Oswoić los
ROZDZIAŁ 1 ###KUP JEDNO – DRUGIE GRATIS
Logika przemawiająca za powiększeniem rodziny jest prosta. Trzyosobowa rodzina, składająca się z męża, pięcioletniego Marcina i mnie, nie jest już dla nas wystarczająco duża. Choć jestem jedynaczką, przyzwyczajona byłam do żywych kontaktów rodzinnych, których brakuje w moim życiu w Wielkiej Brytanii, dokąd uciekłam ze smutnej komunistycznej rzeczywistości ponad piętnaście lat temu.
Mój mąż Louis jest londyńczykiem, a jego młodszy brat i rodzice mieszkają od nas godzinę drogi samochodem. Stosunki z teściami z różnych powodów nie są najcieplejsze i mimo prób ucywilizowania wzajemnych kontaktów często wzbierające emocje nie pozwalają na czułość i serdeczność. Przyjeżdżają do nas co tydzień na sute obiadki rodzinne, a my wpadamy do nich od czasu do czasu na suchą bułeczkę z zieloną sałatą, zwaną dumnie lunchem.
Moja Mama mieszka w Warszawie, skąd przyjeżdża do nas co roku na dłużej lub krócej w zależności od kaprysu urzędnika kontroli paszportów. Tradycyjnym zwyczajem szalejącej z miłości polskiej babci rozpieszcza jedynego i ukochanego wnuka. My zaś zaczęliśmy jeździć na wakacje do Polski nie tylko dlatego, że poprawiła się sytuacja polityczna, ale także ze względu na bliskość i ciepło panujących tu stosunków rodzinnych. Mały Marcin jest zachwycony liczbą cioć i wujków zasypujących go komplementami, całusami i śliwkami w czekoladzie, za które wskoczyłby do samego piekła. Jeszcze długo po powrocie wspomina zastępy prawdziwych i przyszywanych krewniaków, pytając, dlaczego nie mogą mieszkać z nami w Anglii.
Marcin jest słodkim chłopczykiem o czarnej, bujnej czuprynce i niebieskich oczach, a jego rzęsy jak firanki stają się obiektem komplementów znajomych przewidujących przyszłe sukcesy małego Don Juana. Aby poświęcić się roli matki, rzuciłam pracę dziennikarską w jednym z największych angielskich wydawnictw Penguin Books, choć planowałam do niej powrócić, gdy Marcin skończy trzy lata. Miałam nadzieję, że wtedy będzie łatwiej mu przeżyć rozłąkę ze mną, a może to ja potrzebowałam czasu, aby odciąć pępowinę od mojego siódmego cudu świata, za który, jak każda rasowa matka, uważam swoje dziecko.
Decyzja porzucenia pracy przychodzi dość łatwo, zważywszy, jak ubogi jest wachlarz usług związanych z opieką nad dziećmi w Wielkiej Brytanii. Całodzienne żłobki i przedszkola prowadzone są tylko prywatnie, a astronomiczne ceny przekraczają możliwości przeciętnego śmiertelnika, chyba że zarobki obojga rodziców zajmują wysoką pozycję w tabeli tutejszych dochodów.
To samo dotyczy usług oferowanych przez wysoko wykwalifikowane angielskie niańki, które mieszkając przy rodzinie, zagwarantowane muszą mieć nie tylko własne pomieszczenie (obowiązkowo z łazienką, sypialnią i salonikiem), ale także samochód, ubezpieczenie i płatne wakacje. Skromniejsze wymagania ma tak zwana au-pair, będąca zwykle młodą, niezamężną dziewczyną (zgodnie z angielskimi przepisami, w wieku od osiemnastu do dwudziestu sześciu lat) pochodzenia cudzoziemskiego, której głównym celem pobytu jest nauka języka, na co musi pozwalać jej dzienny harmonogram.
Osoba taka mieszkająca przy rodzinie ma zagwarantowany oddzielny pokój (już bez łazienki i samochodu), a na jej obowiązki składają się lekkie prace domowe i pomoc przy dzieciach. Au-pair, która, oprócz tygodniowych zarobków na czysto, pozostaje na całkowitym utrzymaniu pracodawców, traktowana jest jak członek rodziny i bierze udział w uroczystościach familijnych. Alternatywą au-pair jest przedszkole domowe, w którym opiekunka zajmuje się podopiecznymi zostawianymi u niej na czas nieobecności pracujących rodziców.
