Okrągły Stół był wstępem do upadku PRL-u. Dziś porozumienie mogłoby się nie udać

"Okrągły Stół” został uznany za wielki sukces negocjacyjny, który pozwolił rozwiązać trudny konflikt społeczno-polityczny w sposób cywilizowany. Po latach trudno powtórzyć podobne porozumienie.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Lech Wałęsa na Dworcu Centralnym przed obradami
Lech Wałęsa na Dworcu Centralnym przed obradami (East News)
WP

Dzięki uprzejmości wydawnictwa "Smak Słowa" publikujemy fragmenty książki "Psychologia Okrągłego Stołu" autorstwa: Andrzeja Friszke, Janusza Grzelaka, Mirosława Kofty, Adama Leszczyńskiego, Wiktora Osiatyńskiego i Janusza Reykowskiego.

Rozdział: Co pchało do rozmów? (Fragmenty)

[Adam Leszczyński] Rozmawialiśmy o tym, jak bardzo w latach osiemdziesiątych społeczeństwo polskie było podzielone. Nieufność i niechęć narastały przez lata. Co pchało obie strony do rozmów? W jaki sposób udało się wyjść z tej sytuacji bez wojny domowej? Jak to było możliwe? To jest pytanie kluczowe dla naszej rozmowy.

WP

[Mirosław Kofta] Pchała sytuacja. Strona rządowa czuła, jak sądzę, potrzebę wyjścia z impasu stanu wojennego. Represje wobec podziemia, różne formy ograniczenia swobód obywatelskich, a nawet początki reform wolnorynkowych bez wątpienia osłabiły rewolucyjny potencjał Solidarności, ale go nie zniszczyły, co najlepiej pokazał rok 1988. W Solidarności wciąż żywa była wiara, że uda się zalegalizować Związek i przynajmniej częściowo go odbudować. Rządzący, w każdym razie ci z liberalnego skrzydła, mieli narastające poczucie bankructwa polityki partii, a być może nawet bankructwa przyjętej przez nich ideologii zarządzania społeczeństwem. Głównym powodem była niewydolność ekonomiczna i brak jakichkolwiek perspektyw wyjścia z tej sytuacji.

[AL] No dobrze, ale mamy też we władzach Jerzego Urbana, który skomentował nałożone przez USA w 1981 roku sankcje słowami "Rząd się sam wyżywi”. Dlaczego porażka ekonomiczna skłoniła ich do ustępstw? Mamy przykłady reżimów, takie jak Rumunia za dyktatury Ceausescu, które były w stanie utrzymywać miliony swoich obywateli w skrajnej nędzy. Porażka ekonomiczna zupełnie ich nie skłaniała do ustępstw, a z pewnością nie do podzielenia się władzą.

[MK] Jak już wspominałem, wiążę to ze zmianą fundamentalnego skryptu politycznego, z represyjnego na dialog. W ich doświadczeniu już raz się zdarzyło, że potężny konflikt polityczny był rozwiązywany przez rozmowy (mam tu na myśli sierpień 1980). Z jakimi intencjami zasiadano do tych rozmów, to inna sprawa, ale ludzie władzy trenowali dialog jako możliwość poradzenia sobie z długotrwałym, wydawałoby się, nierozwiązywalnym kryzysem społeczno-ekonomicznym.

Jeszcze przed Okrągłym Stołem, o czym już mówiłem, przejawem tej intencji władz były próby odgórnej demokratyzacji systemu w drugiej połowie lat osiemdziesiątych (jej przykłady, o których wspominaliśmy, to między innymi utworzenie Trybunału Konstytucyjnego i urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich, z profesor Ewą Łętowską jako pierwszym rzecznikiem). Nieprzypadkowo też w 1986 roku powołano Radę Konsultacyjną przy Przewodniczącym Rady Państwa, z udziałem między innymi Władysława Siły-Nowickiego, Andrzeja Święcickiego i Wiktora Osiatyńskiego. Wielu poważnych ludzi, którzy cieszyli się zaufaniem opozycji demokratycznej i Solidarności, się w to zaangażowało.

WP

Wiktor wspominał, że to był jednak prawdziwy dialog. Władze szukały jakiejś możliwości kontaktu, przynajmniej z elitą intelektualną, która sympatyzowała z opozycją, nawet jeśli jej nie reprezentowała. Wspomniane tu działania musiały być omawiane na posiedzeniach Biura Politycznego przez generała Jaruzelskiego i jego kolegów. W PRL nic takiego nie działo się oddolnie. Idea była jasna: spróbujmy od góry, krok po kroku, demokratyzować ten system. Być może to uruchomi procesy wychodzenia z kryzysu ekonomicznego i społecznego, wyzwoli nową energię społeczną.

