Oko za oko
1 ________ Ostatnie dinozaury
Nad nowymi, straszliwymi zagrożeniami, stworzonymi przez człowieka, tylko człowiek może zapanować.
John. E Kennedy
Moskwa, Rosja, rok później
Donośny dźwięk kurantów Wieży Spasskiej poniósł się po Kremlu. Wschodzące słońce, które pojawiło się nad ciemnym horyzontem, skąpało stolicę Rosji w bladopomarańczowej poświacie. "Rosyjski Big Ben", jak czasem nazywano najwyższą z baszt przy ceglanym murze, otaczającym Kreml, górował nad Placem Czerwonym i cerkwią Wasyla Błogosławionego na północno-zachodnim krańcu tego miasta w mieście.
Rzeka Moskwa powoli toczyła swe ciemne wody, obmywając południowy odcinek muru między basztami Wodną i Beklemiszewską.
Po drugiej stronie rzeki, niedaleko zachodniego krańca Parku Gorkiego, o żółtą, przerdzewiałą piętnastoletnią .kodę opierał się mężczyzna. Ubrany w ciemne spodnie, gruby wełniany sweter i futrzaną czapkę, z przewieszonym przez szyję aparatem fotograficznym, wyglądał jak typowy turysta z prowincji, który wstał wcześnie, żeby zwiedzić jak najwięcej w tym mieście, które pod względem architektury było jednym z najpiękniejszych w kraju. Ale oczy miał zwrócone na swojego agenta, ukraińskiego generała Wasyla Krasił owa, który spokojnie palił papierosa o jedną przecznicę dalej, na rogu Nabrzeża puszkinowskiego i Bulwaru Smoleńskiego. Krasiłow oglądał cebulowe kopuły, wieńczące Sobór Archangielski w samym sercu Kremla.
"Turysta z prowincji", wyższy funkcjonariusz CIA Donald Bane, wgryzł się w tłustą parówkę w cieście. To było jego śniadanie.
Bane był wysoki - mierzył prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu - i postawny - ważył sto dwadzieścia kilo, o dobre dwadzieścia za dużo, jak twierdziła Jessica, jego była żona. Miał jasną karnację skóry, płaski nos, wydatny podbródek, czarne oczy, kanciastą, pooraną bruzdami twarz i rzedniejące czarne włosy, przyprószone siwizną. Wyglądem przypominał wciąż groźnego emerytowanego boksera. Ale kończąc trzecią parówkę tego ranka, Donald Bane bynajmniej nie czuł się jak ktoś, kto groźnie wygląda. Nocny lot z Waszyngtonu dał mu się solidnie we znaki. Bane dostał wiadomość od moskiewskiej stacji CIA, że generał Krasiłow natrafił na żywotnie ważne informacje, zbyt ważne, żeby mówić o nich przez telefon. Bane prowadził go przez pięć z ostatnich sześciu lat i teraz stary generał najwidoczniej nie chciał powierzyć tych informacji nikomu oprócz swojego dawnego oficera prowadzącego.
Bane, który przeniósł się do Langley, żeby zająć się zwalczaniem terroryzmu, zdecydował się na ten nocny lot, kiedy stało się jasne, że Krasiłow nie będzie chciał rozmawiać z nikim innym.
Bane nie był specjalnie zaskoczony tym żądaniem Krasił owa. W stacji moskiewskiej było aż nadto młodych pistoletów, z wielkimi ambicjami i z wielkim wyobrażeniem o sobie, ale bez dostatecznego doświadczenia w terenie. Całe pokolenie starszych funkcjonariuszy przechodziło na emeryturę, a ich miejsce zajmowali butni, aroganccy, elegancko ubrani młodzi funkcjonariusze, którzy na takich weteranów jak Bane patrzyli jak na ostatnie dinozaury.
Ale status starego dinozaura miał i swoje dobre strony: Donald Bane nauczył się ogromnej cierpliwości. Z doświadczenia wiedział, że zwycięża ten, kto potrafi cierpliwie czekać. Trzeba tylko było mieć oczy i uszy otwarte, i nie dać się zaskoczyć, kiedy po długim okresie czekania sprawy nagle nabierały tempa. Dotychczas zawsze mu się to udawało.