Po odbyciu kursu pedagogiki i pierwszej pomocy oraz potwierdzeniu przez policję niekaralności, osoba ta zwykle opiekuje się grupą do sześciorga dzieci naraz. Dla pociech od trzeciego roku życia oferowane są codzienne dwugodzinne zajęcia w przedszkolach prywatnych. Instytucja „babci” w Anglii prawie nie istnieje ze względu na luźniejsze stosunki rodzinne niż w Polsce. Dorosłe dzieci, mieszkające zazwyczaj osobno i daleko, muszą polegać na własnych umiejętnościach organizacyjnych, a pomoc angielskiej babci, nawet gdy blisko mieszka, ogranicza się do pilnowania wnuków w wyjątkowych sytuacjach. Rezygnując chwilowo z życia zawodowego, czas swój wypełniam obowiązkami macierzyńskimi i zajęciami domowymi, z których buduję nowy i satysfakcjonujący rozdział życia.
Oprócz studiów polonistycznych w Warszawie ukończyłam średnią szkołę muzyczną w klasie fortepianu i do tej pory nie wykorzystywałam tych umiejętności. Teraz, mając więcej czasu i nową zachętę, często ćwiczę, grając synkowi, który jest wdzięcznym i bezkrytycznym odbiorcą wymyślnych wprawek i pasaży. Muzyczna dieta Marcina oprócz dziecięcych piosenek składa się z Bacha, Mozarta i Chopina, na których muzykę dziecko moje reaguje z wrażliwością i zrozumieniem dorosłego melomana. Któregoś dnia, słuchając jakiegoś koncertu skrzypcowego, mój pięcioletni miłośnik sztuk stwierdza, że piękno muzyki boli go aż w brzuszku i swędzi na całym ciele.
Louis jest z zawodu ekonomistą i pracuje w banku kupieckim jako informatyk. Pomimo częstych i długich wyjazdów służbowych za granicę, starał się uczestniczyć w wychowaniu Marcina, zmieniając pieluchy i karmiąc go jak przystało na prawdziwego mężczyznę w nowoczesnym stylu. Nasz pierworodny jest lustrzanym odbiciem swego ojca i kiedy widzę dwie ciemne głowy pochylone nad książeczką z bajkami, ogarnia mnie fala wzruszenia. Po raz nie wiadomo który olśniewa mnie cud, za jaki uważam istnienie syna w wiernym odzwierciedleniu genetycznych cech nas dwojga. Marcin po mnie odziedziczył spontaniczną radość i muzykalność, a po mężu nieśmiałość i pełne powagi zamyślenia.
Mój przystojny mąż, według mnie doskonały zewnętrznie, charakteryzuje się niezwykłą harmonią wewnętrzną – wszystko ma porządnie i sensownie poukładane. Od pierwszego spotkania jego logiczne pojmowanie świata i umiejętność analizowania najtrudniejszych spraw, aby stały się jasne i proste, jest dla mnie nieustannym źródłem podziwu i afrodyzjakiem. Louis nigdy się nie denerwuje, a będąc urodzonym mediatorem, ma dla każdego uprzejme słowo i usprawiedliwienie dla popełnionych grzechów.
Potencjalnych przeciwników zjednuje sobie niewzruszonym spokojem zachowywanym w ferworze dyskusji i czarującą nieśmiałością małego chłopca, którego chciałoby się objąć i przytulić. Wszystkie te cechy charakterologiczne pozostają w ostrym kontraście z moją osobowością łatwo podniecającej się entuzjastki, głośno i chaotycznie głoszącej poglądy bez względu na zasady obowiązujące w dyplomacji. W Anglii wśród znajomych krąży o mnie opinia, że mam typowy słowiański temperament i łatwo ulegam emocjom. Nie wiem, ile jest prawdy w tych stwierdzeniach, choć czuję, że nie są całkowicie pozbawione racji, zwłaszcza na tle chłodnego pejzażu emocjonalnego, charakterystycznego dla tego kraju.
Nasze osobowości nie mogłyby być bardziej różne, ale zawsze dochodzimy do tych samych konkluzji, mimo odmiennych dróg, które do nich prowadzą. Po pięciu latach małżeństwa Louis wciąż przynosi kwiaty, zostawiając słodkie karteczki pod poduszką czy na lodówce, a ja, czupurna sufrażystka i kobieta wolna od ulegania konwencjom, z wdzięcznością przyjmuję i odwzajemniam te proste dowody miłości.
