WAŻNE
TERAZ

Magda Linette odpadła z Australian Open 2026.

Perwersja

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Ona nazywa się Ada Cytryna, a on — Janus Maria Riesenbock. Siedzę w ich alfa romeo, przypuśćmy, że to alfa romeo. Pędzimy autobahnem z Monachium do Wenecji. Z Monachium. Do Wenecji.

Zdarzyło mi się to przedwczoraj, 3 marca, w środę popielcową, w dzień po zakończeniu karnawału. Udałem się na pieszą przechadzkę po Monachium w nadziei, że zobaczę pozostałości po święcie: nie uprzątnięte sterty śmieci, rozbite butelki, podeptane ogony i skrzydła, zdarte pstrokate maski. Niczego podobnego już nie znalazłem, gdyż wybrałem się do miasta dopiero po południu. Ulice i place zostały uprzątnięte zapewne jeszcze skoro świt.

Znalazłem chwilowy przytułek w kawiarni „Luitpold", którą odszukałem z pomocą planu na Brennerstrasse (albo, jak tu mówią, sztraze) pod numerem 11, gdzie pozwoliłem sobie na dwa, jeden po drugim, podwójne remimarteny (pierwszy za Rilkego, drugi za Stefana George'a). Kiedy zrobiło mi się całkiem ciepło, wypełzłem z kawiarni i powoli ruszyłem w stronę Schwabingu, mijając Odeonsplatz i zalaną pierwszymi wieczornymi światłami Ludwigstrasse. Witryny obiecywały, co tylko dusza zapragnie, nawet nieśmiertelność. Nikt nie posypywał głowy popiołem. Tysiące przechodniów sunęły obok mnie w tym miniaturowym megalopolis. Ale porządni ludzie tego dnia muszą skosztować rytualnej ryby. Ash-Wednesday (jak to nazywał Eliot), Aschermittwoch, popiół, smutek, melancholia i ryba.

Tak zaczyna się post...
A teraz dygresja liryczna. W pobliżu uniwersytetu, przed tukiem tryumfalnym, poczułem, że zbliża się wiosna. Było to wszystko na raz: ciepły wiatr, dziurawe płaty śniegu, rozpostarte poły płaszcza, plączący się szalik, zapach nowej koszuli, pieczonych kasztanów, ostrych przypraw, zapach jeszcze czegoś tam, jakichś kobiet, mężczyzn, przepływających obok mnie, muzyka zza rogu, ściskanie w piersi — przystanąłem krócej niż na chwilę, gdzie tam, nawet się nie zatrzymywałem, po prostu zrozumiałem, ale jakie tam „zrozumiałem”; kiedy to zupełnie nie to słowo, i „poczułem”; to nie to, i nikt mi nie podpowie właściwego słowa — wyczułem, czy co, jakieś wielkie zmiany, bodaj jedną, coś takiego...

Ona nazywa się Ada, a on — doktor Riesenbock, prywatna praktyka urologiczna w Possenhofen. Wiozą mnie swoim samochodem do Wenecji. Doszedłem jako tako do siebie dopiero przed austriacką granicą. I wtedy nieomal namacalnie odczułem potrzebę mówienia, nagrania czegoś na ten dyktafon.

