Pajęczyna

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Rozdział 1

Właściwie sam nie wiem, dlaczego jest mi źle. Gdzieś w zakamarkach psychiki ciągle czegoś oczekuję, co mogłoby zmienić moje samopoczucie i przeświadczenie o celowości tego, co robiłem. Niczego szczególnego mi nie brakuje, mam wysoką emeryturę, wygodny dom, spokój, oj! Tego aż za wiele! Spotykam się z ludźmi, z którymi chcę się widzieć, unikam zaś tych, co mi nie odpowiadają. Słowem - mam spokój z powodu tego.
Niepokoi mnie jedynie, a przy tym męczy nieokreślone poczucie strachu (ale nie fizycznego) za to, co kiedyś robiłem. A za sobą prawie sześćdziesiąt pięć lat życia. Klęski, nieszczęścia małe i nieszczęścia duże, i owszem, osiągnięcia mam, jeśli ktoś może wytłumaczyć i przekonać mnie, co to jest osiągnięcie.
Czego to ja w życiu nie robiłem, i czego nie widziałem. Ale chyba każdy tak sądzi, bo ocena tego, co się przeżyło, nie zależy li tylko od tego, gdzie się było, co widziało, ile miało się kobiet, pieniędzy, domów, samochodów i Bóg wie, czego jeszcze, lecz od naszej umiejętności przeżywania. Bywa przecież, że z serii podobnych doznań, przeżyć czy wysiłków, tylko jedno zapisuje się nam w pamięci i w czasie kontemplacji przeżywamy je po wielekroć. Jakie wyobrażenie o niebezpieczeństwie wynikającym z własnych doświadczeń będzie miał ktoś, dla kogo ukąszenie osy jest bez mała kataklizmem?

A w ogóle w rozmowach z moimi tutejszymi sąsiadami Mietkiem, Stasiem i Zenkiem (co prawda trochę oddalonymi od mojego domu, stojącego na skraju wioski), uświadomiłem sobie na stare lata, że mówienie o sobie zawsze budzi podejrzenia i to niezależnie, czy mówi się dobrze, czy źle. Jest w nas niestety coś takiego (tak myślę), że im bliżej z kimś obcujemy, tym bardziej narasta niedowierzanie w nasze opowieści o sobie. Może bliskość tak upośledza ocenę wartości, zamazuje pozytywy, a irracjonalnie wyolbrzymia przywary i dlatego, gdy tak siedzę z sąsiadami przy kieliszku lub piwku, gadając o tym i owym, to często i ja, i oni mówimy, bo mówimy, a myślami jesteśmy gdzie indziej, Jak się wypije, wówczas i owszem więcej się słucha, bardziej się gada i gada...
Naszła mnie na stare lata myśl, by po sobie coś pozostawić, bo przecież do tej pory, jakby nie patrzeć - nic. Ani żony, ani potomka, jedynie cała masa bzdurnych zajęć, wiara w iluzje i ułudy społeczne. Zapisywałem tomy bzdur, które innym nawet życie zabierały.
Teraz nie ostały się w przepastnych archiwach głupoty, zaczadzenia i bezwzględności, lecz przemielono je na makulaturę, spalono skrycie, postąpiono podobnie jak z wieloma istnieniami ludzkimi w imię... Nie da się ukryć - mam wyrzuty sumienia, boli mnie moja naiwność i bezgraniczne zaufanie do ludzi i poglądów.
- "Towarzyszu Kaliński, jesteście tu nowi. Będziecie mieli do czynienia z wrogami kraju, najważniejszymi wrogami, gdyż to wrogowie polityczni. Musicie nauczyć się raz na zawsze nie wierzyć w to, co ci ludzie mówią, z czego się tłumaczą. Waszą rolą i powinnością jest wypełnianie wytycznych partii poprzez swoich przełożonych" - często przypominają mi się słowa pierwszego mojego przełożonego, gdy zacząłem pracować w UB. Oj, był to chrzest.