Kiedy mieszkaliśmy w śródmieściu Londynu, nasze sąsiedzkie kontakty ograniczone były przez brak czasu i pracę zawodową, a także przez fakt, że nasze dwupoziomowe mieszkanie przy arterii przelotowej znajdowało się w znacznej odległości od osiedla domków jednorodzinnych. Wieczorem, kiedy po zamknięciu sklepów pustoszała ulica, jedynym centrum życia towarzyskiego stawał się zapluty pub na rogu, do którego nigdy nie zaglądaliśmy. Nie miałam jeszcze wtedy prawa jazdy i dlatego, po przejściu na urlop macierzyński, ze względu na duże odległości moje kontakty towarzyskie ograniczały się do spotkań z matkami innych dzieci, organizowanych w pomieszczeniach socjalnych pobliskiego parku.
Znajomości te nigdy nie prowadziły do żadnych przyjaźni nie tylko ze względu na duże zróżnicowanie społeczne spotykanych kobiet, ale także z powodu angielskiej wstrzemięźliwości niepozwalającej na łatwe przenoszenie znajomości na prywatny grunt. Kwarantanna, przez którą przechodzi obcy, zanim zaproszony zostanie na łono angielskiej rodziny, jest tak długa jak izolacja chorego na czarną ospę i nie sprzyja budowaniu atmosfery entuzjazmu i przyjaźni. Pozbawiona kontaktów towarzyskich, nie użalałam się nad sobą, ponieważ wychowanie dziecka i obowiązki domowe wypełniały mi czas bez reszty, a potrzeby kulturalne zaspokajałam lekturą i wspólnymi wypadami z Louim na koncerty czy do teatru.
Szczyt naszego życia rozrywkowego przypadał głównie podczas pobytu mojej Mamy zajmującej się Marcinem pod naszą nieobecność. Wynajętej jedyny raz przez agencję opiekunki nie dobudziłyby salwy armatnie, nie mówiąc o płaczu dziecka, który usłyszeliśmy, wracając z teatru. Teściowie odmowę wszelkich usług uzasadniali słabym zdrowiem. Nasza grupka znajomych jest mała i składa się głównie z Polaków, Irlandczyków i cudzoziemców mieszkających na stałe w Londynie.
Louis, z naturą samotnika, nie potrzebuje kontaktów towarzyskich, których wystarczającym spełnieniem są rzadkie spotkania przy piwie z jedynym kolegą ze studiów. Natomiast moja ekstrawertyczna natura sprawia, że łaknę kontaktów z ludźmi, szybko buduję więź z tymi, którzy tak jak ja otwarci są na przyjacielskie związki. Najbliżsi naszemu sercu są Jan i Maria, byli działacze solidarnościowi, których „złapała” w Anglii „wojna jaruzelska”. Pomimo że nie mamy wielu wspólnych zainteresowań, to ich serdeczność i gotowość niesienia pomocy dają nam złudzenie, że posiadamy rodzinę, i do nich niesiemy nasze smutki i radości.
Wspólnie podejmujemy decyzje o posiadaniu potomstwa i wkrótce, po „wytężonej” pracy i w odstępie pięciu miesięcy, rodzą nam się synowie. Louis staje się ich przewodnikiem życia w Anglii i administratorem spraw urzędowych, a Jan, „złota rączka”, odwzajemnia się naprawami urządzeń elektrycznych i pomp hydraulicznych. To dzięki namowom i perswazji Jana i Marii kupujemy dom w południowej części Londynu, koło sławnych kortów tenisowych Wimbledon, i tam przeprowadzamy się z trzyletnim Marcinem. Teraz możemy spotykać się już prawie codziennie i fizyczna bliskość naszych przyjaciół staje się dla mnie uczuciową przystanią wśród emocjonalnego chłodu wyspiarzy.