Obrady Okrągłego Stołu. Rok 1989. PAP
Podziel się

[Andrzej Friszke] Przypis zrobię tylko, żeby te wydarzenia historycznie uporządkować. Rada Konsultacyjna była chyba dla Jaruzelskiego i jego otoczenia próbą, po pierwsze, poszerzenia ram obozu władzy, bo w ten sposób kreowali taką grupę neutralną, gdzieś pomiędzy władzą, Kościołem i opozycją. Partnerem w tym zagraniu jest przede wszystkim Kościół. Ta rada była budowana w kontakcie z prymasem Glempem – proszono go, żeby znalazły się w niej pewne osoby, które on wskazał. Druga rzecz: toczyły się w 1986 roku rozmowy, które prowadził osobiście zastępca przewodniczącego Rady Państwa Kazimierz Barcikowski z grupą "Tygodnika Powszechnego”, między innymi Stanisławem Stommą i Jerzym Turowiczem. Chodziło o wejście tej grupy do Rady Konsultacyjnej. Przedstawiciele "Tygodnika” pytali na wstępie, czy będzie też rozmowa z doradcami "S”. Oczywiście władza odpowiadała na to "nie”. Dla władzy zatem w tym momencie była to próba poszerzenia się o takie środowiska, które nie były jednoznaczną opozycją. Usiłowano z nimi handlować, namawiając właściwie do odcięcia się od Solidarności – od Wałęsy, Mazowieckiego czy Geremka.

W 1986 roku rozmowy z tymi osobami w ogóle nie wchodziły jeszcze w grę. W związku z tym utworzenie rady trzeba odczytywać jako manewr poszerzenia tej władzy, ale zarazem podzielenia przeciwnika, czyli Solidarności. I to się nie udało. Andrzej Święcicki uznał, że w konflikcie lojalności pomiędzy klubem i środowiskiem a prymasem – który kieruje go do rady – musi posłuchać prymasa. Z tego powodu został odwołany ze stanowiska prezesa Klubu Inteligencji Katolickiej. To była bardzo nieprzyjemna sytuacja. W 1987 roku, czyli parę miesięcy później, do KIK-u przyszedł Józef Czyrek, wtedy sekretarz KC, człowiek bliski Jaruzelskiemu. Rozmawiał z zarządem KIK, w tym Andrzejem Stelmachowskim i Andrzejem Wielowieyskim, zarazem doradcami "S”. Nie chodziło mu o załatwienie czegoś konkretnego, chciał tylko tak po prostu porozmawiać o sytuacji w Polsce. Władza czuła, że musi coś zmienić,i stopniowo otwierać się na środek między podziemiem a obozem rządzącym.

WP

Zobacz też: Stan wojenny oczami rosyjskiego historyka

[MK] Masz rację w stu procentach: władza chciała realizować strategię przyciągania pewnych ludzi z opozycji i równocześnie odciągania ich od Solidarności. Ale ja mówiłem o reformach systemowych, o pojawieniu się nowych instytucji, które były wzorowane na świecie Zachodu. One już nie pasują do tego schematu. Dlaczego mieli wprowadzić Rzecznika Praw Obywatelskich? Dlaczego mieli wprowadzić Trybunał Konstytucyjny, który przecież bada zgodność tworzonego prawa z Konstytucją? To był proces bardziej podstawowy. Oczywiście chodziło o odizolowanie "S”, lecz także o odgórne budowanie systemu, który pod wieloma względami miał naśladować system nowoczesnej demokracji zachodniej, ale… bez wolnych wyborów, bez swobodnej samoorganizacji społeczeństwa. Zatem demokracji fasadowej, pozornej.

[Janusz Reykowski] Chciałbym wrócić do początku tego procesu. Nawiążę do wydarzeń, z którymi osobiście miałem do czynienia. W 1982 roku, we wrześniu, kiedy przystępowano do likwidowania "S”, w kręgach władzy powstał pomysł, żeby znaleźć inną "reprezentację społeczeństwa” – chodziło o to, żeby zastąpić czymś "S” jako "reprezentanta ludu”. Powstała wtedy, zgodnie z tradycją sposobu uprawiania władzy w tym systemie, idea utworzenia masowego ruchu, który będzie uległy wobec władzy.

