Piekło i szpada

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Po pewnym czasie szlachcic powstał i ruszył przez zardzewiałą klasztorną furtę ku środkowi gruzowiska. Wszędzie obficie pleniło się zielsko, tak na murach, jak i między szarymi brukowcami dziedzińca. W opuszczonych celach gnieździło się ptactwo, zniszczona kaplica zaś była domem dla setek uczepionych powały nietoperzy. To nie Klątwa wypędziła ludzi z tej budowli. Miał rację Nieśmiertelny Vel Reano: szczególne to było miejsce. Krążąc, zadawał sobie baron sto pytań i na wiele z nich nie było odpowiedzi. Oto gruzy. Jakże łatwo zrezygnował ów potężny Król Królów ze swej ziemskiej potęgi! Jak niewiele miłość i ufność ludzka musiały dla niego znaczyć! Pycha, w samej rzeczy... Przywara wszystkich bogów, jacy pojawili się w dziejach ludzkości. „Jam jest Pan twój i Bóg twój. Będziesz mnie miłował ze wszystkich swoich sił”. Tylko tyle. Jam cię stworzył do cierpienia i znoju, do nieszczęścia i niesprawiedliwości, lecz będziesz mnie miłował, a ja ci to wynagrodzę. Lecz nie dam żadnych dowodów, zaufaj mi i basta, prochu
marny. Pycha... Skądże więc nadzieja, że istota obarczona taką wadą nie ma żadnych innych? Skądże czerpać wiarę, że w Dniu Sądu wejrzy ów mocarz pyszny a surowy na intencje – i jednak przebaczy?
– Panie – pytał baron Monterres – czymże jest to, co chcę uczynić? Zdradą czy świadomym złożeniem swej duszy na ołtarzu ludzkiego nieszczęścia? Panie, Ty widzisz, że nie dla siebie, nie dla bogactwa, władzy albo próżnej chwały zawieram owo przymierze, lecz dla swoich braci, którymi żeś mnie obdarzył! Jeśli prawdą jest, że miłujesz swe dzieci; jeśli istotnie żądasz, bym kochał bliźnich jak siebie, to pozwól mi walczyć o ich szczęście ziemskie. Choćbym miał narazić się przy tym na Twój gniew.
Ruiny milczały.
Zaiste – czymże było przystąpienie do paktu z Szatanem? Zdradą czy dobrowolnym męczeństwem? Jednym i drugim może? Jakim to wreszcie sposobem pośród tych nielicznych wierzących i bojących się gniewu bożego znalazł się człowiek będący sługą piekieł? Jak dojść mogło do tego, że na wzgórzu, w ruinach, które od lat już nie słyszały modlitwy, rozmawiali z Bogiem tylko rycerze Szatana?
Cały dzień – to bardzo dużo czasu. Lecz nie wtedy, gdy trzeba podjąć decyzję, od której nie będzie odwrotu. Powoli zbliżał się zmierzch, a baron wciąż rozważał wielkość Bożego Planu, w którego trybach miał stać się kolejnym ziarenkiem piasku. I wahał się znowu.
– Panie – mówił teraz do Księcia Ciemności – oto przyszły twój sługa, pełen niepewności i zwątpienia, bezradny. Czyż potrzebni ci są ludzie słabi? Wesprzyj mnie w moich rozterkach albo wyjmij z rąk moich tę czarę; zbyt gorzki to napój, bym zdołał go wypić. I zbyt lichy żołd pobierają ci, co wybrali służbę u ciebie. Tamten Pan na Wysokościach obiecuje przynajmniej nagrodę za wierność. Czemuż ty niczego nie obiecasz?
Nie było odpowiedzi. I równo z zachodem słońca ujrzał się baron Monterres w tym samym punkcie, od którego zaczął. Siedział oto na bloku wapienia i spoglądał przed się, pytając, jak daleko idącej ufności wolno żądać od słabych ludzi...
Lecz oto znalazł drogę do jego źrenic, zamglonych zadumą – daleki czerwony poblask. Hrabia pomyślał najpierw, że to zachodzące słońce kładzie różowe plamy na niebie, ale czarne kłęby dymu nad spostrzeżoną łuną powiedziały mu, że ogląda pożar... Wiatr przyniósł z daleka pogłos dzwonów bijących na trwogę.
– Malle – rzekł Monterres.