Nigdy już nie zapomnę pierwszej samodzielnej sprawy, którą dano mi do rozpracowania. Chodziło o młodego dwudziestopięcioletniego człowieka, na którego doniesiono, że ma rodzinę w Anglii i może być szpiegiem. Dziwny był to człowiek. Nie dość, że tak anemiczny, cherlawy i chorowity, to jeszcze wykształcony i spokojny, na dodatek znał angielski, co już było prawie dowodem przeciw niemu. Nigdy nie zapomnę tych jego brązowych oczu patrzących z szyderczym, kamiennym spokojem. Co chwila musiałem uciekać ze wzrokiem. Nic nie było w stanie wyprowadzić go z równowagi.
- Co możecie mi zrobić? Jestem niewinny. To wszystko bzdury. Nie ja tworzyłem losy swojej rodziny. Nie ja rozpętałem wojnę... Co możecie mi zrobić? Katować mnie? Pan wie, co za katusze znoszę przez moją chorobę... Niczego już się nie boję - gruźlica wybrała ze mnie cały strach!
Nie wiem, co się z nim stało. Gdzieś go wywieziono. Człowiek ma zakodowaną w sobie potrzebę pozostawienia jakiś trwałych śladów swojej bytności, gdyż to, być może, w naszej jaźni symbolizuje nieśmiertelność, której chyba większość chciałaby doświadczyć. Tylko że nawet piramidy poznikały, skąd więc wiadomo, co pozostanie, a co zniknie? Do historii przechodzą najczęściej ci, którzy na to najmniej zasługują. W końcu czy ten, który pozostawia po sobie podarte spodnie ze sflaczałym paskiem, umiera inaczej od tego, co zostawia fortuny czy królestwa?

Dzisiejszy ranek jakiś taki mglisty, smutny, nie może się skończyć. Chyba dlatego czuję się zmęczony, choć przecież dobrze spałem. Przed zaśnięciem, co prawda, jak zwykle wędrowały po głowie różne myśli i wspomnienia, ale nic takiego, co mogłoby wytrącić z równowagi. Pewnie, bywają takie wieczory i noce, że rozmyślaniom nie ma końca, a dojmujące wspomnienia obciążają umysł jak tłuste jedzenie żołądek.
W zasadzie, zdałoby się, niczego nie brakuje... Kobiety mi niepotrzebne. Dom mam. Ogród. Samochód. Pieniędzy starcza, a i przecież odłożone coś nie coś... Nawet kawa nie smakuje jak zazwyczaj, trochę kwaśna. A tak lubię rano zaparzyć kawę, zapalić papierosa i popijając, patrzeć w okno na pobliskie pagórki i góry w oddali, na te znajome kształty drzew, to ubrane i przyozdobione w liście, to bez nich, a każda taka zmiana to bezpowrotnie miniony rok mojego życia.
Jeszcze bardziej lubię wyjść na taras, gdy już ciepło na dworze, wcześnie rano siąść w wiklinowym fotelu, patrzeć i słuchać żywego świata. Lecz teraz jeszcze zimno i pada, więc siedząc wygodnie w fotelu przy oknie, patrzę to na swoje drzewa, to na wijącą się w oddali drogę, po której bezustannie, jak mrówki na szlaku po pokarm, przesuwają się niezliczone sylwetki aut. Jadą i jadą. Ciągle gdzieś, po coś, w nieustannej pogoni za czymś lub za kimś. Oj, zmieniły się czasy, zmieniły się tak jak moje drzewa. To było przecież nie tak dawno, kiedy zdawałem na prawo jazdy. Ile to lat? Chyba ze czterdzieści. Na drogach wtedy było pusto jak na polach po żniwach.
Z rzadka mijało się samochody, traktory, za to często furmanki, rowerzystów. Jazda miała swój urok, nic to, że po kocich łbach.
