, dobrze zbudowanego, jak zwykle byli Trakowie, i przystojnego (jak zwykle Trakowie nie byli). Ale wszyscy, którzy znali generała, szybko pojmowali, że w tym ciele krył się zdumiewająco bogaty intelekt. Nieco subtelności wschodu, może antycznego południa… Coś, co nie kojarzyło się z surowymi wzgórzami, lecz z pradawną puszczą. Sędziwy umysł w młodym ciele, krzywy jak korzeń i kręty jak wąż.
Tak myślało o nim wielu ludzi, szczególnie po zawarciu bliższej znajomości. Po spotkaniu z generałem nikt nie mógł mu zarzucić braku manier czy niestosowności zachowania. Belizariusz był człowiekiem o wesołym usposobieniu, nikt nie mógł temu zaprzeczyć, chociaż wielu zastanawiało się po jego wyjściu, czy generał nie okazywał wesołości na użytek otoczenia. Ale zachowywali swe podejrzenia dla siebie, gdyż zawsze mieli na uwadze to, że jaki by nie był stan umysłu generała, jego kondycja fizyczna nie pozostawiała żadnych wątpliwości.
Belizariusz był mistrzem miecza. I nawet pijani katafrakci mówili tylko o jego lancy i łuku.
Do domu tego właśnie człowieka i jego żony przybyli Michał z Macedonii i jego przyjaciel biskup z wiadomością i rzeczą, która ją przyniosła.
Aleppo wiosna, rok 528 n.e. Rozdział 1 Obudzony przez swojego sługę Gubazesa Belizariusz wstał szybko, z wprawą weterana wielu kampanii. Leżąca u jego boku Antonina wolniej budziła się ze snu. Po wysłuchaniu Gubazesa generał narzucił tunikę i wypadł z sypialni. Nie czekał, aż Antonina się ubierze i nawet nie zapiął swoich sandałów.
Tak dziwni goście o tej porze nie powinni czekać. Antoniusz Kasjan, biskup Aleppo był przyjacielem, który odwiedzał Belizariusza przy wielu okazjach, ale nigdy o północy. A ten drugi – Michał z Macedonii?
Belizariusz znał oczywiście to imię. Było sławne w całym Imperium Rzymskim. Popularne i uwielbiane przez zwyczajnych ludzi. Wśród dostojników kościelnych, którzy byli podmiotami okazjonalnych kazań Michała, jego imię cieszyło się złą sławą i nie darzyli go oni sympatią. Jednak generał nigdy osobiście nie spotkał tego człowieka. Tylko kilku miało okazję go poznać, ponieważ mnich od dawna mieszkał w jaskini na pustyni.
Idąc długim korytarzem w kierunku salonu, Belizariusz słyszał głosy dochodzące stamtąd. Jeden z nich rozpoznał jako należący do jego przyjaciela biskupa. Drugi wziął za głos mnicha.
– Belizariusz – zasyczał nieznany głos.
Odpowiedź należała do Antoniusza Kasjana, biskupa Aleppo.
– Tak jak ty, Michale, wierzę, że to wiadomość od Boga. Ale nie jest przeznaczona dla nas.
– On jest żołnierzem.
– Tak. I na dodatek generałem. Tym lepiej.
– Czy jest człowiekiem o czystym umyśle? – dopytywał się szorstki, stanowczy głos. – Prawej duszy? Czy podąża ścieżką sprawiedliwych?
– Och, myślę, że jego dusza jest wystarczająco czysta, Michale – odpowiedział łagodnie Kasjan. – W końcu pojął dziwkę za żonę. To dobrze o nim świadczy.
Głos biskupa ochłódł.
– Ty także, stary przyjacielu, cierpisz czasem z powodu grzechu faryzeuszy. Nadejdzie dzień, kiedy będziesz wdzięczny, że zastępy Pana dowodzone są przez tego, który, choć nie dorównuje świętym w czystości, jest równie przebiegły jak wąż.
