Pod żabą

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Listopad 1955
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Prawda, że mając dwadzieścia pięć lat, nigdy nie wyjechał za granicę, nigdy nie znalazł się dalej od miejsca narodzin niż trzy dni marszu, nigdy dalej niż półtora dnia jazdy furmanką i nigdy dalej niż jedno długie popołudnie jazdy pociągiem. Ale z drugiej strony, dumał Gyuri, ilu ludzi mogłoby z ręką na sercu powiedzieć, że przemierzyło Węgry wzdłuż i wszerz na golasa?

Zawsze jeździli nago. Nie pamiętał, jak to się zaczęło, ani dlaczego, ale w ciągłych rozjazdach po kraju stało się to niewzruszoną zasadą drużyny Lokomotiwu. Podróżowali zawsze tym samym, luksusowym wagonem (zbudowanym przez węgierskie koleje na specjalne zamówienie Waffen SS, by ułatwić i uprzyjemnić grabież europejskich dzieł sztuki, wagonem znanym całemu szefostwu taboru kolejowego jako niezrównany, najsławniejszy ze wszystkich poruszających się po węgierskich torach) i zawsze nago.

Róka, Gyurkovics, Demeter, Banhegyi i Pataki grali w karty na mahoniowym stole jadalnym, niegdyś antyku Gak przekonywał Banhegyi, który swego czasu pracował w przeprowadzkowej firmie ojca), mocno już okaleczonym długoletnimi, krągłymi śladami po szklankach, zamierzonymi i niezamierzonymi zadrapaniami, wypalonymi krążkami po papierosach. Pozostawiony swemu losowi, jako przedmiot mało poręczny w czasach łatwych łupów i szybkiego plądrowania, zdobył przychylność drużyny Lokomotiwu, która zdołała go zatrzymać mimo jego wielkiej (choć systematycznie malejącej) wartości i nie bez dumy -- jako symboljedności i braterstwa.

Który donosił? Kto był kapusiem? Róka, jakby z niewygody, nie umiał usiedzieć w jednym miejscu: raz, bo niczym soki z drzewa kauczukowego odsączono z niego wszystkiego pieniądze, a dwa, bo go nosiło, krew się w nim gotowała. Dla Róki koszykówka stanowiła przede wszystkim sposób i pretekst do rozsiewania po kraju własnych chromosomów. Koszykówka, a właściwie każda aktywność, jakiej się Róka oddawał, wystąpiwszy za próg domu, służyła mu jako pomost między nim a osobami płci przeciwnej. Brak aktywności seksualnej przez czas dłuższy niż dwadzieścia cztery godziny kończył się dla Róki nieznośnym nadmiarem nerwowej pobudliwości, a nieraz czymś w rodzaju zataczania ósemek z błędnym wyciem na ustach. Nawet we wnętrzach wagonu Lokomotiwu, gdzie podczas rozmów przy stole bezustannie przewijał się temat kobiet, tęsknota Róki do prokreacyjnych uniesień była wprost niewyobrażalna.

Jednak Róka był zbyt przyzwoity, by być jedną z cegieł w ich murze.

To znaczy miał dobre serce i Gyuri, jak każdy, bardzo go lubił. Trudno zatem było wyobrazić sobie Rókęjako denuncjatora, kapującego całą drużynę. Zresztą kogokolwiek z zespołu trudno było wyobrazić sobie jako denuncjatora. Z wyjątkiem petera. Ale w przypadku petera, posiadacza jedynych kart do gry, nie mogło być inaczej.
Pataki? Znał go od dnia, w którym człowiek zawiera pierwsze w życiu znajomości. Nikt z drużyny nie wyglądał Gyuriemu na informatora. Demeter, za dużo w nim dżentelmena. Banhegyi, zbyt wesołkowaty. Gyurkovics, za mało uporządkowany. Wszyscy pozostali... po prostu w niczym nie przypominali informatora. "Z drugiej strony", zastanawiał się Gyuri, ważąc w głowie racje, "może Rókę zgubiła przyzwoitość?" Jeśli nie zrobisz tego i owego, to my zrobimy to i owo twojej matceojcusiostrzebratu.

Róka, jak zawsze, gdy nie mógł bzykać, pocieszał się nieustannym gadaniem na temat bzykania: " Więc tłumaczę jej, że jeśli chodzi o mnie, w ogóle mi to nie przeszkadza. . .". To cały Róka. Nie należał do elity. Był dobry i hojny, więcej było w nim egalitaryzmu niż elitaryzmu. pogardzał małymi, burżuazyjnymi pojęciami typu piękno, pożądanie, młodość. Ostatnia schadzka, o której właśnie rozprawiał, odnosiła się do jego najnowszego podboju sercowego: pięknej pani, której atrakcyjności, podkreślał z naciskiem Róka, w żadnym względzie nie umniejszała proteza ręki. W dalszym ciągu tej emocjonującej anegdoty piękna pani zgubiła protezę, a Róka został nagle wyposażony w dodatkowe przedłużenie swego narzędzia.

