Okręt II
Niebo nad Rotterdamem jest szare w szarości. Taksówka przejeżdża pod rzeką Maas, potem wzdłuż olbrzymiego portu dla kontenerowców, wreszcie obok rafinerii, o której mówią, że jest największa na świecie. Jej wieże destylacyjne to czysty futuryzm. Następnie odbieramy defiladę czarnych cystern samochodowych firmy Esso. Potem jakby dla odmiany zbiorniki pomalowane na zielono, potem szare, a potem białe. Znów te wieże destylacyjne. Za wieżami filigranowe dźwigi. Dla patrzącego z góry cały ten obszar, który oglądam tylko spowity w deszcz i w perspektywicznym skrócie, musi rozciągać się na niezmierną odległość.
Za dźwigami pozałamywane owadzie nogi urządzeń do ładowania ziarna. Wyłaniają się coraz dziwniejsze formy: szare kule zbiorników fabryki karbonu, olbrzymie leje spustowe do cementu, monumentalne, kanciaste spalarnie śmieci, półkoliste wręgi na wpół gotowych magazynów.
I dalej przez most zwodzony w kierunku na „Botlek", czyli basen tego gigantycznego portu, w którym cumować ma NS Otto Hahn. NS to Nuclear Ship, statek nuklearny: oznaczenie, które na całym świecie posiada tylko i wyłącznie Otto Hahn. Skądinąd Otto Hahn to jak najbardziej konwencjonalny parowiec, tylko wytwarzanie mocy napędowej ma nienormalne.
Czeka nas rejs do Durbanu. Straight ahead do południowego cypla Afryki i wokół niego. Po drodze ani jednego portu. Czyli ładny kawałek drogi po morzu i dla Starego już ostatni rejs. Stary ma sześćdziesiąt sześć lat, zejman od wczesnej młodości. Na wojnie dowodził moim okrętem podwodnym, jeden z najbardziej udekorowanych asów.
Durban w Afryce Południowej: jeszcze kawał drogi za Przylądkiem. Za Przylądkiem Dobrej Nadziei. Dla statku nie ma już nadziei. Ten statek już niebawem pójdzie na emeryturę.
Kiedy przed laty płynąłem tym statkiem, był to jeszcze „Latający Holender": nie wolno mu było zawinąć do żadnego portu. W dzienniku okrętowym wyczytałem dziwny wpis: „Z Bremerhaven do Bremerhaven przez Azory".
Przywlokłem wtedy z domu mnóstwo roboty. Był to wielki błąd. Tym razem wypytam Starego do imentu: mamy przed sobą dużo czasu.
Mój drugi rejs na statku nuklearnym.
„Pierwszy rejs był przyjemny, och, Johnny! Drugi rejs był nikczemny, och, Johnny!" przechodzi mi przez głowę. Oby tak nie było.
Po tym pierwszym rejsie pożegnanie było smutne. Już nie mogło być smutniejsze: zima. Parszywa pogoda. Co tylko mogło nawalić, wszystko zawiodło i nawaliło.
To będzie moja druga podróż na Otto Hahnie. Pod koniec pierwszej Stary pokazał mi na mapie morskiej, na które kotwicowisko w Bremerhaven statek ma być odholowany. Może to potrwać całą wieczność: przez śluzę i następnie przez wiele basenów.
- Nie da się inaczej niż rufą do przodu - powiedział wtedy Stary i dodał, jak gdyby zgadując moje myśli: - Od śluzy do zacumowania przynajmniej dwie godziny.
A ja myślałem tylko o jednym: żeby jak naprędzej na ląd!
Ale o tym nie było mowy nawet i po zacumowaniu. Zamknąłem swoją kabinę i obijałem się na górnym pokładzie, bo Stary wciąż jeszcze nie mógł znaleźć czasu, żeby się odpowiednio pożegnać.
Wtedy zajechał na pirs nieduży, jaskrawoczerwony samochodzik: pani kapitanowa! Ponieważ nikt o nią sienie zatroszczył, ja pomogłem jej wejść po stromym trapie i zejść z niego, a potem do kabiny Starego. Zasapałem się przy tym i wyjaśniłem jej: - W salonie pełno jeszcze tych od armatora. Są również panowie władze, lekarz portowy i różni tacy.