Nasz segment składa się z trzech maleńkich sypialni na górze i dwóch równie małych saloników na parterze, ale nam zupełnie wystarcza. Tak jak każdy przeciętny mieszkaniec Wysp Brytyjskich, otrzymaliśmy standardową pożyczkę z banku rozłożoną na dwadzieścia pięć lat, po upływie których dotychczasowy akt dzierżawy zastąpiony zostanie aktem własności. Na razie cieszymy się wszystkim, a ja najbardziej ogródkiem, w którym mały Marcin może się bezpiecznie bawić bez konieczności wychodzenia na spacery do zasmrodzonego centrum miasta. Przed wejściem do domu, na paru piędziach ziemi sadzę z sentymentalnej potrzeby białe i czerwone róże, natomiast na stu metrach kwadratowych za domem po raz pierwszy w życiu zajmuję się ogrodnictwem, wkopując cebulki tulipanów i obsadzając grządki kwiatami wyhodowanymi we własnej szklarni. Pierwsze lato przynosi tak bujne plony, że sąsiedzi zgłaszają mnie do współuczestnictwa w lokalnym konkursie ogrodniczym. Wprawdzie nie wygrywam i nie mam przyjemności goszczenia Królowej Matki, która
wraz z dworską świtą pojawia się u zwycięskiego sąsiada mieszkającego naprzeciwko, ale ziarno entuzjazmu ogródkowicza zostaje głęboko zasadzone, trafiając na żyzną glebę.
Pomyśleć tylko – ja, która niegdyś zabijałam rośliny spojrzeniem.
Podmiejskie życie w Londynie upływa nam w wygodzie i spokoju. Remontujemy i odnawiamy domek, w czym pomagają aktywnie Jan i Maria, oferując cenne, praktyczne rady. Marcin chodzi z ich synem Sebastiankiem do miejscowego przedszkola na codzienne dwugodzinne zajęcia. Ja zabijam samotność w czasie nieobecności Louiego, nie tylko celebrując funkcje gospodyni domowej, ale nadrabiając zaległości w grze na fortepianie.
Naszej sąsiadce Karen zajmuje ponad dwa miesiące, aby zorientować się, że muzyka płynąca z naszych okien nie jest nagraniem, i oferuje mi etat akompaniatorki we własnej szkole baletowej. Na lekcje mogę zabierać Marcina, który siedzi spokojnie, bacznie obserwując kręcące się w piruetach tiulowe spódniczki. Praca ta jest idealnym połączeniem przyjemności z podreperowaniem nadwątlonych finansów. W szkole Karen zaprzyjaźniam się z Ann, jedną z akompaniatorek, i wspólnie zaczynamy prowadzać synów na poranki muzyczne do filharmonii. Spotykamy się często całymi rodzinami i zawiązuje się między nami ostrożna angielska przyjaźń, która owocuje wspólnym projektem muzycznego kursu dla przedszkolaków. Już wkrótce, po wynajęciu sal w pomieszczeniach biurowych i kampanii reklamowej przeprowadzonej w lokalnej prasie, mamy komplet uczniów i ruszamy pełną parą, prowadząc zajęcia dwa razy w tygodniu. Rzeczowa i logiczna Ann czuwa nad administracją i programem zajęć, ja zaś gram i uczę śpiewać tubylcze dzieci ich rodzimych
piosenek, zajmując się nimi wedle zasad pedagogiki wpojonych mi na polonistyce Uniwersytetu Warszawskiego.
Moje nowiutkie, o ślicznym dźwięku pianino, kupione na raty za zyski z uprawiania profesji muzycznej, wysyła słodkie dźwięki na ulicę, zwabiając ambitnych rodziców proszących o udzielanie prywatnych lekcji muzyki latoroślom. Nagle okazuje się, że mam ręce pełne roboty i podejmuję decyzję niepowracania do pracy wydawniczej, bo moja największa miłość – Pani Muzyka – zaczyna przynosić realne dochody, dostarczając nigdy dotąd niedoświadczonej przeze mnie satysfakcji zawodowej.
Kiedy w wieku pięciu lat Marcin zaczyna tutejszym zwyczajem „zerówkę”, a w jego szkole zwalnia się półetatowa posada nauczyciela muzyki, obejmuję ją po przejściu przez sito konkursu. Od początku września maszerujemy więc razem do tej samej szkoły, choć w różnych celach. Mój harmonogram, mimo że pełen zajęć akompaniatorskich, kursów muzycznych, prywatnych lekcji i zajęć w podstawówce jest tak ułożony, aby został czas dla Marcina i na życie rodzinne.