A gdy się zajechało "bryką" pod restaurację czy kawiarnię, panienki wręcz otwierały oczy i nie tylko. Patrzę na te moje drzewa w ogrodzie. Przybyło im grubości, wysokości, a kora stała się porysowana i popękana jak moja twarz. Nie należę do ludzi zapatrzonych w siebie, choć wstydzić się swojej twarzy nigdy nie musiałem, lecz jakoś mi trudnawo spoglądać w twarz przy goleniu, dostrzegać zmiany, których nie sposób zahamować ani naprawić.
Widocznie musi tak być, bo i po co miałby człowiek nie zmieniać się zewnętrznie, skoro zmienia się wewnątrz. Czy byłoby dobrze żyć w nieskończoność? Wątpię. Chyba, żeby była taka możliwość, że ktoś mający dość życia zgłasza to... i wtedy... Tylko do kogo miałby to zgłaszać? Musiałby o tym ktoś decydować. Bóg? Znaczyłoby to, że Bóg jest, że musi być. Przez całe moje życie Bóg nie był mi potrzebny. Ba! Były czasy, gdy uważałem, że skoro jest, musi coś uczynić, aby jednych powstrzymać, a innych uratować. Nic z tego. Nie spotkałem Go!

Oj, nie smakuje dziś kawa. Może coś sknociłem przy parzeniu? Ale i papieros też kwaśny. Starzeję się. Starzeję się, to i smak nie ten. Nie ma co, życia nie zatrzymasz, powietrza nie złapiesz, a kobiety nie zrozumiesz, jak zwykł mawiać mój ojciec. Biedak, tak marnie zginął na wojnie.
Ciekawe, czy Zenek wieczorem przyniesie ryby. Zaklinał się, że złapie i na pewno będzie smażenie. Zobaczymy. Od pewnego czasu coś mnie gna, nie mam tego wewnętrznego ukojenia co kiedyś. Porobiłem w swoim życiu prawie wszystkie porządki - no, prawie! Z domem mam spokój na całe lata. Do kobiet mnie nie ciągnie, zresztą nigdy nie byłem na nie napalony, to i teraz dobrze bez nich. Dawne dzieje: moja żona! Dobra była kobieta. Ładna, postawna, zaradna i wyrozumiała. Układało się nam życie, dopóki nie zacząłem pracować w MSW w Warszawie. Ciągłe wyjazdy. Ustawiczna nerwówka i strach oddziaływały na atmosferę domu. Często bałem się bardziej niż ci, co byli przesłuchiwani. Gdy człowiek zacznie pracować w takiej instytucji, to prędzej czy później - ja prędzej - nabiera cech i nawyków przydatnych i koniecznych w tej działalności, lecz kompletnie nie przystających do życia poza nią. W mojej pracy nie wymagało się, aby być dobrym, inteligentnym, za to wymagano wierności, oddania, lojalności.

Chyba nigdy nie pozbędę się żalu i wstydu za udział w biciu przesłuchiwanych. Chociaż były to sporadyczne przypadki i raczej markowałem bicie, gdyż nie uznaję, wręcz uciekam od przemocy, to jednak swąd pozostaje i nie wietrzeje. Bo w życiu to, co może raz przynosić chlubę, kiedy indziej daje jedynie sromotę, jeżeli wyjdzie się ze swoimi postępkami poza przyjęte obyczaje i ludzką godność. Dobrze nam było razem nie tylko na początku naszego małżeństwa, bo wtedy wszystkim jest wspaniale, a i później.
Teraz wiem, że nie powinienem był iść do pracy w Warszawie. Lecz czy w owym czasie można było odmówić? Co tu ukrywać? Poczytywałem sobie za zaszczyt to, że mnie wybrano. Na wieść o wyjeździe do Warszawy zrzekłem się bardzo ładnego domku poniemieckiego na Sępolnie, żonę zaś przeniosłem do jednopokojowego mieszkania w starym budynku. Na mój dom rzucono się jak na dużą zdobycz i nic to, że ja, członek partii, wypełniałem zalecenia, aby nie żyć wystawnie i być otwartym na kłopoty ludzi, kiedy inny członek, nie mający takich skrupułów, zabrał mój dom i zapewne przez długie lata nie mógł zrozumieć mojej naiwności lub śmiał się do rozpuku z mojej głupoty.