Mam wszystko przed oczyma, jak gdyby wczoraj.
- W takim razie może to potrwać jeszcze wiele godzin - słyszę głos pani kapitanowej.
Nie chciała przeszkadzać tym w salonie, więc rozsiedliśmy się na zielonych fotelach w kabinie kapitańskiej.
- Wiem, gdzie się trzyma whisky - powiadam i wyciągam flaszkę z kosza na papiery przy biurku.
Idę po szklanki i po kostki lodu, a kapitanowa gada bez chwili przerwy. Udaję, że słucham jej uważnie, a pogrążam się we własnych myślach. Mimo to raz po raz wyłapuję z tego potoku mowy słowo „atmosfera". „Co za urocza atmosfera... cudowna atmosfera... tyle było w tym atmosfery..."
Kiedy już dostała whisky, dama odzywa się: - Pan zamierza jeszcze coś napisać o wojnie podwodnej? Ja tego nie rozumiem. Kogo to jeszcze dziś interesuje? To było taaak daawno.
Nie posiadając się z uprzejmości, przytakuję: - Ależ tak... można powiedzieć: niegdysiejsze śniegi.
Po trzeciej szklaneczce pani kapitanowanej język się rozwiązuje. Zwierza mi się, że po wojnie Stary pływał jako szyper na motorowcu żeglugi przybrzeżnej, który należał do jej ojca. Wzdłuż argentyńskiego wybrzeża, z portu do portu, cała rodzina bez przerwy na pokładzie.
Pani kapitanowa z dystynkcją podnosi szklankę, z uśmiechem na twarzy. Popija z wargami w dzióbek, jak Bardotka, i przez moment ukazuje różowy czubek języczka.
- Już po paru tygodniach pobraliśmy się - w jej głosie brzmi szczególny odcień stanowczości. I dalej opowiada, jak to radziła sobie ze Starym na pokładzie. W trakcie zwierzeń pani kapitanowej wpada nagle przysadzisty facet w połowie czterdziestki, elegant w czarnym garniturze, i przedstawia się: - Schrader! Agent okrętowy.
Pan Schrader ma włosy przylizane pomadą i zaczesane ostro do tyłu. Przebywa te parę metrów od wejścia niemal tanecznie. A potem wali się jak worek na trzeci fotel, rozwala do tyłu na oparciu i wyciąga nogi przed siebie.
Pani kapitanowej mowę odebrało. W jego spodniach widać wyraźnie sterczącą bulwę genitaliów.
Proponuję panu Schraderowi whisky, ale odmawia: już więcej nie może pić, pociągnął już sobie - tu mruga do mnie, jak gdyby wygłaszał jakieś świństwo - całkiem nielicho. I natychmiast objaśnia powód swego pijaństwa: - Dopiero co pochowałem przyjaciela.
To tłumaczy, dlaczego pan Schrader jest w czarnym garniturze i do tego w czarnym krawacie.
- Trzydzieści pięć lat... i na raka! - informuje nas przyciszonym głosem pan Schrader
- Trzydzieści pięć lat? - odzywa się kapitanowa. - I już rak? Pan Schrader wbija w nią spojrzenie i mówi z goryczą: - Otóż to... przyplątał mu się rak jąder!
I dopiero zapada cisza. Pani kapitanowa wygląda na zmieszaną. Po czym zapytuje niepewnie: - Jest coś takiego?
- Jest! - odpowiada pan Schrader, teraz już śmiertelnie poważny.
Odtąd siedzimy w milczeniu. Pan Schrader wpatrzył się przed siebie na wpół zaszklonym wzrokiem. Wreszcie kapitanowa przekręca się w biodrach i zwraca w moim kierunku.
Wiem, że teraz ja powinienem coś powiedzieć, ale co? Jakże mam nadać tej rozmowie zwrot bardziej optymistyczny? Pan Schrader zaciska usta, po czym nagle rozdziawia je, aż głucho klasnęło. Pan Schrader jakby przełknął na sucho i przeciąga sobie długim językiem przez całą szerokość górnej wargi. Najpierw palcami lewej dłoni, a potem prawej bębni werbel na poręczach fotela i wreszcie osuwa się głębiej o dziesięć centymetrów. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby jeszcze w dodatku poluzował swój czarny krawat.