A życie nasze toczy się wprost wspaniale. Mamy coraz większą grupę przyjaciół, rozszerzoną teraz o grono znajomych z sobotniej szkoły polskiej, do której uczęszcza nasz syn i którego dobra polszczyzna wszystkich zadziwia. Nie jest to rezultat wrodzonych zdolności językowych, ale efekt konsekwentnej pracy i polskich rozmów na co dzień. W tym też celu zapraszam wszystkie znane mi Polki z dziećmi na regularnie odbywające się herbatki i wspólne zabawy dziecięce. Marcin rozmawia z ojcem tylko po angielsku, a ze mną wyłącznie po polsku, stając się od urodzenia dwujęzyczną hybrydą.
Marcinek jest w dalszym ciągu bardzo nieśmiałym dzieckiem, które niechętnie bierze udział w zabawach rówieśników i trochę ten introwertyzm mnie niepokoi. Pomimo że zapraszam do domu hordy dzieci, Marcin najchętniej bawi się sam, ożywiając się tylko wtedy, gdy ma w perspektywie spotkanie z Sebastiankiem, którego nazywa bratem. Zaczyna mi świtać w głowie pewien pomysł i podpytujemy syna, czy chciałby mieć rodzeństwo. Rozpromieniona buźka malucha stanowi pozytywną odpowiedź i choć nie wiadomo, czy takie rozwiązanie uczyni Marcina bardziej otwartym, wiemy, że byłoby dobrze, gdyby jego tęsknoty za posiadaniem większej rodziny stały się faktem. Szczególnie, że kuzyni zarówno z polskiej, jak i angielskiej strony rozsiani są po świecie.
Z wigorem zabieramy się z Louim „do roboty”, organizując Wielkie Ciała Oczyszczenie polegające na rzuceniu przeze mnie palenia i zastąpieniu tygodniowych racji wina zdrowym, lecz nudnym substytutem alkoholu – wodą mineralną. Kiedy w teście ciążowym ukazuje się niebieska linia, wzajemnie sobie gratulujemy i przystępujemy do malowania pokoju dziecinnego. Pięcioletni Marcin domaga się zakupu piłki dla brata i nikt mu nie może przetłumaczyć, że siostra byłaby równie dobrym rozwiązaniem, zwłaszcza że naszym ukrywanym pragnieniem byłoby pojawienie się malutkiej i słodkiej córeczki z kokardkami. Pewna znajoma, wiedząc o tych marzeniach, podarowuje mi niemowlęcą sukieneczkę po swojej córce, który to talizman ukryty pod poduszką dostarcza mi radosnych snów i błogich marzeń o przyszłości.
Nasz perfekcyjny plan kontrolowania wszystkiego bierze w łeb, gdy w ósmym tygodniu ciąży podczas oglądania wieczornych wiadomości telewizyjnych z przerażeniem odkrywam na jasnych ogrodniczkach powiększającą się szybko plamę krwi. Ogarnia nas panika i zdenerwowany Louis wzywa lekarza, który po pobieżnych badaniach decyduje się wezwać karetkę. Louis jedzie ze mną, a moja dobra Mama, która właśnie przyjechała z Polski, zostaje z Marcinkiem. Po jakimś czasie krwotok powoli ustaje, ale badający mnie lekarze kręcą głowami, uważając, że nastąpiło poronienie. Tylko jeden z nich, grecki stażysta, ma co do tego wątpliwości.
Jest niedziela, późno wieczorem. Jutro rano będę miała USG a potem czyszczenie. Louis pojechał do domu, a ja leżę na oddziale i opłakuję odejście mojej wyśnionej córeczki tak długo, dopóki starcza mi łez.
Raniutko budzi mnie pielęgniarka, bo jestem pierwsza w kolejce na badania. Po przepłakanej nocy jestem pogodzona z losem i rozpoczynając dzień, zmuszam się do pozytywnego myślenia. Radiografka rozsmarowuje żelową galaretę na brzuchu i jeździ po nim głowicą, rysując alpejskie zakręty, a kiedy zaczynam się denerwować długością manewrów, prosi o cierpliwość. Odchodzi na bok i telefonuje do kogoś, prosząc o szybkie przyjście. Za chwilę zjawia się kobieta w białym kitlu i teraz już obydwie używają sobie co niemiara, ładując dodatkowe ilości żelu, tak że wkrótce obrzydliwa maź ścieka po biodrach pod kręgosłup. „Gratuluję”, mówi kobieta w kitlu. „Jestem lekarzem i z przyjemnością mogę pani oznajmić, że nie tylko utrzymała pani ciążę, ale spodziewa się pani bliźniaków”.
