Piąta Aleja
Rozdział pierwszy
Billy Litchfield przechodził obok budynku przy Piątej Alei jeden co najmniej dwa razy dziennie. Miał psa, wheaten teriera, którego dostał od pani Houghton, starszej damy z wyższych sfer, hodującej te psy w swojej posiadłości nad rzeką Hudson. Wheaty, który również był już dosyć stary, potrzebował dwóch spacerów dziennie w specjalnej części Washington Square Park, gdzie można było wyprowadzać psy, a Billy, mieszkający przy Piątej Alei, na północ od domu z numerem jeden, przechodził tamtędy w drodze do parku. Dom z numerem jeden miał dla niego szczególne, osobiste znaczenie. Był to wspaniały budynek z bladoszarego piaskowca o klasycznej linii z epoki art déco i Billy, który jedną nogą tkwił w nowym tysiącleciu, a drugą w kawiarnianej socjecie wyższych sfer, zawsze go podziwiał. „To, gdzie mieszkasz, nie powinno mieć znaczenia, pod warunkiem, że mieszkasz w przyzwoitym miejscu” – powtarzał sobie, lecz i tak marzył o mieszkaniu w budynku z numerem jeden. Pragnął tego od trzydziestu pięciu lat, lecz jego marzenia
nadal nie zostały zrealizowane.
Przez pewien krótki czas Billy uważał, że tego typu aspiracje umarły śmiercią naturalną albo przynajmniej popadły w niełaskę. Było to tuż po jedenastym września, kiedy cynizm i płytkość, które dotąd pełniły funkcję siły napędowej miasta, zaczęto traktować jako niepotrzebne okrucieństwo i nagle marzenie o czymś innym niż pokój na świecie stało się przejawem złego gustu, podobnie jak pragnienie czegoś więcej niż to, co się posiadało. Upłynęło jednak siedem lat i Nowy Jork, niczym koń wyścigowy, nie pozwolił dłużej trzymać się w ryzach ani zmienić swojej natury. Gdy większość miasta trwała pogrążona w żałobie, potajemne kręgi bankierów uwarzyły ogromny kocioł pieniędzy, dodając do doświadczenia szczyptę młodości i technologii komputerowych, i voilà, narodziła się zupełnie nowa klasa obrzydliwych bogaczy. Być może nie było to dobre dla Ameryki, ale okazało się dobre dla Billy’ego. Choć sam uważał takie zajęcie za przeżytek, któremu na dodatek brakowało zalet czegoś, co mogłoby nosić miano „stałej pracy”, Billy
odgrywał rolę kogoś w rodzaju konsjerża bardzo bogatych i odnoszących sukcesy ludzi, pośrednicząc w ich kontaktach z dekoratorami wnętrz, handlarzami dziełami sztuki, impresariami klubów i członkami rad – zarówno przybytków kultury, jak i apartamentowców. Oprócz tego, że odznaczał się niemal encyklopedyczną wiedzą na temat sztuki i antyków, doskonale znał się na szczegółach budowy odrzutowców i jachtów, wiedział, co kto ma, gdzie najlepiej wybrać się na wakacje i do których chodzić restauracji.
Mimo to Billy miał bardzo mało pieniędzy. Jako posiadacz niezwykle wyrafinowanej arystokratycznej natury był snobem, zwłaszcza gdy chodziło o pieniądze. Cieszył się, że żyje wśród bogatych i odnoszących sukcesy, że może wykazywać się poczuciem humoru podczas kolacji i imprez w ich domach, podpowiadać, co należy mówić i na co najlepiej wydawać pieniądze, lecz dla zasady nie paprał sobie rąk dążeniem do zdobywania brudnej mamony. I dlatego, choć pragnął zamieszkać w domu z numerem jeden przy Piątej Alei, nigdy nie zdołał wzbudzić w sobie pragnienia zawarcia paktu z diabłem i zaprzedania duszy w zamian za majątek. Dobrze mu się żyło w mieszkaniu ze stałym czynszem, wynoszącym mniej niż dwa tysiące dolarów miesięcznie. Często powtarzał sobie, że tak naprawdę wcale nie trzeba mieć pieniędzy, jeśli ma się bardzo bogatych przyjaciół.
Zazwyczaj po powrocie z parku Billy’emu towarzyszyło uczucie zadowolenia pozostawione przez świeże powietrze. Jednak tamtego lipcowego poranka był przygnębiony. Podczas spaceru przejrzał „New York Timesa” i dowiedział się, że jego ukochana pani Houghton niespodziewanie zmarła zaledwie kilka tygodni przed swoimi setnymi urodzinami. Trzy dni wcześniej, podczas burzy, upadła na swoim tarasie i leżała w deszczu nie dłużej niż dziesięć minut, lecz i tak ratunek przyszedł za późno. Zabrano ją do szpitala, gdzie wdało się złośliwe zapalenie płuc, doprowadzając jej długie życie do szybkiego finału, co zaskoczyło większość Nowego Jorku. Jedynym pocieszeniem było dla Billy’ego to, że jej nekrolog pojawił się na pierwszej stronie „Timesa”, co oznaczało, że nadal pracowali tam jacyś redaktorzy, którzy pamiętali tradycje bardziej wyrafinowanej epoki, kiedy to sztuka była ważniejsza od pieniędzy, a wkład w życie społeczeństwa liczył się bardziej niż epatowanie gadżetami świadczącymi o bogactwie.