Tak więc przedwczoraj, w środę popielcową wieczorem, doszedłem w końcu na Schwabing, na zalaną jeszcze bardziej oślepiającymi światłami Leopoidstrasse. Szedłem na spotkanie przygody, po prostu rozpierało mnie od wewnątrz. I przygoda natychmiast mnie odnalazła: przysadzista Mulatka o czerwonych ustach, krótkie nogi i spódniczka, z szalonymi okrągłościami, obwieszona brzękotkami, w obcisłej bluzce z dekoltem z błyszczącym oblamowaniem, prostytutka z jakiejś innej, weselszej dzielnicy, bo Schwabing dziś już nie ten sam, co za czasów symbolizmu i cesarza Wilhelma. Stała tam w bramie pod latarnią, wypatrując w tłumie odpowiedniej twarzy. Moja widać okazała się odpowiednia, dostrzegłem błysk ożywienia, uśmiechnęła się, pojąłem w lot, poczułem przeraźliwy chłód w piersiach, pozostawało jeszcze koło dziesięciu kroków, w portfelu miałem niecałe sto marek, co bynajmniej nie gwarantowało powodzenia, pozostawało mi jeszcze pięć kroków, kiedy usłyszałem: „Hallo, kommst du mit”, jeszcze dwa kroki milczałem, w końcu,
zatrzymując się tuż przed nią, rzuciłem: „Ja, ich komme mit, Liebling, wieviel?., nie odpowiedziała jednak „wieviel", obróciła się na swych królewskich obcasach, wzięła mnie za rękę i poprowadziła do bramy. A jednak była stąd, ze Schwabingu, otworzyła bramę kluczem, który for special effects wydobyła ze swego oszałamiającego dekoltu, i w ten sposób znaleźliśmy się w środku, prowadziła mnie dalej po schodach w górę, od czasu do czasu oglądając się i uśmiechając pełnymi ustami, poczułem nagle, jak wzbiera i burzy się we mnie wstrzemięźliwość ostatnich miesięcy, a nawet lat, te brzęczące bransoletki i ozdoby na niej stawały się nie do zniesienia, byłem gotów wziąć ją już tu, na schodach, przycisnąć do poręczy i zedrzeć z niej symboliczną, kusą, czerwoną jedwabną spódniczkę. Ale ona zachowywała bezpieczną odległość i prowadziła mnie nadal gdzieś w górę, na jakieś dziewiąte piętro, czy co, podśpiewując wciąż pod nosem w jakimś tropikalnym narzeczu, może po amharsku. W końcu znaleźliśmy się w mieszkaniu
wypełnionym ludźmi i dymem z równikowych kadzidełek, oświetlonym zielonymi i czerwonymi lampami, w którym wszyscy bez wyjątku śpiewali.

Oho, nawet nie zauważyłem, jak przekroczyliśmy austriacką granicę. Zdążyłem przeczytać Kiefersfelden, czy coś w tym stylu, jakieś zapyziałe pola żuków. Kamienne osłony po obydwu stronach szosy, w końcu góry, wjechaliśmy w góry, wszędzie od cholery śniegu, aż doktor Riesenbock — tak, o tobie mówię — musiał założyć okulary przeciwsłoneczne. Siedzi za kierownicą i nie rozumie ani słowa po ukraińsku. Co innego jego żona. Ona wszystko rozumie, jest z pochodzenia Ukrainką, siedzi obok niego na przednim siedzeniu, jak na żonę przystało, Frau Riesenbock, cała w czerni z dodatkiem wiśni, ale ona mnie nie słyszy...

Chyba nie od razu połapałem się, co to było za mieszkanie. Dech mi zaparło od słodkiego dymu, poczułem, że nogi mam jak z waty, zewsząd dolatywały śpiewy, ze wszystkich pokoi, wszyscy ci ludzie nadal odziani byli w karnawałowe szmaty, jakby wyszperali je na śmietnikach po wczorajszym święcie, moja brązowonoga kusicielka rozpłynęła się wśród innych Mulatek, Arabek, Turczynek, Chinek, Hindusek, przystrajających mieszkanie żywymi zielonymi gałązkami, zwojami tkanin o gorących barwach i niezliczonymi obrazkami, lecz nijak nie nadążałem z oglądaniem ich; przechodząc z pokoju do pokoju, wciąż próbowałem złapać ją za tyłek, po co mnie tu przyprowadziłaś, szanuję zwyczaje wszystkich narodów, ich obrzędy itd., ale za daleko się posunęłaś, nocna ptaszyno, tak bym jej powiedział, a w każdym pokoju siedziało na dywanach, tapczanach i po prostu na podłodze pełno przebierańców, anachronicznych karnawałowych hulaków, a wszyscy oni bezustannie śpiewali, od kiedy się tu znalazłem, trwał nieprzerwanie śpiew w łamanym języku
niemieckim, coś jakby psalmy albo hymny, gramatyka nieudolna, nawet jak na moje ucho, ale melodia była dość ładna, niesamowicie fajna i wyszukana melodia, mieszanka celtyckiego i koptyjskiego z dodatkiem brazylijskiego, ormiańskiego, maghrebskiego i rumuńskiego. Dostawałem bzika od tej muzyki, próbowałem wtórować, ale od czasu do czasu ktoś ze śpiewających krytycznie zerkał na mnie, jakby chcąc powiedzieć: nie pchaj się, nie proszony, więc przestawałem...

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ 👀