Okruchy Boga
Obawy, jakie żywił Hincmar wobec Franków, były uzasadnione. Po jego zaginięciu chrześcijańskie wojska wtargnęły na ziemie islamskie. Włóczędzy napotkani przed kilkoma miesiącami przez muzułmańskich zwiadowców stanowili zaledwie nieskładne czoło pierwszej krucjaty; była to nieskoordynowana wyprawa ludowa, której uczestnicy wyprzedzili apele Ojca Świętego i wojska baronów. Jednak prawdziwi żołnierze Krzyża podążyli za nimi i przed upływem dwóch lat chrześcijańskie miecze ubroczyły się we krwi mahometan. W lutym 1099 roku panowała powszechna opinia, że Jerozolima zostanie wyzwolona latem.
W świętym mieście władze przygotowywały się już do oblężenia. Chrześcijan wypędzono, mieszkańców uzbrojono, w magazynach zgromadzono zapasy, na murach obronnych ułożono kamienie i worki z piaskiem oraz słomą, aby osłonić wieże przed bombardowaniem z frankijskich katapult. Wzmożono czujność; nawet szczur nie zdołałby się przecisnąć przez mury otaczające miasto niezauważony przez łuczników.
Mimo to 3 lutego 1099 roku, gdy tylko oślepiające światło poranka zdążyło dotrzeć do sąsiednich pagórków, czterej chrześcijańscy pielgrzymi przebrani w żebracze łachmany krążyli po pustych uliczkach w pobliżu Wzgórza Świątynnego. Chociaż narażali się na straszliwą śmierć, dotarli nocą do Jerozolimy przy pomocy pewnego niewidomego Żyda, który otworzył im przejście od strony bramy Świętego Stefana.
Pierwszym z czterech Franków był Hugues z Szampanii, jeden z najznamienitszych hrabiów królestwa Francji. Jego włości uważano za czterokrotnie większe od królewskich. Należał do tych możnowładców, którzy dyktowali swoje prawa, decydowali o wojnach i bili własną monetę ze swym wizerunkiem. Wielu z nich dołączyło do „pielgrzymów Bożych" dla sławy lub zbawienia duszy, a czasem z obu tych powodów. W każdym razie Hugues uczynił to potajemnie, zaciągając się jako prosty żołnierz. Wszyscy myśleli, że osiadł w pobliżu Provins. Miał dwadzieścia dwa lata i tors turniejowego rycerza. Młody i żądny przygód, stąpał wielkimi krokami, majestatycznie i władczo. Mężczyzna, który nie odstępował hrabiego na krok, nazywał się Hugo de Payns. Był najbardziej poważanym wasalem Hugues, starszym od niego o siedem lat. Znawca sztuki wojennej, doskonały organizator, porywczy, ale rozsądny, rozglądał się w lewo i w prawo, podczas gdy jego senior bada! drogę na wprost siebie i uzupełniając się w ten sposób, tworzyli zgraną parę.
Trzeci osobnik, idący nieco z tyłu, miał trzydzieści lat i niezbyt wojskowy chód. Nazywał się Ismale Gui i był budowniczym. Należał do tych wielkich mistrzów, którzy ciemny Zachód okrywali białym płaszczem katedr. Architektura stała się sztuką uniwersalną, ośrodkiem wszelkich inspiracji, najbardziej płodną dziedziną twórczości, łączyła bowiem pierwiastek duchowy z materią. Uniwersalność podporządkowała parametrom planu. Wśród architektów Ismale Gui był najwszechstronniej utalentowany. Swoje projekty zawsze utrzymywał w tajemnicy, symbole, jakich używał, należały do najbardziej nieprzeniknionych; otaczała go aura alchemika. Kierował żelazną ręką Gildią Taboru, szacownym bractwem budowniczych. Wziął udział w krucjacie, gdyż był przekonany, iż również Wschód wyraził tajemnice boskie w budowlach i że wszystko to należało dopiero odkryć. Szedł z nim także brat Ismale'a, Abel Gui. Młodszy, mocniej zbudowany, zawsze trzymał się z nim razem.
Tę oto czwórkę intruzów wyprzedzał niewidomy, który wprowadził ich do miasta. Mężczyzna milczał. Jego twarz o ostrych rysach poorana była zmarszczkami. Ubrany w szatę przepasaną sznurem i żółtą czapeczkę, sprawiał wrażenie wyniszczonego zarówno wiekiem, jak i postami. Mimo ślepoty prowadził grupkę mężczyzn równie pewnie jak żołnierz na zwiadzie.
