Płacząca Zuzanna

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Błękitny wazon

Są ludzie, których samo istnienie sprawia, że chcesz, to znaczy chcę, zniknąć. Nie pozwolić, by na mnie patrzyli, dotykali mnie wzrokiem. Nie dlatego, że są źli. Albo ordynarni, agresywni czy zarozumiali. Ani dlatego, żeby się tobie, to znaczy mnie, sprzeciwiali. Tak po prostu.

Nasz Gość jest takim właśnie człowiekiem.

Są ludzie, którzy im bardziej wydają się szczerzy i otwarci, tym bardziej okazują się skryci. Im więcej mówią o sobie, tym mniej o nich wiesz. A może nawet nie chcesz więcej o nich wiedzieć, ale coś w ich otwartości, autentyczności, w pewnej przesadzie, wywołuje w tobie, to znaczy we mnie, niedosyt informacji. Poczucia tajemnicy. Dyskomfort. Wiem, że mówią prawdę. Że nie kłamią. Może to nadmiar prawdy. Może nawet prawda powinna mieć jakieś granice po to, by była jawna. Podobnie jak trzeba się cofnąć o kilka kroków, aby oglądać obrazy Maneta czy Pissarra. Wiem, że są autentyczni do szpiku kości – mogą łączyć w sobie skrajne przeciwieństwa, z których każde będzie w równym stopniu przekonujące. Każde twierdzenie i jego dokładna odwrotność współistnieją w nich w doskonałej harmonii.

Nasz Gość jest takim właśnie człowiekiem.

Są ludzie, którzy mnie zawstydzają. Okropnie. Ten wstyd nie pojawia się w związku z czymś skomplikowanym, jak zabranie głosu w rozmowie czy jakaś krępująca czynność – wyjście do ubikacji w trakcie spotkania albo jedzenie spaghetti. Nie. Chodzi o samo przebywanie w ich towarzystwie. I to nie dlatego, bym uważała ich za lepszych od siebie. Tak po prostu.

Są również ludzie, którzy budzą powszechne uwielbienie, nie dlatego, że się o to starają czy próbują być czarujący. Tacy po prostu są.

Są ludzie, którzy wzbudzają w tobie potrzebę. Jakąś potrzebę. Potrzebę kosmiczną, nieuchwytną. Otóż nasz Gość też taki jest. Są również ludzie (choć ich liczba jest bliska zeru), którzy od razu świetnie się dogadują z moją mamą.

Tak. Oczywiście. I nasz Gość taki właśnie jest.

Nie lubię go. Życie we własnym domu uczynił dla mnie dusznym więzieniem bez wyjścia. Nie dlatego, żeby zachowywał się jakoś wyjątkowo apodyktycznie. Po prostu taki jest.

Nazywam się Suzanna Rabin i nie jestem żadną krewną. Siedzę u siebie w pokoju i nie chcę wychodzić. Nie chce mi się nic robić. Nawet malować czy rzeźbić figurek w glinie, co zazwyczaj mnie uspokaja. Staram się siedzieć na krześle, a nie leżeć, bo kiedy się kładę, pogrążam się w sobie, a wtedy jest mi jeszcze ciężej. Kiedy się kładę, z początku czuję ulgę, ale potem mam wrażenie, że to już koniec i że już nigdy nie zdołam wyjść na zewnątrz. Ani otworzyć oczu. No więc siedzę.

Czasami mam ochotę umrzeć. Nie, żeby było mi źle. To po prostu wydaje mi się przyjemne. Kiedy zwykłe codzienne czynności wymagają nadludzkiego wysiłku, kładę się, zamykam oczy i czuję własne istnienie od środka, gdzie jest tak cicho i spokojnie, że sama myśl o pójściu do sklepu z mamą albo o prysznicu wywołuje ucisk w klatce piersiowej, podobny do mdłości.

Jest czerwiec i powietrze zaczyna być gęste od gorąca. Wentylator naprzeciw mnie wprawia je w ruch i wtedy jestem naprawdę zadowolona, roztapiam się, rozsypuję, jednoczę ze wszystkim, co mnie otacza – łóżkiem, przedmiotami, błękitnym wazonem (o, błękitny wazon), tak że nie ma granic między tym, co w środku, i tym, co na zewnątrz.

Gość przybył w dniu wyborów. Ale nie usiadł z nami wieczorem, żeby obejrzeć telewizję i czekać w napięciu na wyniki. Spał. Mama urządziła mu gabinet taty, którego tata nigdy nie wykorzystywał do pracy – pracował w biurze teatru. Uważał jednak, że mężczyzna powinien mieć swój gabinet. Było to w czasie, kiedy mama otrzymała odszkodowanie z Niemiec i przeprowadziliśmy się do tego mieszkania, znacznie większego niż poprzednie, dzięki czemu tata uzyskał upragniony gabinet. Zamykał się w nim na całe godziny, a ja czasami zaglądałam przez dziurkę od klucza i widziałam, że czyta, przeważnie poezję. Puszkina, Rilkego, Achmatową, Byrona, Blake’a.

W pokoju tym zawsze unosił się zapach pomarańczy, papierosów i oddechu śpiącego człowieka. Nawet latem, kiedy nie ma pomarańczy. Gdy tam wchodziłam, tata zawsze się cieszył i czytał mi na głos coś z książki, i nawet jeśli nie udawało mi się zrozumieć wiersza, mogłam wyczuć hipnotyzującą melodię, która tak fascynowała tatę, aż nauczyłam się sama czytać poezję, i uzależniłam się od niej zupełnie jak on.