Chwilę później Belizariusz wszedł do pokoju. Zatrzymał się na chwilę, badając wzrokiem dwóch czekających na niego mężczyzn. Oni również przypatrywali się generałowi. Antoniusz Kasjan, biskup Aleppo, był niskim, pulchnym mężczyzną. Jego okrągłą, wesołą twarz wieńczył ostro zakrzywiony nos. Pomimo łysiejącej głowy, brodę miał bujną i starannie zadbaną. Belizariuszowi przypominał dobrze odżywioną, przyjazną i inteligentną sowę. Michał z Macedonii przywodził na myśl obraz zupełnie innego ptaka – wznoszącego się w pustynne niebo wymizerowanego drapieżnika, którego bezlitosnym oczom nie umknie żaden szczegół. Oczywiście, pomyślał generał z lekkim rozbawieniem, poza stanem jego własnej osoby. Rozczochrana broda i tunika w nieładzie były dla świętego człowieka jakby niewidzialne.
Spojrzenie generała napotkało niebieskie oczy mnicha. Usta Belizariusza wykrzywił nieznaczny uśmieszek.
– Trzymaj go na uwięzi, biskupie, zanim podusi twoje gołębice.
Kasjan wybuchnął śmiechem.
– Dobrze powiedziane! Belizariuszu, pozwól mi przedstawić sobie Michała z Macedonii. Belizariusz uniósł brew.
– Dziwny to gość o tej porze, czy w zasadzie o każdej porze, sądząc po jego opinii.
Generał podszedł bliżej i wyciągnął dłoń. Biskup natychmiast ją uścisnął. Mnich nie. Ale Belizariusz nadal trzymał rękę przed sobą i Michał zaczął się zastanawiać. Dłoń pozostała tam, gdzie była. Była to ręka duża, ładnie ukształtowana i z wyraźnymi pasmami ścięgien. Ręka, która nie drżała, chociaż mijały długie sekundy. Ale to nie dłoń przekonała w końcu bożego człowieka. Był to spokój brązowych oczu, tak nie pasujących do młodej twarzy. Oczu jak ciemne kamienie wygładzone w strumieniu.
Michał podjął decyzję i uścisnął rękę generała.
Małe zamieszanie spowodowało, że mężczyźni się odwrócili. W drzwiach stała ubrana w tunikę kobieta. Ziewała. Była bardzo niskiego wzrostu i bujnych kształtów.
Michał słyszał, że jest ładna jak na kobietę w jej wieku, ale teraz wiedział, że mówiono mu kłamstwa. Była bowiem piękna jak poranny deszcz, a lata dodawały jej urodzie bogactwa. Jednak piękno Antoniny odpychało go. Nie w taki sposób, w jaki mogłoby przerażać świętego mającego w pamięci pramatkę Ewę. Nie, odpychało go, ponieważ był przekornym człowiekiem. Odkrył bowiem, że kiedy ludzie mówią o czymś, że jest dobre, okazuje się złe, prawdziwe staje się fałszywe, a piękne ukrywa ohydę.
Podchwycił wzrok kobiety. Jej oczy były zielone jak pierwsze wiosenne listki – czyste, jasne oczy w ciemnej twarzy, okolonej hebanowymi włosami.
Michał zastanowił się i ponownie doszedł do wniosku, że ludzie kłamią.
– Miałeś rację, Antoniuszu – powiedział szorstko. Zatoczył się lekko, zdradzony przez słabnące kończyny. Chwilkę później kobieta była u jego boku i poprowadziła mnicha w kierunku kanapy.
– Michał z Macedonii we własnej osobie – powiedziała miękko głosem zabarwionym humorem. – Jestem zaszczycona. Chociaż mam nadzieję, że nikt nie widział cię wchodzącego. O tej porze! Cóż, moja reputacja i tak jest zszargana. Ale twoja!