Najchętniej złapałbym tego śmierdziela za kołnierz, podniósł go z fotela i wyprawił za drzwi, dając mu kopa w dupę. A odzywam się tylko:
- To bardzo niedobrze, panie Schrader.
Pan Schrader tylko zwraca na mnie swe zapłynięte oczka. Myśląc, że zaraz mi się rozpłacze, czym prędzej dorzucam: - Ale pan żyje!
Pan Schrader kiwa głową z głębokim namysłem i powiada: - Właściwie to ma pan rację!
Po czym sięga po flaszkę i nalewa sobie pół wielkiej szklanicy.
- Wody sodowej? - pytam.
- Nie! - odpowiada stanowczo pan Schrader i wlewa sobie zawartość w gardło, odrzuciwszy głowę daleko w tył.
Dla mnie robi się już późno, ale Stary jest ciągle jeszcze zajęty w salonie. Goście mu się najwidoczniej zasiedzieli. Nie może tak zwyczajnie wstać i zniknąć. Uciekam się do podstępu i wołam z biura maszynistki do salonu: - Przyszedł pan dyrektor ochrony pracy z senatu miasta Bremen...
Tym sposobem daję Staremu okazję do tego, ażeby za parę minut mógł się pożegnać.
- Powodzenia! - Trzymaj się mocno! - Więc połamania masztu i sten-gi, tylko żeby nie było skarg! - I pokaż się tu niedługo! Po czym złażenie po trapie w dół, aż na podest. Po stopniach niedawno postawionego rusztowania, przez amerykański ponton i wzdłuż pomostu przez muł. Przy oczekującym aucie jeszcze spojrzenie w tył. Nigdy jeszcze nie byłem w takiej odległości od statku, żebym go mógł objąć jednym spojrzeniem. Musiałem kręcić głową tam i z powrotem, oczyma sunąć od dziobu do rufy.
Mój Boże, ależ ten statek zrobił się duży! O wiele większy, niż mi się wydawało, kiedy przebywałem na jego pokładzie. I jak wysoko piętrzy się nad palami przystani! Jeszcze raz obiegłem wzrokiem jego osobliwą sylwetkę: dwie potężne nadbudówki zamiast jednej.
Nie widać żywej duszy. Opuszczony statek! Nikogo, komu bym mógł pomachać.
Od wody podniosły się mleczne opary, nastrój jak na Gare-du-Nord. Quai des Brumes. Dziwny spokój, ledwie parę zagubionych odgłosów. Tylko z daleka postukiwanie młotków do nitowania.
Każę się zatrzymać. Taksówkarz pewnie bierze mnie za komiczne dziwadło. A niech mu będzie. Ja chcę zrobić tu kilka zdjęć. Naprawdę mam na to chęć? Czy po prostu chcę jeszcze trochę przedłużyć spotkanie ze Starym?
W oknie taksówki przesuwają się fabryki aluminium, ogromna parada biało pomalowanych zbiorników, cienkie, czarne maszty i na nich pomarańczowe płomienie: tamtędy wypuszcza się gaz. Mewy polatują tuż nad rzędami pochodni. Jakby sprawdzały się, czy nie brak im odwagi.
Coraz to dalsze wężowiska czarno i biało malowanych wież destylacyjnych. Nazywają się po holendersku: Raffinaderij. Włączę to słowo, ogromnymi literami pchające siew oczy, do mego skromnego zasobu słów holenderskich.
Jak zwykle: terminy się poprzesuwały. Statek miał zawinąć 6 lipca, a 7 lipca wypłynąć. Teraz mamy już 8 lipca. Przyszły północno-zachodnie sztormy, przy których statek w rejsie powrotnym nie mógł płynąć ze swoją normalną szybkością piętnastu węzłów. O tej porze roku nie było powodu spodziewać się sztormów północno-zachodnich.
Wiem, że przed północą Otto Hahn nie wypłynie. A teraz jeszcze nawet nie nadszedł wieczór.
A właściwie po co mam wracać na ten przeklęty statek? Żeby jeszcze wyrwać się z tej szarzyzny? To byłoby jedno wytłumaczenie. Czy przez to, co mnie tyle czasu łączy ze Starym? To drugie. Ale też inne rzeczy.