W ramach osobistego hołdu dla pani Houghton Billy postanowił postać jakiś czas przed budynkiem z numerem jeden, wpatrując się w jego imponującą fasadę. Pani Houghton mieszkała w nim od tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego roku. Przez długie lata budynek był nieoficjalnym klubem rozchwytywanych artystów wszelkiej maści: malarzy, pisarzy, kompozytorów, dyrygentów, aktorów i reżyserów, którzy przynosili ze sobą twórczą energię, napędzając nią całe miasto. Choć sama pani Houghton nie była artystką, sprawowała mecenat nad twórcami: finansowała organizacje artystyczne i przeznaczała miliony na instytucje zajmujące się sztuką, zarówno te ogromne, jak i mniejsze. Niektórzy nazywali ją świętą.
Kiedy Billy zbliżył się do budynku, okazało się, że nie będzie tam sam. Najwidoczniej w ciągu ostatniej godziny paparazzi doszli do wniosku, że zdjęcie domu, w którym mieszkała pani Houghton, może być sporo warte, i zgromadzili się przed wejściem.
Billy dołączył do nich. Gdy przyglądał się grupce fotografów ubranych w bezkształtne koszulki i dżinsy, poczuł, że urażono jego zmysł estetyczny. Wszyscy najlepsi ludzie już nie żyją, pomyślał ponuro.
Ponieważ jednak był nowojorczykiem, jego myśli nieuchronnie powędrowały ku rynkowi nieruchomości. Zastanawiał się, jaki los spotka mieszkanie pani Houghton. Jej dzieci miały po siedemdziesiąt lat. Zakładał, że wnuki sprzedadzą apartament i zadowolą się gotówką, gdyż w ciągu tych wszystkich lat roztrwoniły większość fortuny Houghtonów – fortuny, która podobnie jak wiele starych nowojorskich fortun, stała się znacznie mniej imponująca niż w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. W latach siedemdziesiątych za milion dolarów można było kupić co dusza zapragnie. Teraz starczało to ledwie na przyjęcie urodzinowe.
Tyle się tu zmieniło, pomyślał.
– Za sztuką idą pieniądze, Billy – mawiała pani Houghton. – Pieniądze pragną tego, czego nie mogą kupić. Klasy i talentu. Pamiętaj, chociaż istnieje coś takiego jak talent do zarabiania pieniędzy, potrzeba prawdziwego talentu, aby wiedzieć, jak je wydawać. I dlatego tak dobrze ci się powodzi, Billy.
Billy zastanawiał się teraz, kto wyda pieniądze na mieszkanie Houghtonów. Wystroju nie zmieniano od co najmniej dwudziestu lat, trzymając go w perkalowej pułapce lat osiemdziesiątych. Samo mieszkanie prezentowało się jednak ¬wspaniale – był to jeden z największych apartamentów w Nowym Jorku, niezależny trójpiętrowiec zbudowany dla pierwszego właściciela budynku – dawnego hotelu. Sufity wisiały na wysokości czterech metrów, była tam sala balowa z marmurowym kominkiem, a tarasy ciągnęły się na całej długości wszystkich trzech pięter.
Miał nadzieję, że nie będzie to ktoś w rodzaju Brewerów, choć prawdopodobnie na kimś takim się skończy. Pomimo perkalów mieszkanie było warte co najmniej dwadzieścia milionów dolarów, więc któż mógłby sobie na nie pozwolić, jeśli nie specjalista od transakcji terminowych? A w porównaniu z niektórymi z nich Brewerowie nie byli jeszcze tacy źli. Przynajmniej Connie, była baletnica i przyjaciółka Billy’ego. Brewerowie mieszkali w szykownej dzielnicy Nowego Jorku i mieli szkaradny nowy dom w Hamptons, w którym Billy miał spędzić najbliższy weekend. Doszedł do wniosku, że powie Connie o tym mieszkaniu i zasugeruje, że mógłby odpowiednio przygotować na ich przybycie przewodniczącą rady mieszkańców, bardzo nieuprzejmą Mindy Gooch. Billy znał Mindy „od zawsze” – czyli od połowy lat osiemdziesiątych, kiedy to spotkali się na jakimś przyjęciu. Wtedy nazywała się jeszcze Mindy Welch i była świeżą absolwentką Smith College. Kipiała energią i miała absolutną pewność, że niedługo stanie się kolejnym objawieniem w
przemyśle reklamowym. Na początku lat dziewięćdziesiątych zaręczyła się z Jamesem Goochem, który właśnie zdobył jakąś nagrodę dziennikarską. Znowu zaczęła snuć wielkie plany i wyobrażała sobie, że ona i James zostaną kolejną wpływową parą w Nowym Jorku. Jednak żaden z jej planów nie wypalił i teraz Mindy i James byli parą w średnim wieku z klasy średniej, o twórczych aspiracjach, które w obecnych czasach nie mogły im zapewnić własnego mieszkania. Billy często zastanawiał się, jak w ogóle zdołali kupić lokal w budynku przy Piątej Alei. Domyślił się, że umożliwiła im to niespodziewana i tragiczna śmierć jednego z rodziców.