W tym czasie zadzwonił do mnie Mieczysław Rakowski i powiedział coś takiego: "Popatrz, oni znów zaczynają robić to samo, co dawniej robili. Tworzą organizację mającą reprezentować społeczeństwo i na jej czele umieszczają ludzi dobrze znanych z pełnego podporządkowania władzom”. Już nie pamiętam, o kogo mu chodziło, ale prosił mnie, żebym napisał do generała Jaruzelskiego i wyraził negatywną opinię o takim sposobie postępowania. Co prawda osobiście nie znałem generała, ale ponieważ przedtem wypowiadałem się publicznie, na łamach prasy, a także niepublicznie (pisałem do Rakowskiego, o czym opowiadałem poprzednio), to widać on mnie znał. Napisałem więc do niego. Nie mogę u siebie znaleźć tego listu, ale pamiętam, że chodziło mi o polityczną szkodliwość tworzenia organizacji, która już w punkcie wyjścia oparta jest na fałszywych założeniach. List miał pewną, ale dość ograniczoną skuteczność. To znaczy pewnych ludzi stamtąd wykreślono. Ale także udało się przyciągnąć kilka osób charakteryzujących się intelektualną i moralną autonomią.

WP
East News
Podziel się

[AL] W ten sposób powstał PRON, Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego, z którego nazwy opozycja robiła sobie nieprzyzwoite żarty. Był pan w komitecie inicjującym, a przez moment, w 1982 roku, także w prezydium.

[JR] Zdecydowałem się na uczestnictwo w tym przedsięwzięciu, kiedy mi to zaproponowano. Moja logika była następująca: w chwili obecnej w systemie władzy przeważają ludzie, którzy o żadnej sensownej rozmowie ze społeczeństwem nie chcą słyszeć. Dla nich skuteczną formą uprawiania władzy jest używanie przemocy – mniej lub bardziej bezpośredniej, mniej lub bardziej drastycznej. Ale także zdawałem sobie sprawę, że w tym gronie są ludzie, którzy traktują taką politykę jako zło konieczne i chcieliby jak najszybciej ją zmienić. Dlatego sądziłem, że warto spróbować i wykorzystać tę organizację jako środek nacisku – wzmocnienie sił dążących do zmiany. Rozumiałem, że w oczach ludzi głęboko zaangażowanych w konflikt i ponoszących wielkie ofiary jest to strategia nie do zaakceptowania.

Na szczęście znalazło się trochę takich osób, które miały podobny pogląd jak ja. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że w oczach demokratycznej opinii w Polsce występujemy jako marionetki władzy. W rzeczywistości PRON tworzył wiele okazji, żeby mówić władzy to, co uważaliśmy za słuszne. Działał też taki dziwaczny mechanizm: Jaruzelski i ta grupa wokół niego, która chciała, jak się wtedy mówiło, "porozumienia narodowego”, traktowała tę organizację jako alibi dla sprzeciwów wobec partyjnego betonu. Jak się pojawiał jakiś szczególnie szkodliwy pomysł, to mówiono: "PRON się na to nie zgadza”. Oczywiście PRON mógł pokiwać palcem w bucie. Jednakże ta organizacja, która miała być pasem transmisyjnym władzy, nawet w oczach samej władzy się autonomizowała. Muszę przyznać, że po paru latach ta tendencja do odgórnego sterowania PRON-em na tyle się umocniła, iż przestałem wierzyć w celowość działania w jego ramach i wycofałem się z czynnego zaangażowania.

WP
Materiały prasowe
Podziel się

Tymczasem w Polsce zaktywizowały się różne środowiska poszukujące sposobów przezwyciężania konfliktu politycznego. Na ogół były one związane z Kościołem katolickim, ale także z innymi kościołami. W owym czasie w tym spolaryzowanym świecie, zdominowanym przez dwie nienawidzące się nawzajem strony, były środowiska próbujące utrzymać kontakt z obydwiema stronami. One wzmacniały tę ideę porozumienia narodowego, którą głosiła część obozu władzy. Osoby najbardziej w to zaangażowane, takie jak Mieczysław Rakowski, Hieronim Kubiak, profesor socjologii, członek Biura Politycznego i PRON, albo profesor Jerzy Wiatr, dyrektor Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu, były solą w oku nie tylko polskiego betonu, lecz przede wszystkim Sowietów. Jaruzelski w takich sytuacjach w końcu ulegał i pozbywał się ich. Ale pozbywał się także ludzi z przeciwnego obozu, czyli "betonu”.