Zgubienie protezy najwyraźniej jednak stanowiło olbrzymi stres dla pięknej pani, choć z iście kawalerską odwagą Róka zapewniał, że to może się przytrafić każdemu z protezą ręki.

Koniec końców, puenta, którą Gyuri świetnie już wyczuwał, nie nastąpiła, gdyż płynną narrację Róka przeciął nagle wybuchem wściekłości, gdy okazało się, że wysoko wylicytowane rozdanie przegrał na rzecz, kogóż by innego, oczywiście Patakiego. Gyuri nie grał w karty, bo go nudziły. poza tym w karty wygrywał zawsze Pataki. Grali na niskie stawki, ale nawet jeśli miałby do postawienia niewiele pieniędzy, to nie widział powodu, by obdarowywać nimi Patakiego. To, jak waluta płynęła w ręce Patakiego, pozostawało procesem tajemnym, ale tak przewidywalnym i oczywistym jak krople deszczu spływające po okiennym parapecie. Czasami Pataki przegrywał jedno rozdanie, ale jakby z grzeczności. l zawsze jego przegrana wyglądała jak rażąca niesprawiedliwość.

Zmęczony zagadką domniemanego informatora, Gyuri westchnął i patrząc smętnie na krajobraz za oknem (przesuwający się dość leniwie jak na wystawiany przez kolej bilet na ekspres), zaczął rozmyślać nad możliwością zostania zamiataczem ulic. Zamiatacz ulic. Ten temat, jak jakąś mózgową gumę do żucia, Gyuri przeżuwał w myślach podczas każdej dłuższej podróży.

Zamiatacz ulic.
Gdzie?
W Londynie.
Albo Nowym Jorku.
Albo Cleveland.
Och, nie.
Nie był aż tak wymagający ani rozkapryszony. Taki skromniutki zamiatacz ulic, gdziekolwiek. Gdziekolwiek na Zachodzie. Gdziekolwiek tam. Jakakolwiek robota, nieważne jak głupia i służalcza, może być fizyczna, może być mycie okien, odkurzanie... Taka, którą można po prostu wykonywać. Której można się oddać bez pytań o marksizm i leninizm, bez patrzenia na portrety Rakosiego lub kogoś innego, kto akurat dotarł po zbójecku do szczytów władzy. Praca, przy której nie trzeba wysłuchiwać komunikatów o danych produkcyjnych pnących się skokami w górę, wyższych niż zakładał Plan, ponieważ Plan nie docenił siły socjalistycznej gospodarki. "Zamiatacz ulic, to jest coś", dumał Gyuri. Praca pod gołym niebem, na świeżym powietrzu, pozwalająca wszystko widzieć i słyszeć.

Najgłębsza pokora i skromność fantazji dawały Gyuriefiu najwięcej przyjemności, bo stwarzały nadzieję, że fantazja się ziści. Nie chodziło przecież o to, żeby kusił Opatrzność prośbami o miliony lub czekał, aż ktoś rzuci mu do nóg prezydenturę Stanów Zjednoczonych. Jak można odrzucić prośbę o posadę zamiatacza ulic? "Tylko mnie stąd wyciągnijcie. Wyciągnijcie mnie". Pomijając powszechny imbecylizm polityczny i wszechobecną gówniastość życia, bolała już sama absurdalność faktu, że nigdy nie podróżował dalej niż dwieście kilometrów od miejsca, w którym opuścił łono matki.

Pociąg zwolnił i tak już wolny bieg, dając znak, że dojeżdża do stacji w Segedynie. Mieście,jak ustalił Gyuri, oddalonym od Budapesztu dokładnie o sto siedemdziesiąt jeden kilometrów.

Obok dworca w Segedynie stał wysoki budynek z czerwonej cegły, który awizował się jako hotel. Dawniej, o czym każdy dobrze wiedział, zanim polikwidowano ustronia kapitalistycznych bezeceństw, mieścił się w nim jeden z najznamienitszych na Węgrzech burdeli. Ściągał tu każdy, człowiek z miasta i ze wsi, z daleka i z bliska, inteligent i prostak zawsze w wyjściowym, niedzielnym ubraniu (przygotowanym do kościoła, do trumny albo do burdelu), ściągali komiwojażerowie, kupcy, urzędnicy i członkowie rodzin królewskich ( choć, trzeba przyznać, wyłącznie asortyment bałkański).

