Ona to ja
Elizabeth spędziła cały ranek pracując w domu rodziców.
Zazdrościła Harry’emu i Joshowi pluskającym się w basenie. Gdy nadeszła pora lunchu, Harry był taki zmęczony, że usnął pod kuchennym stołem obok kota. Zazwyczaj wolał stolik do kawy w living roomie, ale Elizabeth zostawiła go w kuchni. Sama przeszła do living roomu i usiadła na kanapie obok Josha. Josh zaczepił zgięty palec o naddartą podkoszulkę. Owłosione nogi i wielkie stopy oparł na stoliku. Wpatrywał się w przestrzeń.
- Jak się czujesz?
- To dziwne – odparł.
Jego głos miał smutne brzmienie, tak samo jak wtedy, gdy Josh był mały. Obecny Josh był mężczyzną o owłosionych nogach, które wciąż zadziwiały Elizabeth. Usiłowała sobie wyobrazić, jak czuje się jej matka patrząc na Josha, jak poczuje się ona sama, gdy Harry stanie się mężczyzną.
- Kto ma ochotę na pomarańczę? – spytała Greta, wychodząc z kuchni.
- Na nas nie licz – powiedziała Elizabeth.
- Ja – odparł Josh.
Greta podała mu talerz z pomarańczami podzielonymi na ćwiartki.
- Ich zapach dobrze mi robi na żołądek – powiedziała. – W każdym razie w tym tygodniu.
- Ja jestem wystarczająco wielkoduszny. Możesz na mnie liczyć. Na twego jedynego syna – powiedział Josh.
Przez chwilę wszyscy troje siedzieli rządkiem na kanapie. Milczeli. Elizabeth wsłuchiwała się w odgłosy wydawane przez jedzącego brata. Woń pomarańczy była świeża i energetyzująca. Przymknęła oczy. Była zła na matkę. Była zła na brata. Czy oni nie widzą, co się dzieje? Elizabeth doznawała mieszanych uczuć wyższości i wykluczenia. Ktoś dotknął jej dłoni. Otworzyła oczy. Josh kurczowo chwycił ją za rękę. Matka miała zamknięte oczy i zdawała się spać. Twarz Josha była czerwona i wykrzywiona. Płakał bezgłośnie.
Gdy odezwał się dzwonek u drzwi, Greta otworzyła oczy, ale nawet nie usiłowała się podnieść. Josh, z talerzem pełnym skórek pomarańczy na brzuchu, otarł oczy pięściami i bezradnie spojrzał na Elizabeth.
Elizabeth otworzyła drzwi. Na progu stał młody mężczyzna o falistych ciemnych włosach, raczej długich, jakie w minionej epoce uznano by za romantyczne, a w dzisiejszej za modne. Elizabeth poznała go dopiero wtedy, gdy się uśmiechnął i mrugnął. Wtedy zrozumiała, że ma przed sobą Tima, najlepszego przyjaciela jej brata. W czasach szkoły średniej, gdy mieszkał z matką w sąsiednim domu, Tim był zwyczajnym, niczym się nie wyróżniającym chłopcem. Teraz wyglądał tak, jakby się przeniósł z odpowiedniej dla poety klitki na dziewiętnastowieczną angielską plebanię. I z powrotem.
Elizabeth zazdrościła Joshowi, że ma tutaj przyjaciół. Spośród grona nowojorskich przyjaciółek ona pierwsza, i dotąd jedyna, doczekała się dziecka, co sprawiło, że się od nich oddaliła. Ale nawet gdy je zaniedbywała, gdy rzadko je widywała i zapominała do nich telefonować, wiedziała, że przyjaciółki są w pobliżu, że chadzają do barów, zrywają ze swymi chłopakami, porzucają pracę, przenoszą się do Brooklynu. Dopiero tutaj, znalazłszy się o trzy tysiące mil od nich, poczuła, że odległość dzieląca ją od przyjaciółek stała się realna. Może uda się jej zaprzyjaźnić z Timem.
- Przyniosłem książkę dla twojej matki – powiedział. – Od mojej mamy. Mówi, że działa kojąco.
Wszedł do living roomu i padł na kanapę obok Grety, która ocknęła się z drzemki. Tim przytulił ją i pocałował w rękę, co ją rozśmieszyło. Elizabeth przypomniała sobie, w jakich zażyłych stosunkach był ze swoją matką. Podał Grecie książkę „An Unsuitable Attachment” Barbary Pym i odbył z nią krótką pogawędkę, podczas gdy Josh tkwił z posępną miną obok matki, a zafascynowana Elizabeth przyglądała mu się od drzwi. Sposób bycia Tima był pełen ufności, otwarty jak dziecka i ugrzeczniony jak bawidamka. Oparł głowę na ramieniu Grety. Wyjął maleńki batonik snickers z kieszeni podkoszulki i podał go Joshowi. Następnie przyglądał się mu przez chwilę, wstał, obszedł pokój, trzymając ręce w kieszeniach i pochylając ramiona; bawidamek zniknął.