Powstał i patrzył na łunę, widząc oczyma wyobraźni noszących wodę do gaszenia ludzi, płacz pogorzelców, zgiełk, krzyk, bieganinę... Nagle zdał sobie sprawę, że ci tam, nieszczęśnicy, walczą o coś, co już jest skazane. Poświęcenie, ofiarność... Bohaterstwo ratowników próbujących ocalić ludzkie mienie, a może i życie... To wszystko nie miało sensu. Zadrwiono z biedaków. Malle było miastem skazanym. Już być może tej nocy niewytępiona do końca Klątwa porwie dziesiątki ludzi, odbierając im młodość, starszym zaś życie. Pojawią się nowi Owładnięci, dający Klątwie schronienie w swych ciałach. Nieśmiertelni mogą wygrać tę bitwę albo nie.
I nagle poczuł Monterres, że wszystkie jego rozterki i wahania zupełnie niczemu nie służą. Płonęło miasto, o które w miarę swych skromnych sił walczył. Lada dzień, a może lada godzina, miała tam rozegrać się następna bitwa, o ileż bardziej krwawa niż ta, którą właśnie toczyli nieszczęśni pożarnicy. Monterres wiedział na pewno, kim jest i dokąd zmierza. Dawno już zostało postanowione, że w tryby wspaniałego Bożego Planu dostanie się następne (choć może liche i marne) ziarenko.
Przestał rozmawiać z głuchym Bogiem. Spokojny już i pogodzony z losem, czekał na powrót swoich braci.

Egaheer, żyjąca w ciele należącym kiedyś do Eleny, przeklętej mojej siostry, traciła wiele ze swej siły. Mogła uczynić z owym ciałem niemal wszystko, ale wraz z jej prawdziwą postacią zamykała się w nim ogromna część potęgi. Pełnią mocy Egaheer władała tylko wówczas, gdy wyzwalała się z cielesnej powłoki – jednakże takie wyjście na wolność kosztowało bardzo drogo. Nie pojmowałem natury istoty, z którą od tak dawna obcowałem na co dzień. Zresztą, czy istoty? „Nie jestem istotą, lecz zjawiskiem” – powiadała, gdym pytał. „Nie należę do twojego świata i nie ma tutaj nic, co mogłabym pokazać, by przybliżyć ci swą naturę. Najprędzej może – życie. Jestem czymś podobnym do życia, mogę je przecież zastępować. Ale tylko czasem, tylko tutaj... Och, nie pytaj mnie”.
Nie ogarniałem tej prawdy. O ile w ogóle nią była, albowiem Egaheer nie umiała odróżnić prawdy od fałszu. Dla niej to były tylko dwie takie same strony... czegoś.
Jechaliśmy śladem barona.
„Zasługują na to, by im pomóc, Egaheer” – przekonywałem od nowa. „Ty jedna możesz zmierzyć się z Klątwą jak z czymś równym sobie. Nieśmiertelni przegrywają tę wojnę, ich szeregi rzedną, coraz częściej medaliony trafiają w ręce ludzi przypadkowych, tchórzliwych, małych, nic niewartych. Ktoś taki jak baron Monterres to wyjątek. Ten człowiek ma serce pełne ideałów, gdy zwykle Nieśmiertelni muszą wysługiwać się ludźmi miałkimi, którzy służą im za pieniądze i dla samych tylko pieniędzy. Do tego służą źle”.
„Nie będziemy pomagać Nieśmiertelnym”.
„Egaheer, nie możesz być wszędzie naraz. Nieśmiertelni są ci potrzebni do pomocy w walce z Klątwą”.
„Klątwa sama kiedyś odejdzie. To tylko prastara, zatęchła magia, którą Bóg przepędził kiedyś z Saywanee i której dla znanych tylko sobie przyczyn pozwolił zmartwychwstać tutaj”.
„Ale przecież wydajesz jej wojnę?”
„Nie”.
„Już nic nie rozumiem...”
„I nie musisz. Wydamy wojnę, ale nie Klątwie”.
„Komu zatem?”
„Nieśmiertelnym”.
Nic na to nie umiałem powiedzieć. A przecież, znając ją od tak dawna, powinienem był łatwo przewidzieć, że uczyni w końcu coś dokładnie odwrotnego, niźli powiedziała. Jakimi drogami poruszały się pokrętne pragnienia... tego czegoś?
