Ostatni z żywych
11 września 2001, 9:59
To dochodziło jakby znikąd.
Było nas ze dwudziestu pięciu, trzydziestu ludzi przy szybach wind na trzydziestym piątym piętrze północnej wieży World Trade Center. Głównie strażaków, mniej lub bardziej zmęczonych. Niektórzy byli zlani potem. Niektórzy zdjęli kurtki ubrań ochronnych lub mieli je przewiązane w pasie. Wielu ciężko dyszało. Inni rwali się, żeby iść. Wszyscy potrzebowaliśmy chwili, żeby złapać oddech i zorientować się w sytuacji. Tkwiliśmy w tym piekle od godziny, jedni trochę dłużej, inni krócej i wciąż daleko nam było do tego, żeby cokolwiek zrobić. Oczywiście nie mieliśmy pojęcia, co właściwie zostało nam do zrobienia, ale dotychczas nie zrobiliśmy dosłownie nic.
I wtedy rozległ się ten hałas. Cały budynek zaczął się trząść, a my zamarliśmy w kompletnym bezruchu. Cokolwiek było do zrobienia, musiało na razie poczekać. Albo i nie musiało, ale i tak nie o to teraz chodziło. Chodziło o to, że wszyscy bez wyjątku staliśmy bez ruchu. Wbiliśmy oczy w sufit, jakbyśmy mogli zobaczyć, skąd nadlatuje rakieta, jakbyśmy mogli przebić strop wzrokiem i znaleźć odpowiedź. Nikt się nie odezwał. Nie było dość czasu na to, żeby wypowiedzieć myśli, choć był czas na to, żeby myśleć. Ja przynajmniej miałem czas na myślenie, miałem go aż nadto, żeby przemyśleć najbardziej czarne scenariusze dalszego rozwoju wydarzeń i jeszcze trochę innych. Cały budynek dygotał jak podczas trzęsienia ziemi, rzucało nim jak wagonikiem oszalałej kolejki w wesołym miasteczku. To drżenie napełniało lękiem. Przerażała mnie jego potworna siła. Przenikało mnie całego na wskroś. Nie mogłem w żaden sposób wyobrazić sobie, co może być źródłem tego hałasu. To było tak, jakby prosto na mnie gnał tysiąc rozpędzonych
pociągów. Albo stado zwierząt. Albo kamienna lawina. Nie sposób tego wyrazić słowami, lecz cokolwiek to było, z każdą chwilą gnało coraz szybciej, nabierało pędu, było coraz bliżej i bliżej, a ja tkwiłem na drodze, którą pędziło, i nie mogłem z niej zejść.
Zadziwiające, o czym człowiek myśli, kiedy nie ma czasu na myślenie. Ja myślałem o żonie i dzieciach, ale tylko przelotnie. To nie było tak, jak się czasem mówi, że człowiekowi staje przed oczami całe jego życie. Myślałem o pracy, o tym, jak niewiele brakowało, żebym został zastępcą dowódcy rejonu operacyjnego. Myślałem o bajglach, które zostawiłem na stole w kuchni w jednostce. Myślałem o tym, jak to strażacy zawsze mówią do siebie nawzajem: "Do zobaczenia przy tym wielkim" albo "Spotkamy się wszyscy przy tym wielkim". Nie wiem, skąd się to powiedzenie wzięło, i nie pamiętam, kiedy usłyszałem je po raz pierwszy, ale to był jeden z naszych skrótów; znaczył: Nieważne, jaki wielki jest ten pożar, trafi się nam inny, jeszcze większy. Damy sobie radę z tym i z tamtym także sobie poradzimy. Zawsze powtarzałem te słowa, gdy mieliśmy do czynienia z groźnym pożarem, i zawsze słyszałem je w odpowiedzi. Teraz myślałem, że już nigdy więcej ich nie wypowiem ani nie usłyszę, bo nigdy już nie trafi się nam pożar równie
wielki jak ten. To był ten wielki pożar, o którym zawsze mówiliśmy, i gdybym nie wiedział tego już wcześniej - zanim nadeszła chwila grozy, od której krew krzepła w żyłach - ten straszliwy huk w pełni by mi to uświadomił. Starałem się jakoś ogarnąć sytuację, bo sadziłem, że jeżeli zrozumiem, co się dzieje, zdołam się na to jakoś przygotować. Myśli pojawiały się w moim mózgu jedna po drugiej i zarazem wszystkie naraz jak błyskawice - każda w pełni ukształtowana, jakby na to wszystko było dość czasu, chociaż w gruncie rzeczy nie było czasu na nic.