Tata podczas czytania przybierał dwie pozycje: albo leżał na wznak na łóżku, z książką w rękach i uniesionymi nogami, które krzyżował w kostkach i opierał o ścianę, albo na brzuchu, a wtedy książka po prostu leżała na podłodze koło łóżka. Czasami grywał na gitarze rosyjskie pieśni. Mówiło się na nie romanse. Były smutne i niezrozumiałe, ale w chwilach natchnienia tata śpiewał je mnie i mamie, i tłumaczył słowa na hebrajski. Chociaż znał zaledwie kilka akordów, grał i śpiewał w melancholijnej ekstazie, przechylał głowę, brwi ściągały mu się, tworząc dwie pionowe zmarszczki, a rozmarzone spojrzenie kierowało się na gryf gitary. Kiedyś myślałam, że gdyby polizać go po tych zmarszczkach, na pewno okazałyby się gorzkawe jak skórka cytryny, i raz nawet to zrobiłam – przytuliłam się do niego i polizałam zmarszczki, żeby sprawdzić. Smak rzeczywiście był gorzkawy, ale przypominał raczej kakao bez cukru i jakby skórę niemowlęcia. I zawsze na czoło opadał mu niesymetrycznie czarny pukiel włosów, zakrywając jedno oko.
Kiedy wyłysiał, grywał nadal, a wtedy wyobrażałam sobie ten pukiel, jakby stanowił nieodłączną część jego istoty, jak cecha charakteru.

Otwori potichońku kalitku
I wojdi w tichij sad słowno tień,
Nie zabud’ potiemnieje nakidku,
Krużewa na gołowku nadień.

Mama, która znała już na pamięć tłumaczenie tych słów, a nawet ich oryginalne brzmienie, i czasami poruszała ustami razem z tatą, zawsze wzdychała pod koniec i mówiła coś o nazbyt sentymentalnych Rosjanach, przy czym robiła srogą minę. Nie mogła mu wybaczyć jego zdrad, a on nie mógł się od nich powstrzymać. Kiedyś usłyszałam, jak mówił, że nie chodzi o to, że on lubi kobiety – to po prostu one go kochają, ale on kocha tylko ją, a wtedy mama powiedziała lekko łamiącym się głosem:
– Oj, Awram, daruj, ale nie jestem twoją matką, tylko żoną. Po czym zaczęła hałasować w kuchni garnkami.
Otwórz po cichu furtkę
I wejdź do cichego sadu jak cień.
Nie zapomnij o ciemnej chuście,
Narzuć na głowę koronki.

Wszystko to pamiętam doskonale, podobnie jak nasze zabawy, dowcipy z zakazanymi brzydkimi słowami, książkę z mitologią grecką, którą czytywał mi przy każdej okazji, tak że obce historie w przestarzałej hebrajszczyźnie stały się nieodłączną częścią świata moich wyobrażeń i rojeń: nagi Odyseusz, piękny Parys, Midas o złotodajnym dotyku, wszyscy mieszkańcy Olimpu, wszyscy herosi Grecji i Sparty, ich muskularne ciała, nieustępliwe charaktery, nieustanne konflikty z kapryśnymi bogami, którzy raz zawierali z nimi przymierza, to znów się nad nimi pastwili. Pamiętam to wszystko i znacznie więcej, ale nie pora teraz pogrążać się w odmętach przeszłości. Niech umarłe lata spoczywają w pokoju.

Moja bezgraniczna miłość do taty, wspomnienie bólu po tym, jak nas opuścił, żyją we mnie każdego dnia, są jak wody gruntowe, leżą u podstaw wszelkiej myśli i wszelkiego działania. Zawsze zdumiewa mnie to, że ból i bezsilność, jakie może wywołać drugi człowiek, nie sprawiają, że się go nienawidzi. Albo zapomina. To defekt. Defekt ewolucyjny. Możliwy wyłącznie u ludzi – mutantów, zwyrodniałych dzieci natury. Tata, umierając, odszedł ode mnie, porzucił mnie i zostałam bez żadnego punktu oparcia, czegoś, co dałoby mi poczucie bezpieczeństwa i pomogło radzić sobie dalej bez niego. Był moim życiem. Logiczne więc, że odkąd obrócił się w nicość, moje życie nigdy nie miało się stać na powrót takie jak przedtem, a może nawet nie było w ogóle życiem. Miałam wiele szczęścia, że udało mi się przetrwać. Stało się to, oczywiście, dzięki mamie. Dzięki jej troskliwej opiece, bezgranicznemu poświęceniu. Dzięki temu, że poświęciła mi swoje życie i zjednoczyła się ze mną do tego stopnia, że nie było wiadomo, gdzie zaczynam się
ja, a kończy ona. To zupełnie inna miłość niż miłość taty. On nigdy nie uważał, że jestem słaba albo że potrzebuję pomocy. Przeciwnie. Byłam dla niego uosobieniem siły, wytrwałości, porządku. Niekiedy zachowywał się tak, jakby to on mnie potrzebował. I rzeczywiście, kiedy żył, nigdy nie czułam się potrzebująca czy bezsilna – a stało się to moim sposobem życia po jego śmierci.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
MOŻE JESZCZE JEDEN ARTYKUŁ? ZOBACZ CO POLECAMY 🌟