„Zrobisz, co zechcesz, Egaheer”.
Na gościńcu leżały dwa trupy. Zeskoczyłem z siodła i spojrzałem z bliska.
„Zastrzeleni. To jacyś obwiesie. Może być, że jakaś banda oprychów zmierzyła się tutaj z drugą”.
„Chyba nie. Czuję tu coś znajomego”.
„Co takiego?”
„Nie wiem”.

Pomogłem jej zeskoczyć z końskiego grzbietu, tak jak kiedyś pomagałem siostrze.
Jakże urocza mogła się wydawać Elena komuś, kto jej nie znał! W wysokich butach i ciemnej spódnicy do konnej jazdy, siedząca w siodle na męski sposób, niczym prześliczny giermek... Zawsze uśmiechnięta, z figlarnymi iskrami w oczach. Nic dziwnego, że tak wielu mężczyzn popełniło za jej poduszczeniem najprawdziwsze zbrodnie. Ale teraz nie było w tym ciele podłej duszy, wcale nie było duszy. We wnętrzu kryła się Egaheer, będąca potwornym i wyolbrzymionym odbiciem mnie samego. Odbiciem kogoś, kto nie umiał już odróżnić prawdy od kłamstwa, dobra od zła, piękna od brzydoty. Odbiciem kogoś, kogo życie oduczyło czynić jakiekolwiek rozróżnienia.
Patrzyłem, jak Elena przyklęka przy pierwszym trupie i pochyla się nisko, węsząc.
„Wyjdź z tego ciała i sprawdź, co tu zaszło” – ponagliłem. „Tracimy czas, Egaheer”.
„Nie. Zawsze gdy opuszczam to truchło, brzydzę się wracać do niego. Siedząc w środku, nie czuję tego wszystkiego, lecz gdy wychodzę i wracam... Twoja siostra śmierdzi setką mężczyzn, i gdybyż tylko mężczyzn! Zresztą nie to jest najgorsze; najgorszy jest smak duszy, która mieszkała w tym ciele. Nawet Klątwa, którą tak się brzydzisz, nie jest podobnie plugawa”.
„Zapominasz, że tylko dlatego pozwoliłem ci zabić Elenę”.
– Pozwoliłeś, tak – przyznała, używając głosu.
Milczałem.
„Nigdy nie umiałem pojąć, dlaczego dałaś mi tak wielką władzę nad sobą” – posłałem na koniec. „Niczego ci nie dawałam, żadnej władzy. Przyszłam do ciebie, bo ją masz. Jestem twoją niewolnicą, twoim psem lub twoją suką, jeśli wolisz. Nie uczynię nic, czego mi zabronisz”.
„Lecz czy spełnisz prośbę?”
„O tym już mówiliśmy, twoja władza tak daleko nie sięga. Na szczęście. Żadnych próśb i żadnych poleceń. Tego nie muszę i nie będę słuchać”.
„Nie musisz słuchać, wiem. Nie o to pytam. Pytam, czy mogłabyś, gdybyś chciała”.
Przechyliła głowę.
„Spełnić prośbę? Mnie nie można o nic prosić, pułkowniku Bon-Arpat. Mnie można tylko chcieć albo nie. Jeśli nie chcesz, natychmiast odejdę. Dość, byś mi zabronił przebywania u twego boku”.
„Chcę cię, Egaheer. Chcę, byś była”.
„W takim razie nie musisz o nic prosić. Sama dam tyle, ile dać będę mogła i umiała”.
Wciąż klęcząc na gościńcu, pochyliła się nagle i wepchnęła palec w otwór, jaki kula zrobiła w czole rzezimieszka; po chwili szarpnęła mocno, wyrywając odłamki czaszki i skrawki skóry. Potem gmerała w mózgu, poszukując kuli. Znalazła; zamknęła ją w dłoni, skupiona, a potem wzięła do ust, próbując rozpoznać smak.
„To twój baron” – oznajmiła po chwili. „Tak myślałam. Oceń tylko, jak sprawnie zabija ten pachołek piekła. Ciężką będziesz miał przeprawę”.
„Nie wiadomo jeszcze”.
„Wiadomo”.
Podniosła się z klęczek i pokazała, bym pomógł jej dosiąść wierzchowca.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZACZEKAJ! ZOBACZ, CO TERAZ JEST NA TOPIE 🔥