W zamieszaniu i przerażeniu przyszło mi nagle do głowy, że może w szybie nad nami urwała się któraś z wind i teraz spada z hukiem. Odnosiłem wrażenie, że coś się błyskawicznie zbliża, i takie wyjaśnienie miało sens. Równie oczywiste było, że spadająca winda w żadnym razie nie narobiłaby takiego straszliwego, wszechogarniającego huku i łoskotu. To także przyszło mi do głowy, ale nic innego nie miało sensu. Kiedy człowiek znajduje się w tak nieprawdopodobnych okolicznościach, chwyta się pierwszej myśli, jaka mu się nasunie. Spadające windy, wpadające na siebie i obrywające jedna drugą na zasadzie domina, napełniające szyby wokół nas grozą nie do wyobrażenia.
Windy lub coś innego.
Ale co? Co mogło spowodować ten ogłuszający i przerażający hałas? Łoskot, który miał pochłonąć mnie i dwa tuziny moich braci ze Straży Pożarnej Nowego Jorku, tkwiących na trzydziestym piątym piętrze płonącej jak pochodnia północnej wieży World Trade Center w godzinę po uderzeniu uprowadzonego boeinga 767? Cóż innego mogło lecieć na nas z góry z tak szaleńczą szybkością?
Wszystko to wydarzyło się w jednej chwili, choć ta chwila trwała niesamowicie długo - dość długo, żebyśmy wszyscy zdążyli rozpatrzyć najczarniejsze scenariusze, odrzucić te, które nie miały realnych podstaw, i pogodzić się z tymi, które wydawały się prawdopodobne. To był szaleńczy wyścig zmierzający do tego, by wyobrazić sobie niewyobrażalne, pomyśleć to, czego pomyśleć się nie da. Naprawdę nie miałem pojęcia, co się dzieje. Nic nie przychodziło mi do głowy i jednocześnie przychodziło mi do głowy wszystko naraz. Stałem tam, w tym korytarzu bez okien, przy szybach wind na trzydziestym piątym piętrze północnego budynku WTC, obok moich braci strażaków, wpatrując się w sufit i czekając na to, co miało spaść i nas zmiażdżyć.
Cokolwiek to było.
[...]
11 września 2001, wciąż 9:59
To było jak z powieści Stephena Kinga. Staliśmy tam jak skamieniali, czekając na chwilę, gdy łoskot wreszcie nas dosięgnie. Tysiąc pociągów. Tysiąc galopujących bestii. Tysiąc niepojętych lęków i jeszcze tysiąc więcej. Do diabła, niechby to było i parę tysięcy, i tak byłoby to za mało, żeby zrozumieć, skąd bierze się ten huk przekraczający wszelkie wyobrażenie.
Wciąż nie widzieliśmy, co się dzieje, ale to było tuż nad nami i nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że cokolwiek to jest, lada moment zostaniemy przez to zgnieceni, zmiażdżeni i unicestwieni. Gonitwa myśli w mojej głowie ustała na chwilę dostatecznie długą, żebym wyobraził sobie tę scenę: dwa tuziny zmęczonych, wystraszonych, ociekających potem i napompowanych adrenaliną strażaków w korytarzach trzydziestego piątego piętra północnej wieży World Trade Center. Nieruchomych jak posągi, z oczami wbitymi w strop, oczekujących niewiadomego kresu, który miał spaść na nasze głowy wraz ze stropem.
Różnie można umrzeć, a ja umrę właśnie tak, pomyślałem.