Lepiej już nie wracać do tych czasów i myślenia. Cholera, w rozmyślaniu o przeszłości jest coś z obnażania się: myślisz o tym, co było, deliberujesz, co mogłoby być, gdyby inaczej postąpiło się z tym i z owym, przypominasz sobie, jak było dobrze, a jak źle, po czym czujesz zażenowanie, jakby cię ktoś podsłuchał.

W naszym życiu ambicje odgrywają dużą rolę, ale kto wie, czy dobrze być ambitnym, czy też nie? Jesteś ambitny - masz często pretensje do siebie; jesteś głupawy - masz żal do wszystkich; jesteś nieszczęśliwie ambitny - przeżywasz, zmagasz się, dojrzewasz; jesteś głupawy nieszczęśliwy - winisz wszystkich i wszystko; jesteś ambitny szczęśliwy - żyjesz dwa razy. Jednakże bycie szczęśliwym głupcem i tak w mądrości nie pomoże, życie zaś przeminie na zaspokajaniu żądz i wyjaławianiu resztek mózgu.
Przypomniał mi się mój major, przełożony, który zwykł był mawiać: "Człowiek nieszczęśliwy gorszy jest od nie wykrytej miny". Nawet nie wiedział, że kiedyś, dawno temu, Kserkses za to chłostał. Moja młodość nie wyróżniała się niczym szczególnym, podobnie jak wielu moich rówieśników urodzonych przed wojną. Wychowywanemu w rodzinie pobożnej, średnio zamożnej, nie dane było mi cieszyć się urokami młodości, gdyż wojna ją zabrała i szybko nauczyła mnie bać się i uczyć przetrwania. Dzieci wojnę znoszą w dwójnasób źle, wręcz tragicznie, gdyż tak mało rozumieją, a tak dużo złego muszą znosić i oglądać. A teraz co? Społeczeństwo nie może darować tym, którzy doprowadzili do zmian ustrojowych i społecznych i przez trzy lata sprawowali władzę. Nazywam to polskim syndromem szlachetki.
Sekretarz to był ktoś! Mój naród lubi być gnębiony, upokarzany i gdy przyszedł ktoś chcący czegoś nowego, dobrego na przyszłość - budować demokraację - lecz nie miał syndromu szlachetki, został odrzucony, znieważony. Spadło na niego całe odium za przeszłość, jakie powinno spaść na tych, co dzierżyli władzę. Dobry, sprawiedliwy nie ma szans wśród tego pokolenia. Plebs, mimo wszystko chce tych, co mówią: nie ma Boga, a jednocześnie chodzą do kościoła, modlą się - wzywają imienia Bożego, gdy trwoga, i z upodobaniem bluźnią ludziom, którzy poświęcając się, przynieśli im wolność osobistą i narodową. Dziwny to naród - dziwny. Z czasem przeminie. Wymrą stare oszołomy, takie jak ja, chociaż współczesność widzę zgoła inaczej. Zmądrzeją młodzi i nikt nie będzie pamiętał o tych, co lubili bardziej batog od demokracji.
- Tak, Stasiu, tak uważam i wiem to, odgrywasz nawróconego - wtrąciłem się do tyrady Stasia. - Mnie tam obojętne, jaka partia rządzi i kto ma jakie poglądy. Robię swoje i patrzę końca swojego nosa. Kler zawsze mieszał się do polityki i czynił zawieruchę - trochę historii znam!
- Jaką historię masz na myśli? - zapytałem rozjuszonego Stasia, lecz nie zwrócił na moje pytanie uwagi i mówił dalej:
- Jak ktoś chce wierzyć i praktykować, to nikt mu w kościele w tym nie przeszkodzi... Tak było i tak jest, co nie? Ty, Rysiek, kiedyś widziałeś świat inaczej i teraz widzisz inaczej!