– Dbanie o reputację jest szaleństwem – odparł Michał. – Szaleństwem podsycanym przez pychę, która jest jeszcze gorsza.
– Radosny człowiek, nieprawdaż? –zapytał lekko Kasjan. – Mój najdawniejszy i najbliższy przyjaciel, chociaż czasem się zastanawiam dlaczego.
Żartobliwie potrząsnął głową.
– Spójrz na nas. On, że swoją rozwianą grzywą i zagłodzonym ciałem, i ja, gładko uczesany i... nie jestem zbyt szczupły. – Pokazał zęby w uśmiechu. – Ale przy całej mojej krągłości, należy podkreślić, że wciąż nie mam problemów z utrzymaniem się na nogach.
Michał uśmiechnął się słabo.
– Antoniusz zawsze miał skłonności do przechwałek. Na szczęście jest także inteligentny. Tępy Kasjan nie miałby się czym chwalić. Ale on zawsze potrafi coś znaleźć, zagrzebane i niedostrzegalne dla świata, jak kret szperający w poszukiwaniu robaków.
Belizariusz i Antonina uśmiechnęli się.
– Bystry stylito! – zawołał generał. – Czuję, jakby dzień nadszedł jeszcze przed wschodem słońca.
Kasjan potrząsnął głową, poważniejąc.
– Obawiam się, że nie. Raczej odwrotnie. Nie przybyliśmy tutaj, Belizariuszu, aby przynieść ci słoneczny blask, ale przepowiednię nadejścia ciemności.
– Pokaż mu! – rozkazał Michał.
Biskup sięgnął do sakwy i wyjął rzecz. Podał ją do przodu wyciągniętą ręką.
Belizariusz podszedł bliżej, aby przyjrzeć się przedmiotowi dokładniej. Jego oczy pozostały spokojne. Twarz nie wyrażała żadnych uczuć.
Z drugiej strony Antonina wciągnęła głośno powietrze i odskoczyła.
– Czary!
Antoniusz potrząsnął głową.
– Nie sądzę, Antonino. A przynajmniej nie są to czary dokonane mocą ciemności. Ciekawość pokonała strach. Antonina podeszła bliżej. Była niskiego wzrostu, więc nie musiała się pochylać, aby zbadać dokładnie rzecz.
– Nigdy nie widziałam czegoś takiego – wyszeptała. – Nigdy nie słyszałam o czymś takim. Magiczne kamienie, tak. Ale to przypomina klejnot, z początku, ale kiedy przypatrzysz się bliżej... Może kryształ. Ale potem jest jak...
Szukała odpowiednich słów. Jej mąż przemówił.
– Tak musi wyglądać chłodne jądro słońca, gdybyśmy tylko mogli przeniknąć przez jego piekielny żar.
– Och, doskonale powiedziane! – zawołał Kasjan. – Generał-poeta! Żołnierz-filozof!
– Dosyć żartów – przerwał Michał. – Generale, musisz ująć klejnot w dłonie.
Spokojne spojrzenie omiotło postać mnicha.
– Dlaczego?
Przez chwilę Michał wyglądał jak drapieżnik. Ale tylko przez chwilę. Niepewnie pustelnik opuścił głowę.
– Nie wiem dlaczego. Chcesz prawdy? Musisz to zrobić, bo mój przyjaciel Antoniusz Kasjan tak mówi. A spośród wszystkich ludzi, których znam, on jest najmądrzejszy. Nawet jeżeli zadaje się z przeklętymi księżmi.
Belizariusz spojrzał na biskupa.
– Dlaczego więc, Kasjanie?
Biskup spojrzał w dół na trzymany w dłoni przedmiot, na klejnot, który nie był klejnotem; kamień nic nie ważący; kryształ bez krawędzi; rzecz o wielu płaszczyznach, które, jak mu się zdawało, ciągle się zmieniały. Wyglądał jak doskonale okrągła sfera, rodem z marzeń antycznych Greków.