Modliłem się, żeby to poszło szybko. Nie myślałem o tym, że umrę, ale byłem pewny, że będzie bolało. Więc się modliłem. Szybko.
Tymczasem łoskot minął jak gdyby nigdy nic. Nadchodził i nadchodził, potem był tuż nad nami, był w nas, wreszcie przebiegł przez nas i pognał z łoskotem w dół.
Budynek wciąż się trząsł, wszystko się w nas trzęsło, ale my dalej staliśmy jak skamieniali, bojąc się wykonać najmniejszy ruch, żeby nie zaburzyć kruchej równowagi, w jakiej coś - cokolwiek się wydarzyło - pozostawiło północną wieżę World Trade Center. I czekaliśmy, co będzie później.
Długo, bardzo długo nikt nie odezwał się słowem - kiedy mówię "bardzo długo", musicie zrozumieć, że wszystko jest względne. Trwało to tylko dziesięć sekund od pierwszego drgnięcia przez ogłuszający łoskot do powoli cichnącego gromu, ale wszystko działo się w zwolnionym tempie. To było niesamowite, niewyobrażalne jak piekło, niepodobne do niczego, czego doświadczyłem w życiu. To właśnie było najdziwniejsze, najbardziej przerażajqce, że nigdy nie zetknąłem się z niczym, co dałoby się porównać do tego nieprawdopodobnie głośnego hałasu. Bo to był tylko hałas. Niekończący się, nieprzejednany, przerażający hałas. W próżni. Nie mieliśmy pojęcia, co się dzieje. Na zewnątrz budynku, na ekranach telewizorów na całym świecie było jasno i wyraźnie widać, co się dzieje, ale my byliśmy uwięzieni w korytarzu bez okien sto metrów nad ziemią, sto metrów poniżej szalejącego pożaru i niewyobrażalnego spustoszenia. A jednak - cokolwiek to było - nie tknęło nas. Minęło nas i pognało w dół ku swemu niepojętemu przeznaczeniu.
Powoli, jakby na próbę, popatrzyliśmy po sobie. Niektórzy szczypali się, by się upewnić, że wciąż żyją, ale nawet czujqc uszczypnięcie, nie byliśmy tego pewni. Niektórzy z nas dotykali ścian albo opierali się o nie mocniej, jakby chcieli się przekonać, że budynek wciąż stoi, wciąż się trzyma. Inni rozglądali się dookoła albo patrzyli przez ramię, żeby zobaczyć braci. Ale nikt nie powiedział ani słowa. Nawet nasze radiotelefony milczały. Mieliśmy nastawione różne kanały - kanał dowodzenia lub kanał taktyczny - i prawdopodobieństwo, że oba będą milczały, było znikome. Zawsze mieliśmy kłopoty z radiotelefonami, zwłaszcza w wysokich budynkach, ale nigdy się jeszcze nie zdarzyło, żeby wszystkie przestały działać przez dłuższy czas. Było nas ze dwudziestu pięciu czy trzydziestu i wszystkie radiotelefony milczały jak zaklęte. Jakbyśmy się znaleźli na innej planecie albo przeszli w inny wymiar. Jakby nasz zapas energii się wyczerpał, nie byliśmy w stanie ruszyć się, odezwać ani myśleć jasno.
Nie wiem, jak było na innych piętrach północnej wieży World Trade Center w tej strasznej chwili, nie wiem, czy gdziekolwiek w budynku znajdowała się równie liczna grupa ratowników, ale na trzydziestym piątym piętrze, za minutę dziesiąta, to ja pierwszy przerwałem w końcu milczenie. Nie wiem, jak to się stało, że się odezwałem, ani co spodziewałem się usłyszeć w odpowiedzi, ale byłem dowódcą, i ponieważ wokół nie było nikogo, kto byłby mi równy rangą, wypadało, żebym odezwał się pierwszy. Nie próbowałem objąć dowodzenia. Powiedziałem głośno to, co myślałem. A myślałem tyle: "Kurwa, co to było?".
(Opublikowano za zgodą Grupy Wydawniczej Bertelsmann Media)