- Tym bardziej mogę mieć wyrobiony pogląd - odpowiedziałem i z premedytacją, chcąc Stasiowi dopiec, dodałem: - Stasiu, to, że twoje lewicowe, a właściwie komunistyczne, poglądy ani drgną, to nie mądrość oceny, lecz jej brak. Wszystko, coś mógł przyswoić, przyswoiłeś, napiłeś się jak gąbka i nie ma kto cię wycisnąć...
- E tam, gadanie, każdego polityka czy rząd ocenia się poprzez swój żołądek i interes, a mnie tam za tych niby czasów ucisku było dobrze, nawet bardzo dobrze, ot i co!
- Słuchajta, co my tak będziemy o suchym pysku? Bez jednego kieliszka. Ryba już gotowa - nie czujecie? Ot, proszę, a wódki ja nie widzę - rzekł Zenek, wchodząc z kuchni do pokoju ze skwierczącymi na patelni rybami i zapachem podrażniającym powonienie (błyski wspomnień matczynego domu). - Widzę, że wy bez gadki o polityce ani rusz. - Siadając do stołu i biorąc widelcem zarumienioną porcję szczupaka, ciągnął. - Bo z polityką to jak z kobietami... niby każdy liznął, miał przeżycia, a rzadko kto ma miłe wspomnienia i doświadczenia. Polityka powiem wam, jak kobieta, powinna być ta sama najwyżej dwa lata.
- Mądryś, Zenek, bo bab żeś nazmieniał jak ja krów. Ale jak tak przyszłoby ci siedzieć tyle lat przy jednej co ja, to ciekawym? - obruszył się Stasiu.
- Siedzisz, to twój wybór. Nikt przecie na siłę nie kazał...
Zenek to tutejszy gminny donżuan. Wysoki, postawny, choć z wydatnym brzuszkiem, łysawy, z regularnymi męskimi rysami twarzy. W młodości bardzo przystojny i rzutki mężczyzna, dobrze radzący sobie w małych interesach na pograniczu prawa. Ma dobre stosunki z miejscową policją, księdzem czy nauczycielem, ale najlepsze ze sklepowym, który często daje mu towar na kredyt. Cały czas bawił i bawi się życiem, i korzysta jak się da. Kobiety zmieniał często. Zazwyczaj na zimę do domu wprowadzała się jedna, a na wiosnę inna, i tak regularnie co roku. Dopóki nie rozpił się, bardzo dbał o swój wygląd, ubierał się modnie, jeździł jawą, bywał na wszystkich zabawach w okolicy i jak trzeba było, umiał dołożyć temu, kto wszedł mu w drogę. Wszyscy tutejsi wiedzieli,
że z kobietami nie certolił się, toteż sąsiadki nowo sprowadzoną przez Zenka zawczasu informowały, co z niego za ziółko. Lecz one i tak nie dawały wiary, póki nie sprawdziły na własnej skórze. Prawdą było też i to, że niejedna z sąsiadek wręcz marzyła, aby Zenek choć przez jedną noc zajął się nią, ale Zenek przestrzegał zasady, że ze swojej wsi żadnej mężatki - jak mawiał - nie będzie "chędożył".
Tak czy siak chłop to do wszystkiego zdolny, a przy tym zawsze pogodny i skory do żartów i pomocy sąsiadom. Nieraz patrzę na niego z zazdrością i żałuję, że taki nie umiałem być. Jego sąsiedzi musieli sobie pogrubić i wyizolować ścianę, aby nie słuchać tych wszystkich dochodzących odgłosów: raz wzywania Boga z rozkoszy, kiedy indziej z bólu czy strachu, kiedy Zenek ćwiczył ciało wybranki, ale już innym członkiem.