Dzisiaj nie było wątpliwości, że obok dworca stoi zwykły hotel. Dziewczęta odesłano do przyzwoitszych i godniejszych zajęć. Gyuri miał w pamięci sekretarza partii w zakładach "Ganza", który z faktu zatrudnienia czterech nocnych podlotków uczynił uroczysty ceremoniał. Witąjąc nowy nabytek, Lakatos wystąpił z płomienną przemową, jak to przegniły system kapitalistyczny wciągał nieszczęsne istoty w rozpustne bagno deprawacji i hipokryzji, jak kapitalizm unieśmiertelniał droit de seigneur, jak kapitalizm, w imię handlu i pieniądza, słał na wojenną rzeź młodych proletariuszy, a ich siostry rzucał w wir nierządu. Było to, zwłaszcza jak na Lakatosa, porywające przemówienie. Z pewnością gdzieś je przeczytał; niewykluczone, że klepał z pamięci fragment wewnątrzpartyjnego okólnika: "Na okoliczność zatrudnienia dziwek w miejscu pracy socjalistycznej". Dziewczęta przysłuchiwały się grzmieniu Lakatosa z przesadną powagą, ubrane w zakładowe, białe kaftaniki. Diatryba zakończyła się otarciem z brwi kropel potu (wywołanych
zawiłą retoryką) i bezgłośnym zniknięciem Lakatosa za drzwiami gabinetu. Tymczasem dziewczęta ruszyły do codziennej od teraz, znojnej harówki.

Nie minęły dwa tygodnie, a te same dziewczęta, za zwojami miedzianego drutu, którego produkcją zajmowały się zakłady "Ganza", wróciły do pierwotnego zawodu. oto istota komunizmu, zawyrokował Gyuri: to, czym człowiek normalnie się zajmował, komunizm czynił jeszcze trudniejszym.

Róka z obrzydzeniem rzucił karty, a Pataki zgarnął ze stołu pulę kolejnego rozdania.
- Mówiąc słowami rektora seminarium duchownego w Kalocsy, kiedy pociąg odciął mu nogi: "Czy teraz utniesz mi kutasa?"...
- Możemy pogadać o twoich płytach jazzowych - odparł spokojnie Pataki, tasując karty.

Róka, syn wybitnego ewangelickiego biskupa, był niepodważalnym autorytetem w kwestiach kościelnych, podobnie zresztą jak w kwestii ód Horacego. Za każdym razem, gdy ojciec Róki spotykał się z jednym z trojga swoich dzieci, witał je początkowym wersem ody Horacego. Obowiązkiem latorośli było uzupełnienie jego słów kolejnym wersem, w przeciwnym razie narażała się na bolesne pociągnięcie za ucho. Biskup nie był człowiekiem surowym; każdemu, kto przyłapał go na błędzie w cytowaniu Horacego, oferował kawałek czekoladowego tortu. Róka utrzymywał, że do szesnastego roku życia nie widział tortu na oczy.
Podobnie jak Gyuri, Róka nie pochodził ze słusznej klasy społecznej, to znaczy był bezklasowcem i w rubrykach wpisywano mu "pochodzenie-x". Jednak nie wydawał się tym zbytnio przejmować, a już z pewnością nie dopuszczał, by to upośledzenie polityczne przeszkadzało mu wypełniać życiową misję. Także teraz metodycznie lustrował perony dworca w Segedynie w poszukiwaniu kobiety, której spojrzenie zdradzałoby myśli o pragnieniu krótkiego, pionowego związku uczuciowego w ciasnym pomieszczeniu, z koszykarzem jadącym na mecz do Makó. Poza niewyczerpalną kolekcją hormonów Róka dysponował też cenną kolekcją znakomitych (na przykład zachodnich) płyt jazzowych, która teraz, niemal w całości, znajdowała się w rękach Patakiego. Tym bardziej więc Róka rozglądał się po dworcu z nadzieją na wyzwolenie od kart, które pozwoli mu ocalić kolejny krążek przed odesłaniem do rezydencji Patakiego. Na jego twarzy malował się jednak grymas rozpaczy, dowodzący bez dwóch zdań, że Róka nie widzi na dworcu w Segedynie kobiety poniżej
sześćdziesiątki.
- Segedynu chyba jeszcze nigdy nie błogosławiliśmy, prawda? - zauważył znacząco Banhegyi.

To było kiepskie i dziecinne, ale czasem zabawne.
Kiedy pociąg wolno ruszył ze stacji, Katona przeszedł na koniec wagonu, by objąć obiektywem jak najszerszy kadr, wychylił się przez okno i przygotował aparat. Tymczasem Róka, Gyurkovics, Demeter i Pataki wypięli przez okna gołe zadki. Jedną ze ścian ich przedziału zdobiła pokaźna już galeria fotografii, z których spoglądały zdumione, a czasem rozzłoszczone twarze podróżnych na peronach całych Węgier.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
NIE WYCHODŹ JESZCZE! MAMY COŚ SPECJALNIE DLA CIEBIE 🎯