Ostatnie lato
Alice czekała na przystani. Paul zostawił na automatycznej sekretarce wiadomość, że przypływa popołudniowym promem. To do niego podobne. Nie mógł powiedzieć wprost, że będzie o 1:20 albo o 3:55. Długo przyglądała się rozkładowi rejsów, próbując odgadnąć, o który mu chodziło.
Trochę na siebie zła wyszła na pierwszy prom o 1:20, choć wiedziała, że go na nim nie będzie. Nieobecnym wzrokiem przesuwała po twarzach wysiadających, wmawiając sobie, że wcale się go nie spodziewa. Siedziała na najdalszej ławce, trzymając na niej bose stopy i książkę na kolanach, żeby nie musieć z nikim rozmawiać. Wiem, że cię nie będzie, więc nie sądź, że się łudzę, oświadczyła Paulowi, który mieszkał w jej głowie. Nawet tam, niby pod jej kontrolą, droczył się z nią i jak zwykle był nieprzewidywalny.
Na prom o 3:55 posmarowała usta wazeliną i wyszczotkowała włosy. Następny przychodził dopiero o 6:10, a nawet Paul nie nazwałby go popołudniowym, choć mógł się spóźnić na wcześniejszy.
Często próbowała przeniknąć jego myśli. Zbyt poważnie traktowała jego opinie i długo je pamiętała, gdy tymczasem on pewnie już dawno o nich zapomniał.
Ale co innego próbować przejrzeć myśli Paula, kiedy był blisko, kiedy jego słowa naprowadzały ją na różne tropy. Po trzech latach milczenia sprawa wyglądała nieco inaczej. Pod pewnymi względami trudniej, pod innym względem łatwiej. Alice poczynała sobie swobodniej. Sama formułowała jego myśli, tak jak chciała.
Dwa razy nie przyjechał na wakacje. Nie mieściło się jej w głowie, jak mógł coś takiego zrobić. Bez niego letnie miesiące były zaledwie cieniem tych dawniejszych. Wydawały się nijakie. Nie pozostawiały po sobie wspomnień. Siedzenie na przystani, na tej czy innej drewnianej ławce, i wyglądanie jego promu nie było dla Alice niczym nowym. Właściwie zawsze na niego czekała.
Gdy wyjeżdżał, nie potrafiła odtworzyć w pamięci jego wyglądu. Każdego lata wracał z taką samą twarzą, a ona nie mogła jej zapamiętać.
Z roztargnieniem zauważyła, że ludzie, którzy przypłynęli promem, już sobie poszli, a on nadal czeka. Pomachała paru znajomym, głównie przyjaciołom rodziców. Czuła, że wiatr chłodzi jej plecy rozgrzane słońcem. Wbiła paznokieć kciuka w deskę i próbowała oderwać drzazgę, ale jedynie wydłubała trochę brudu.
Jeśli chodzi o czekanie, Riley zawsze miała inne zajęcia. Paul był jej najlepszym przyjacielem. Alice wiedziała, że Riley za nim tęskni, ale oświadczyła, że nie lubi czekać. Ona też nie lubiła. Nikt tego nie lubił.
Ale Alice była młodszą siostrą, Nie przychodziło jej do głowy, żeby można czegoś nie robić tylko dlatego, że się tego nie lubi.
Wytężyła wzrok, szukając na horyzoncie małego białego trójkąta. Zawczasu nigdy nie potrafiła go sobie wyobrazić. Nie było go i raptem się pojawiał. Szybko nabierał kształtu i wkrótce przybijał do brzegu.
Wstała. Nic mogła się oprzeć. Zostawiła książkę na ławce. Papierowa okładka łopotała na wietrze. Czy to jego prom? Czy Paul na nim będzie?
Zdjęła opaskę, rozpuszczając włosy. Naciągnęła bluzkę na biodra. Chciała, żeby zobaczył ją całą, ale jednocześnie się tego bała. Chciała, żeby był oczarowany fragmentami i zarazem oślepiony całością. Miała nadzieje, które trudno spełnić.
Przestępowała z nogi na nogę, rękami obejmowała brzuch. Nagle zobaczyła, że zbliża się do niej ubrana w różowy sarong kobieta w średnim wieku, do której jej matka chodziła na zajęcia jogi.
- Na kogo czekasz, Alice?
Alice była tak podenerwowana, że przyjacielskie pytanie odczuła jako okrucieństwo.
- Na nikogo - skłamała z zakłopotaniem.
Nie miała pojęcia, jak kobieta ma na imię, choć opalona twarz była jej znana jak wiklinowa kanapa stojąca na ganku. Wiedziała, że jej pudel wabi się Albert, a grupa jogi ma kłopoty ze śpiewem. Tutaj dorośli zawsze znali imiona dzieci, ale odwrotna sytuacja prawie się nie zdarzała. Ich wzajemne relacje od początku były asymetryczne i rzadko trafiała się okazja do zmiany. Dorastając, pozostawało z ludźmi w takich samych stosunkach jak w dzieciństwie.
Kobieta spojrzała na jej stopy. One zawsze zdradzały prawdę. Idąc na prom o 3:55, zakłada się buty.
Zażenowana Alice ruszyła powoli w stronę rampy załadunkowej, jakby miała tam jakiś interes. Kłamstwo nie przychodziło jej łatwo. Prowokowało niechcianą zażyłość, a ona wolała zachowywać swoje bajeczki dla ludzi, których imiona znała.
Nie mogła patrzeć na zbliżający się prom. Wróciła na swoją ławkę i usiadła ze skrzyżowanymi ramionami i nogami. Zwiesiła głowę.
Mała wioska na małej wyspie miała własne obyczaje i zasady. „Żadnych kluczy, żadnych portfeli, żadnych butów”. To powiedzenie najlepiej oddawało tutejszy wakacyjny sposób życia. Nie było samochodów, przynajmniej kiedyś. Nikt nie zamykał domów. W jedynym sklepie Waterby, handlującym głównie słodyczami i rożkami lodowymi, nie przyjmowano gotówki, a za jedyne zabezpieczenie służyło nazwisko. Buty oznaczały, że właśnie przyjechało się na wyspę, opuszcza ją albo idzie grać w tenisa. Nawet w klubie jachtowym. Nawet na przyjęciach. Panowała powszechna duma z tego, że ma się dostatecznie stwardniałe stopy, żeby chodzić po drewnianych chodnikach najeżonych drzazgami. Nie żeby nigdy nie wchodziły. Zawsze wchodziły. Po prostu się o tym nie mówiło. Każde dziecko to wiedziało. Pod koniec każdego lata całe spody i boki stóp Alice były w czarne kropki od starych drzazg. W końcu ślady znikały, nie wiadomo jak i kiedy. „Wchłaniają się”, wyjaśnił jej kiedyś przemądrzały siedmiolatek Sawyer Bond.