Jedliśmy ze smakiem w milczeniu złowione przez Zenka ryby, co chwilę oblizując palce (świeża, umiejętnie upieczona na maśle ryba ma smak nieporównywalny chyba z niczym). Zenek umiał to zrobić. Spotykam się z tymi ludźmi od pięciu lat. Niby wszystko sobie powiedzieliśmy - oczywiście to, co każdy chciał, gdyż nikt nigdy tak do końca nie wyjawia swoich tajemnic, a gdy już to zrobi, umiera za życia - ciągle jednak coś ktoś z nas opowiada nowego, nieraz już słyszanego, ale inaczej, bo bywa, że po czasie to samo wydarzenie, przeżycie ma inny wymiar, ocenę.
Ci trzej moi kompani to ludzie wiejskiej pracy. Na wsi zostali z wyboru. Każdy z nich swoje życie przechodzi inną dróżką na swoje pola: to wśród lasku, to nad rzeczką, to łąkami do skraju wsi, lecz mają jedną wspólną cechę - kochają wieś i nie mogą usiedzieć bez zajęcia.
Mietek, gospodarz na okolicę, ma chyba ze 200 ha ziemi, a przy tym dużo sprzętu i maszyn w nowocześnie prowadzonym gospodarstwie. Stasiu oprócz uprawy kilkunastu hektarów ziemi prowadzi zakład ślusarsko-dekarski i całymi dniami goni za robotą. Zenek zaś, wiadomo, jego zajęcie to - oprócz wspomnianych już wcześniej upodobań - ciągłe kombinowanie i łapanie dziwnych interesów i zajęć, aby zarobić trochę pieniędzy na utrzymanie i wódkę. Lubi wypić, ma jednak przy tym mocną głowę i zdrową wątrobę, więc i wódka, przynajmniej jak dotąd, nie robi w nim spustoszenia.

Zastanawiam się niekiedy, czy i oni mają podobne rozterki jak ja, czy ich życie wypełniają oczekiwania na coś nowego, niezwykłego, czy nie czują niedosytu z tego, co robią lub osiągnęli. Myślę jednak: że mają mało czasu i ochoty na tego rodzaju rozmyślania. Życie na wsi, choć romantyczne, nie znosi romantyzmu, jest ostre i oschłe, bo każdy swoje problemy musi rozwiązywaĆ sam.
Myślę też, że nieróbstwo, nadmiar wolnego czasu, brak obowiązkÓw sprzyjają powstawaniu i narastaniu złych nastrojów, niezadowolenia i ciągłego powątpiewania. Coś we mnie siedzi dziwnego, co przewraca w mojej świadomości schematy i układy, oplata niewidzialną siecią pajęczą i często po omacku, inaczej niż pająk, próbuje rozplątywać lub szukać drogi.
- A ja wam powiem - doszedł mnie po chwilowej zadumie głośny i niski głos Staszka - zanim zaczniesz oczekiwać tego, co by się chciało, to już ci życie przynosi nowe utrapienie. Żyję sześćdziesiąt lat, wiem swoje: zbyt wiele oczekiwać, to jak za wiele jadać - zgaga i niestrawność... Nikt z nami w młodości się nie certolił. Rodzice często dobywali pasa, gonili do nauki I roboty, gdyż dobrze wiedzieli, że tylko przez naukę i pracę można do czegoś dojść. To, żem kształcił się, a osiadłem na wsi, też ma swoją wymowę i wytłumaczenie. Co tam gadać - były Inne czasy - ciężkie, ale zdrowe, a teraz co się dzieje? Bo to nie widzę, co dzisiejsza młodzież wyprawia i o co jej chodzi? Nierobstwo. Wygoda. Forsa. Forsa za wszelką cenę! Brak ideałów i wzorców, brak wiary i coraz gorsi rodzice.
- Święte słowa mówisz, Stasiu. Do roboty trudno kogo skusić. Nie ma chętnych do pracy w gospodarstwie, choć pod sklepem przy piwie pełno ich - wyrzekł z wyrzutem w głosie Mietek.