Zobacz też: Okrągły Stół. Jego największa siła, okazała się największą słabością

[Janusz Grzelak] Czy dla umocnienia się zasady politycznego realizmu nie miało znaczenia doświadczenie Holokaustu i powstania w getcie? A także budzące do dziś wielkie emocje powstanie warszawskie, spory o jego racjonalność, o jego znaczenie dla ówczesnych i dla współczesnych?

[JR] Doświadczenie Holokaustu i powstania w getcie jest inne – Żydzi sami go nie wywołali. Powstanie w getcie to był akt rozpaczy – uznania, że pozostała tylko śmierć i trzeba umrzeć z honorem. Natomiast powstanie warszawskie rozpoczęło się intencjonalnie, na podstawie politycznej kalkulacji, ze świadomością możliwych ofiar. Myślę, że była to nauka, iż rzucanie się do nierównej walki to gwarancja spowodowania niewiarygodnych narodowych nieszczęść. Być może, stąd się brało przekonanie, że trzeba szukać sposobów dogadywania się z władzą (a po drugiej stronie – sposobów dogadywania się z opozycją). Można tu dodać, że owa tragiczna lekcja powstania nie tylko została zapomniana, lecz przez dzisiejsze władze jest wręcz odrzucana. I chodzi nie tylko o to, jak jednostronnie opisuje się powstanie – kładąc nacisk wyłącznie na bohaterstwo i poświęcenie, traktując jego wybuch jako nieulegającą dyskusji konieczność. Ideologowie obecnej władzy idą jeszcze dalej – apoteozują beznadziejną walkę osamotnionych oddziałów partyzanckich, które z bojowników o wolność przekształcały się w desperatów nieliczących się z życiem własnym i cudzym. Ci żołnierze wyklęci są symbolem postawy stanowiącej przeciwieństwo racjonalnego, odpowiedzialnego myślenia o najbardziej żywotnych interesach własnego narodu.

[AL] Tak, zgadzam się, to jest lekcja, która została teraz zapomniana. Rząd PiS prowadzi politykę historyczną zbudowaną w dużej mierze na kulcie powstania warszawskiego, często rozumianego w kategoriach ofiary, koniecznej i świętej.

[JR] Musimy tu jednak dodać pewne zastrzeżenie. Z przemocą jest tak, że nawet jeśli jej nie chcemy, to może sama się pojawić. Mogą ją wygenerować spontaniczne procesy masowe. Tym łatwiej, gdy znajdą się ludzie, którzy chcieliby ją wywołać. Mogą to być zacietrzewieni fundamentaliści, ale również lekkomyślni chłopcy, ogarnięci "świętą ideą”. Przychodzi mi na myśl przykład Bronisława Komorowskiego, który w jednym z autobiograficznych wywiadów opisuje, jak w wieku kilkunastu lat razem z kolegami przygotowywał się do zabicia milicjanta. Przypadek sprawił, że plan się nie powiódł. Potencjał przemocy bywa znaczny w młodszych pokoleniach. Powstania często zaczynają czy prowokują dwudziestoparoletni ludzie. Innymi słowy, etos "S” nie był gwarancją, że nie dojdzie do przemocy. W latach dziewięćdziesiątych w Sejmie toczyła się dyskusja nad sprawą postawienia generała Jaruzelskiego przed Trybunałem Stanu. Zeznawał tam bardzo mądry działacz Solidarności, Zbigniew Bujak. Jak przeczytałem w protokole, był on przeciwny uniewinnieniu Jaruzelskiego. Bo, jak mówił, Jaruzelski miał wyjście. Był dowódcą armii i mógł powiedzieć "nie” Rosjanom. Czy naraziłoby go to na wojnę z Rosją? Owszem, mogłaby być wojna, mogłoby zginąć nawet pół miliona Polaków, ale jest nas przecież ponad trzydzieści milionów.

[AL] Naprawdę użył takiej argumentacji?

[JR] Tak było zapisane w protokole. Bardzo mnie to zaskoczyło. Dopuszczał on śmierć pół miliona Polaków jako koszt tego, że dobrowolnie nie ulegniemy. Tak więc myślę, że nawet kiedy mamy ruch nastawiony pokojowo i pokojowo nastawionych jego czołowych działaczy, to nie możemy być pewni, czy w pewnych niesprzyjających okolicznościach nie przekształci się on w inną formę. Parę lat później spotkałem się ze Zbyszkiem Bujakiem na konferencji w Krakowie, podczas której wypowiadał opinie całkowicie przeciwne tym, które przed chwilą tu zacytowałem. Podszedłem do niego i powiedziałem, że w dokumentach sejmowych przeczytałem taki zapis jego wypowiedzi. Nie chciał mi uwierzyć.

Polub WP Książki
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP