Pocałunek ognia
Biblioteka była ogromnym pomieszczeniem z bogato zdobionym, sklepionym sufitem. Regały z drewna jesionowego, dostarczonego przez samo Whistledown, sięgały od podłogi do sufitu, pokrywając trzy ściany. Półki wypełnione były książkami, fotografiami i innymi pamiątkami. Czwartą ścianę, w łagodnym kolorze trawiastej zieleni, zajmował wielki kominek z białym, zgrabnym zwieńczeniem, zbudowany w stylu braci Adamów, osiemnastowiecznych szkockich architektów.
Powyżej, pomiędzy dużymi, porcelanowymi figurkami żywo ubarwionych papug, które zdobiły gzyms kominka, wisiał portret ostatniej macochy Alex, pięknej Mercedes: w jej długich, czarnych włosach, spływających na różową, jedwabną suknię balową od Versacego lśniły przebłyski granatu.
Jak Alex już odkryła, liczne portrety pięciu poprzednich żon Charlesa Haywooda przechowywano w magazynie w Filadelfii. Podejrzewała, że za każdym razem, gdy ojciec się rozwodził i żenił ponownie, we wszystkich swoich rezydencjach wymieniał wizerunki poprzedniej małżonki na portrety nowej. Co - gdy tak o tym pomyśleć - wydawało się raczej zabawne. Alex przypuszczała, że w przyszłości, gdy osłabnie szok po jego śmierci, będzie mogła kiedyś wspominać ten zwyczaj i śmiać się z niego.
Na razie jednak najlżejsze uczucie rozbawienia wzbudzało jednocześnie ból. Powstrzymując westchnienie, usiadła w wielkim, skórzanym fotelu za politurowanym biurkiem z włoskiego orzecha.
Na blacie leżały żółty, prawniczy notes i srebrny długopis. Natychmiast w pamięci Alex pojawił się obraz ojca, siedzącego w tym samym fotelu, przy tym biurku, rozmawiającego przez telefon i jednocześnie notującego pośpiesznie w żółtym notesie. Widziała go tak wyraźnie, jakby ta scena rozgrywała się przed jej oczami.
Och, tato. Dlaczego?
Jednak przekonała się już, że jeśli ulegnie bólowi, ten wcale nie stanie się łatwiejszy do zniesienia. Odsunęła od siebie wszelkie myśli o ojcu i zdecydowanie podniosła słuchawkę.
- Paul?
- Alex! To ty?
- A spodziewałeś się kogoś innego? - zapytała lekkim tonem, zalotnie.
Głos narzeczonego natychmiast przywołał przed oczy Alex jego postać: nienagannie ułożone włosy w kolorze tytoniu, zaczesane w tył znad szczupłej twarzy estety; jasnoorzechowe oczy, długi, wąski nos, wąskie, wyraźnie zarysowane usta; wysoka, szczupła, wysportowana sylwetka.
Przystojny, choć zawsze trochę spięty. Bardzo zadbany, świetnie wykształcony, wyrafinowany mężczyzna, w którym była do szaleństwa zakochana.
Nawet rozmowa z nim przez telefon sprawiała przyjemność.
Dopiero gdy Alex zaczęła się rozluźniać, uświadomiła sobie, jak napięte miała przedtem wszystkie mięśnie. Z uśmiechem na ustach zakręciła fotelem, ustawiając się tak, by przez dwa wysokie, obramowane jedwabiem okna móc przyglądać się płynącym z nieba delikatnym strumyczkom deszczu, i odchyliła się w tył.
- Och, Paul, jak dobrze usłyszeć twój głos! Jesteś w domu?
Chciałabym być tam razem z tobą!
- Właściwie to dzwonię z miasta. Alex, m hm... Jest coś, o czym muszę ci powiedzieć.
Alex uderzyło dziwne brzmienie jego głosu. Niemal nerwowe.
Paul, najbardziej pewny siebie człowiek, jakiego znała w życiu, przez cały ten czas, kiedy się znali, nigdy nie był zdenerwowany.
Otworzyła szeroko oczy i zacisnęła rękę na słuchawce.
- Czy coś się stało? - zapytała. Jeszcze zanim odpowiedział, wyczuła, że w jej kierunku zmierzają kolejne złe wieści.
- Nie chciałem zawiadamiać cię o tym przez telefon, ale, Boże, przecież nawet rzadko kiedy cię widuję, sama przyznasz? Więc właściwie to chyba twoja wina.
- O czym ty mówisz? - Z trudem powstrzymywała drżenie głosu.
Nastąpiło krótkie milczenie.
- Posłuchaj... wczoraj wieczorem się ożeniłem - wyrzucił z siebie ciężkie słowa. - Alex, tak strasznie mi przykro, ale między nami i tak się nie układało, wiesz o tym równie dobrze, jak ja. I ja...
- Ty... wczoraj wieczorem... się ożeniłeś? - przerwała mu, nie wierząc własnym uszom; wypowiadała poszczególne słowa, usiłując jednocześnie zrozumieć wiadomość, którą odczuła jak fizyczny cios.
- Tak... no cóż, ja.. my...
Zanim zdołał wykrztusić coś jeszcze, Alex zawołała gwałtownie:
- Ty, ożeniłeś się wczoraj wieczorem? Ależ... to przecież niemożliwe! Jesteśmy zaręczeni, ty i ja. Ślub jest zaplanowany na kwiecień. Mam na palcu pierścionek od ciebie. - Spojrzała na olbrzymi, wyjątkowej urody brylant w kształcie łzy, zdobiący jej lewą dłoń.
- Możesz zatrzymać ten pierścionek - pośpiesznie zapewnił ją Paul. - Tara i tak by go nie chciała, jestem tego pewien, a w ogóle, jeśli zechce, kupię jej inny. Chodzi o to, że...
- Tara? Tara Gould?
Tara Gould była jedyną córką i spadkobierczynią jednego z najbogatszych ludzi w Pensylwanii. Rzeczywiście, Paul pracował w jakimś komitecie jej ojca przez całą jesień.
Poza tym Tara kręciła się czasem w pobliżu, gdy Alex była z Paulem: oglądała rysunki techniczne, pojawiała się na koktajlach i obiadach, przynosiła mu do biura różne rzeczy. Najwyraźniej o wiele częściej kręciła się koło Paula, gdy Alex tam nie było. Chuda, śniada dziewczyna, Alex zupełnie o niej zapomniała.
- Ożeniłeś się z Tarą Gould? Wczoraj?
To niemożliwe.
Nie mógł tego zrobić!
To musi być żart... ale już w chwili gdy ta myśl przemknęła jej przez głowę, Alex wiedziała na pewno, że to nie żart, że Paul mówi prawdę, że naprawdę zrobił jej tak niewyobrażalną rzecz - jej, im obojgu...
- Wszystko stało się tak szybko. - Głos Paula nie brzmiał przepraszająco, raczej obronnie. - Ty wyjechałaś, ona była na miejscu, z jednego wynikało drugie i, wiesz...
- I ona ma masę pieniędzy, których ja już nie mam, a jej ojciec posiada duże wpływy, podczas gdy mój wywołał skandal, a prócz tego jest martwy - dorzuciła Alex z goryczą i jeszcze zanim te słowa przebrzmiały, wiedziała, że udało jej się zgrabnie podsumować całą sytuację jednym zdaniem.
Żeby w ten sposób ożenić się z Tarą Gould, Paul musiał po prostu być zainteresowany pieniędzmi i pomocną dłonią jej ojca, którą ten może podać zięciowi podczas wspinaczki po drabinie kariery politycznej.
Gdy sobie to uświadomiła, poczuła taki ucisk w piersiach, że ledwie mogła oddychać.
- Alex, to już naprawdę jest nie fair. - Głos Paula brzmiał łagodnie i przymilnie. Dawniej uwielbiała, kiedy mówił do niej w ten sposób. Teraz ów ton powiększał jeszcze poczucie zdrady.
Traciła go - nie, już go utraciła - Paula także. Panie Boże, jakże ona poradzi sobie z kolejną stratą?
- Mam nadzieję, że ty i Tara będziecie bardzo szczęśliwi - powiedziała, ostatkiem sił czepiając się poczucia godności i walcząc z własnym głosem, by nie zadrżał.
Wcześniej nagły szok nie pozwolił jej odczuwać bólu z całą mocą, lecz teraz szok powoli mijał i zaczynała już czuć w sercu ostre, zimne ukłucia cierpienia.
- Wiesz, że na zawsze pozostaniesz w moim sercu - zabrzmiał znów przymilny głos Paula. - Tylko że...
- Żegnaj, Paul - przerwała mu i nim zdążył coś odpowiedzieć, opuściła słuchawkę, obróciła się na fotelu i odłożyła ją na widełki.
Przez chwilę po prostu siedziała bez ruchu, wpatrując się w telefon i w swoje ręce, które przyciskały słuchawkę do aparatu, jakby chciały zatrzymać ją na miejscu, żeby nie poderwała się i nie rzuciła na Alex.
Tak mocno ściskała kremowy plastik, że aż zbielały jej dłonie.
Zaręczynowy pierścionek zalśnił jak żywy , gdy poruszyła palcem: olbrzymi brylant migotał i mrugał, jakby naigrawał się z jej bólu.
Tara zapewne jest teraz z Paulem i kpi sobie z niej z taką samą bezczelnością jak ten kamień.
- Ty skurwysynu! - powiedziała cicho, zdecydowanym ruchem ściągając pierścionek z palca. - Ty oszuście! Ty podły, ohydny, cholerny kłamco!
Z całej siły powstrzymując palące łzy, najmocniej jak tylko mogła, odrzuciła pierścionek od siebie.
- Hola, hola - odezwał się męski głos.
Alex nie wierzyła własnym oczom: bez najmniejszego ostrzeżenia pojawił się w drzwiach biblioteki Joe Welch - akurat na czas, by pochwycić pierścionek, jakby celowo rzucony mu prosto w twarz.
Szybkim ruchem uchylił się i złapał go w powietrzu, po czym stanął w progu, patrząc na Alex z naganą.