- Wiecie, kupiłem komputer synowi. Dobrze uczy się, dobry chłopak. Zainstalował sobie ten Internet. Nawet nie wiedziałem, że można. No i kiedyś teraz woła mnie, abym zobaczył, co tam takiego. O Chryste! Mówię wam to obraza wszystkich i wszystkiego, to po prostu kloaka różnych zboczeńców, dewiantów umysłowych. Nie, nie... nikt mnie nie przekona, że jeśli świat będzie podążać taką drogą, to nie stoczy się do przepaści - tłumaczył z przejęciem Stasiu. - Dziwne, jak łatwo znajduje się wynalazki i udogodnienia dla wszelkiej maści zboczeń, a jak trudno wynaleźć coś dla dobra człowieka. Wszystko to są wymysły ku uciesze garstki, a nieszczęściu reszty.
- E tam! Zawsze tak się gada. Bo to za naszej młodości nie oburzano się na n as i nasze postępki? Widocznie tak już musi być na tym Bożym świecie.
- Powiem ci, Stasiu - tłumaczył Mietek, podpierając dużą głowę na dłoni - że każde starsze pokolenie nie rozumie, no może nie umie zrozumieć młodszego, a dajmy na to teraz, gdy taka technika i możliwości, to już za nic porozumieć się...
Mietek to duże flegmatyczne chłopisko przyjazne wszystkim, zachowujący się zawsze układnie i grzecznie i choć wymaga od swych pracowników, to jednak nic mają o to pretensji, wręcz go szanują. Ma w sobie coś takiego, co nie pozwala złościć się na niego, a on sam dba, aby nie dawać ku temu powodów. Kiedy tutaj osiadłem i zacząłem robić remont w kupionym domu, on pierwszy przyszedł do mnie, przedstawił się i zadeklarował pomoc w transporcie i robotach.
Nie znając mnie, powtarzał, że cieszy się z osadnictwa nowego mieszkańca we wsi, że mogę liczyć na jego pomoc. Mietek to człowiek niebywale oczytany, interesujący się światem, znający się na roli i wyczuwający jak mało kto realia ekonomiczne. Wzbudził we mnie podziw, gdy udanie zaczął grać na giełdzie i w porę wycofał pieniądze, przepowiadając rychły spadek akcji.
Nie wiem, ile w tym było jego mądrości i rzeczowości, a ile intuicji gracza, niemniej faktem jest, że dzięki tym pieniądzom kupił dwa kombajny i dwa ciągniki. Jego duża, łysa głowa robi wrażenie, na dodatek i skrzypce niebieskie oczy zawsze promienieją radością i życzliwością. Należy do ludzi (co dziwne), o których mało mówi się, nawet się nie dostrzega na co dzień, lecz gdyby ich zabrakło, wszyscy by to zauważyli. Jak zazwyczaj, tak i dzisiaj na naszych spotkaniach dużo było gadaniny o wszystkim i o niczym.
Sporo wypiliśmy gorzałki, nie tyle jednak, by upić się, chociaż Zenek dawał oznaki, że ma dosyć. Każdy z nas (tego jestem pewien) traktował nasze spotkania u mnie jako potwierdzenie wzajemnej więzi. Byli szczęśliwi, że żadna baba czy dziecko nie kręci się ani nie zawraca głowy. Przed rozejściem się Stasiu zapytał mnie, patrząc przenikliwie w oczy, czy znowu mnie coś będzie gnało, gdyż widział jak sprzątałem w samochodzie - a to znak na rychły wyjazd.
Uśmiechnąłem się, ukrywając zaskoczenie, i powiedziałem, że owszem, mam sprawy do załatwienia.
- Jakie tam sprawy - zaprzeczył. - Gdzieś cię gna co jakiś czas, Jakby cos me dawało Ci spokoju. Tak sobie myślę - powiedział przekonany o swojej racji.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
NIE WYCHODŹ JESZCZE! MAMY COŚ SPECJALNIE DLA CIEBIE 🎯