Pięciu mężczyzn szło zupełnie pustymi ulicami. Muezzin jeszcze nie wezwał wiernych do porannej modlitwy. Ślepiec doprowadził ich do dużego dwupiętrowego domu, z oknami utkanymi gliną i szmatami.
- Jesteśmy na miejscu - powiedział.
Ismale Gui obrzucił spojrzeniem zniszczoną fasadę.
- Co ty pleciesz? Nie o to cię prosiliśmy.
- Przysięgam na Tablice z Przykazaniami, że to właśnie tu. Chodźcie za mną.
Wyjął klucz i włożył go do zamka. Drzwi były potrójnej grubości, wybite gwoździami z kwadratową główką.
Nastrój każdego z chrześcijan wyrażał jego charakter: Hugues był niecierpliwy, Ismale sceptyczny, Hugo de Payns rozglądał się, mając na uwadze bezpieczeństwo grupy, a Abel przygotowywał się do walki.
Weszli.
Wnętrze w niczym nie przypominało zwykłego mieszkania. Pośrodku wznosiła się wypełniająca cały dom okrągła wieża, otoczona murem grubości ośmiu łokci. Zbudowana z bardzo starych kamieni, wyglądała jak zabytek z odległych czasów, który wynurzył się z ziemi. Dom osłaniał ją jak wieko skrzyni.
Frankowie stali w milczeniu.
- Czy to ona? - spytał wreszcie hrabia Hugues.
Architekt potwierdził lekkim skinieniem głowy. Podszedł bliżej i dotknął dłonią szarej ściany wieży.
- To ona - powiedział.
- Wieża Salomona! - wykrzyknął Hugo de Payns.
- Nie rozumiem - indagował hrabia. - To nie żadna wieża, tylko zaledwie półpiętro marnego fortu!
- To na pewno wieża - stwierdził stanowczo Ismale Gui. -Została wzniesiona kilka tysięcy lat temu. Niegdyś była o osiem lub dziewięć metrów wyższa. A może i więcej. Reszta spoczywa ukryta pod naszymi stopami. Ale jest tutaj.
Hugues wciąż jej się przyglądał. Wreszcie zdołał sobie wyobrazić, jak mogło wyglądać w całości ich znalezisko. Obok niego w milczeniu stał niewidomy.
- Chodźcie tutaj! - dotarł do nich z większej odległości głos Hugona de Paynsa, który z ręką na mieczu ukrytym pod przebraniem rozpoczął oględziny pomieszczenia.
Grupka mężczyzn okrążyła wieżę i wraz z Paynsem dotarła do wyżłobionego w niej zejścia. Na ubitej ziemi leżały w nieładzie bryły i odłamki kamieni.
- To zrobiono niedawno - skonstatował Ismale, wsuwając głowę w otwór. - Tędy można się dostać do wewnętrznej rampy.
Cofnął się, przyklęknął i podniósłszy kawałek skały, oglądał go z zaciekawieniem.
- Wchodzimy? - spytał Hugues, jak zwykle niecierpliwy. Ismale przytaknął i wszedł w wyłom muru. Hugo de Payns i jego senior poszli w jego ślady, a za nimi młody Abel. Nie zwracali już uwagi na niewidomego, który tu ich przyprowadził. Ten, po dłuższej chwili milczenia, wyszedł i stanął nieruchomo przed drzwiami, które uprzednio zamknął na klucz.
Czterej mężczyźni, którzy znaleźli się wewnątrz, pokonywali wąskie, zakurzone schody.
- To niewiarygodne - powtarzał architekt. Chrześcijanie znaleźli się wkrótce na szczycie - na płaskim tarasie, znajdującym się tuż przy suficie domu.
- W czasach Salomona - rzekł Ismałe - wieża ta była najwyższą budowlą cytadeli. Mieszkańcy miasta nie mogli dostrzec, co się działo na tej platformie. Na dole wieży pilnowali strażnicy i psy.
Architekt wydobył z fałdów szaty pergamin zawinięty w grubą czerwoną skórę i rozłożył go, przyłożywszy do skały. Tekst był w języku arabskim.
- Jego zdaniem trzeba... Ismale przerwał:
- Zaczekajcie.
Spojrzał na ziemię i obrócił się dokoła własnej osi. Wskazał palcem otwory w skale wycięte w różnych miejscach platformy.
- Hincmar Ibn Jobair sam odtworzył symboliczny układ wieży. Bóg jeden wie, jak to uczynił! To był niesamowity człowiek!
- A potem? - spytał Hugues.
- Wejście jest tu. Pod naszymi stopami.
Ismale zerknął znów w pergamin i zaczął rozszyfrowywać długi ciąg symboli i szkice.