Pomimo że jestem w pozycji leżącej, zaczyna mi się kręcić w głowie, i choć chciałabym o coś zapytać, pogubiłam wszystkie angielskie słowa. Lekarka pyta o bliźniacze ciąże w rodzinie, ale utrzymująca się pustka w głowie nie pozwala na żadne odpowiedzi. Po chwilowym stanie odrętwienia cieszę się, gdy słyszę własne słowa: „Tak, rodzina mego ojca znana jest z produkcji bliźniaków, które rodziły się bez wyjątku w każdym pokoleniu”.
„No, widzi pani – to wprost plaga rodzinna”, śmieje się lekarka.
Nie wiem, czy plaga jest właściwym określeniem, ale trudno jest znaleźć w sobie uczucie natychmiastowej akceptacji. Biedny mózg wykręca piruety, przechodząc od żałoby do radości z istnienia nowego życia. Wkrótce jednak czarna chmura zaczyna cofać się i nowy obraz przepełniony tkliwością wyłania się z chaosu pogmatwanych myśli.
Po śniadaniu zjawia się Louis z Marcinem i Mama. Zanim zdążą cokolwiek powiedzieć, każę im usiąść, aby wysłuchali komunikatu, który za chwilę ogłoszę. Nabieram głęboko powietrza i wyrzucam z siebie wszystkie wiadomości, po czym zapada kompletna cisza. Louis bierze się za głowę, ale kiedy wreszcie odsłania twarz, ma minę urwisa, który podpowiada mu słowa: „O Boże, nie wiedziałem, że jestem takim ogierem”. Marcinek skacze po pokoju, wykrzykując, że będzie miał nie jednego, ale dwóch braci do gry w piłkę nożną, a Mama mocnym głosem obiecuje swoją i boską pomoc. Kiedy młody lekarz-Zorba odwiedza nas z triumfalnym wyrazem twarzy i zwycięskim „A nie mówiłem”, wysyłam go do wszystkich diabłów, bo trzeba nam teraz nie lekarza, ale kierownika banku. Na obchodzie lekarskim pytamy ordynatora o przyczynę krwotoku, ale ten, wzruszywszy ramionami, wyjaśnia z typową dla wiedzy medycznej precyzją, że to jedna z „tych” rzeczy. Mam się niczym nie przejmować i żyć normalnie. Dodatkowych badań robić nie trzeba.
Tak jak poprzednia, tak i ta ciąża najeżona jest problemami – wysokim ciśnieniem, zatrzymaniem wody w organizmie i podrażnieniem nerwu nadgarstkowego, co powoduje zanik czucia w palcach i potworne bóle przegubów u rąk. Ze względu na mój „podeszły” wiek w czwartym miesiącu mam amniopunkcję, która Bogu dzięki jest w porządku. Jestem jedną z kobiet, dla których ciąża, to choroba, a nie naturalny stan biologiczny. Wyglądam, jakby mnie ktoś nadmuchał, mam kłopoty z oddychaniem i w pięciomiesięcznej ciąży z trudem mieszczę się za kierownicą. Za kierownicą, bo uczę się jeździć samochodem – skóra mi cierpnie na myśl, że będę przemieszczała się z dwójką berbeci i Marcinem transportem publicznym, pokonując typowe dla Londynu duże odległości.
Po oblaniu dwóch testów podchodzę do trzeciego, obiecując sobie nie wjeżdżać na trotuar w ramach uprzejmości czynionych pędzącej policji i nie mylić kierunków, jak to zdarzyło się na poprzednich egzaminach. Kiedy po części praktycznej i teorii znaków drogowych inspektor recytuje formułkę wydania mi w imieniu Królowej prawa jazdy – ogarnia mnie taka fala wymiotów, że zanieczyszczam całe wnętrze samochodu na oczach przerażonego egzaminatora, który jak oparzony wyskakuje z pojazdu.
Wielokrotnie pytam położnika o powód powikłań ciążowych, podejrzewając, że powoduje je jedyny istniejący między mną a Louim konflikt – serologiczny. Uspokaja mnie, że komplikacje wiążą się ze specyfiką mojego organizmu, na co medycyna nie ma wpływu. Kilkakrotnie leżę w szpitalu z powodu wysokiego ciśnienia krwi i niepokojących wyników badania moczu, ale moje obawy i podejrzenia o gestozę zbywane są zdawkowymi, nieprzekonującymi wyjaśnieniami i pocieszaniem.
Nie wiemy, jakiej płci są bliźniaki, ponieważ szpital hołduje zasadzie nieinformowania rodziców ze względu na wysoki wskaźnik aborcji płodów żeńskich wśród… hinduskiej mniejszości narodowej. Nie pomagają tłumaczenia, że moje blond włosy i niebieskie oczy nie mieszczą się w rasowej charakterystyce Azjatów – możemy jedynie zrobić prywatnie USG za diabelne pieniądze, na których wydanie nas nie stać szczególnie w obliczu czekających obciążeń finansowych. W dalszym ciągu pracuję, ale z coraz większym trudem poruszam się, nawet samochodem, i pod koniec siódmego miesiąca ciąży przerywam pracę. Po raz ostatni jadę na zajęcia, które prowadzę z Ann, żegnam się z przychodzącymi do domu uczniami, a także ze szkołą baletową i podstawową. Od tej pory Louis znowu stanie się jedynym myśliwym w naszej rodzinie.
Wielka jak szafa gdańska, ze spuchniętymi rękoma i twarzą, przygotowuję dom na przyjście bliźniaków, ulegając wkrótce zjawisku podwójnego widzenia, bo wszystkiego jest po dwie sztuki. Wertuję wielki słownik imion, przygotowując liczne możliwości, podporządkowane różnym wariantom płci potomstwa. Marcin zastrzegł już sobie imię Sebastian dla uczczenia swego małego przyjaciela. Dwie kołyski ustawione koło siebie w saloniku na dole napawają nas dumą i strachem. Jak damy sobie radę?
Wśród zmienności uczuć jedynie sześcioletni Marcin wyraża czystą radość, oczekując na pojawienie się braci, urodzonych najchętniej w koszulkach ulubionej drużyny piłkarskiej i gotowych do strzelania bramek. Pomimo spuchniętych rąk, gram i śpiewam piosenkę o małym psotniku, który wsypuje sól do cukiernicy, zamyka dziadka w toalecie i wymazuje buty matki dżemem truskawkowym. Piosenka ma tytuł „Mój brat” i oboje z Marcinem ubóstwiamy wizerunek małego urwisa, który – lub którzy – wkrótce nam się narodzi.
Cesarskie cięcie zaplanowano na dwudziestego siódmego listopada tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego roku, trzy tygodnie przed terminem, ze względu na wysokie ciśnienie i nieprawidłowe ułożenie płodów. Zamiast narkozy proszę o znieczulenie miejscowe, w czasie którego będę przytomna i w pełni świadoma wyjątkowości tej chwili. Mój położnik, czarujący Francuz i miłośnik muzyki klasycznej, doradza mi przyniesienie dobrych nagrań i walkmana, aby „zabić czas” w trakcie porodu, a Louis dostaje pozwolenie na robienie fotografii. Kiedy personel medyczny przygotowuje mnie do znieczulenia, pokazuję położnikowi kasety, z których wyławia taśmę z uwielbianym przez wszystkich Pavarottim. Pielęgniarka przynosi wieżę stereofoniczną, abyśmy wszyscy mogli dobrze słyszeć sławnego Maestro. Moje podbrzusze zasłania zielony parawan, zza którego, przy dźwiękach arii z „Traviaty”, lekarz wkrótce unosi wrzeszczącego bobasa.
„Penis pozytywny” obwieszcza z triumfem a my z Louim wiwatujemy na cześć małego urwisa z Marcinowej piosenki.
„Witaj, Sebastianie”, mówię, przytulając zawiniątko.
Za parę minut zza zielonego parawanu wyłania się kolejny bobas i odbywa się prezentacja bliźniaka numer dwa.
„Penis negatywny”, słyszę i potrzeba mi paru sekund, abym uprzytomniła sobie, że urodziła się nam upragniona córeczka. Louis wpada w dziką ekstazę i tańczy fokstrota dookoła stołu operacyjnego, wykrzykując „Córka, córka”, a zespół medyczny stawia diagnozę tymczasowego postradania zmysłów. Gdybym mogła uwolnić się od rurek i ssawek przytrzymujących na twardym stole, chętnie rzuciłabym się w objęcia męża, aby wspólnie wykonać taniec plemienny zwycięzców.
„Kochana Moniczko”, szepczę i ryczę z radości.