Swą karierę zaczynał nie w CIA, lecz w FBI, w 1968 roku. J. Edgara Hoovera, który był dyrektorem FBI od 1924 roku, bardziej interesowały statystyczne osiągnięcia niż faktyczne egzekwowanie prawa. W tamtych czasach aresztowanie złodzieja samchodów liczyło się tak samo jak aresztowanie bossa mafii. Każdy areszt był po prostu jedną ze statystycznych informacji, które Hoover zanosił do Kongresu jako dowód skuteczności swej pracy i w celu uzyskania dodatkowych funduszy: Doszło do tego, że młody Donald Bane, wówczas świeżo upieczony agent prosto po szkoleniu, zorganizował w Boise w stanie Idaho Klub Butelki Miesiąca. Co miesiąc nagradzał butelką burbona Jack Daniel's tego spośród funkcjonariuszy policji lokalnej lub stanowej, który przekazał mu najwięcej rozwiązanych spraw kradzieży samochodów, tak aby Bane mógł je przedstawić jako sukcesy FBI. Pomysł chwycił i wkrótce rozpoczęła się ostra konkurencja między policją stanową a zastępcami szeryfa. Po kilku miesiącach Donald Bane wciągnął większość gliniarzy w Idaho
do pracy dla FBI. Kiedy okazało się, że Bane ma lepsze wyniki niż cały nowojorski oddział FBI, w 1972 roku przeniesiono go do centrali FBI. Zaledwie miesiąc później Hoover umarł na atak serca i prezydent Richard Nixon mianował L. Patricka Graya III pełniącym obowiązki dyrektora.
Bane uważał się za agenta terenowego, takiego, który najchętniej pracuje na ulicy: W Waszyngtonie Bane stworzył Grupę Operacyjną ds. Cudzoziemców- zespół agentów, pracujących w podkoszulkach, dżinsach i sportowym obuwiu, noszących długie włosy i brody, i specjalizujących się w inwigilowaniu cudzoziemców, zwłaszcza tych z bloku sowieckiego. Takie odstępstwo od standardu ubioru, czyli trzyczęściowego garnituru i płaszcza, byłoby nie do pomyślenia pod rządami Hoovera, ale w latach siedemdziesiątych Biuro przechodziło znaczące przeobrażenia.
W 1978 roku William Webster został zaprzysiężony jako dyrektor FBI. Piastował to stanowisko przez dziewięć lat i Bane miał u niego dobrą opinię. W 1987 roku, kiedy Webster odszedł z FBI, żeby objąć stanowisko dyrektora Centralnej Agencji Wywiadowczej, osobiście poprosił Donalda Bane'a, żeby przeszedł wraz z nim i został nowym szefem moskiewskiej stacji CIA. Stacja była wtedy w nieładzie, i to w jednym z najgorszych momentów w swej historii. Poprzedni szef przeszedł zawał serca, a kilku starszych agentów osiągnęło wiek emerytalny i placówka znalazła się w rękach żółtodziobów. Webster, który dobrze wiedział, jak szybko Bane potrafi się zaadaptować do nowych warunków, niezwłocznie zapewnił mu wszystko, co niezbędne, żeby postawić stację na nogi i Bane wykonał to zadanie w rekordowo krótkim czasie. To pod rządami Bane'a cudzoziemców, takich jak generał WasyI Krasiłow, zwerbowano do szpiegowania dla CIA w okresie upadku komunizmu na przełomie dekady: Po siedmiu latach owocnej pracy Bane przeniósł się z powrotem
do Langley z nadzieją, że będzie tam już mógł pozostać do emerytury. Nienawidził każdej minuty, spędzonej poza Stanami Zjednoczonymi. Kochał Amerykę i nienawidził Rosji. Po prostu.
Bane mruknął coś pod nosem. No i znów siedzę w tym gównie, pomyślał.
Wprawdzie zdawał sobie sprawę z wagi tego spotkania - podczas poprzedniego spotkania rok wcześniej Krasiłow ujawnił, że Irak kupił rosyjską broń nuklearną - ale i tak wolałby być gdzie indziej. Miał pięćdziesiąt dwa lata i odczuwał już zmęczenie. Zaczął pracować dla rządu, kiedy miał dwadzieścia jeden lat. Bane uważał, że poświęcił już Wujowi Samowi dość czasu, krwi i osobistych wyrzeczeń. Zasłużył sobie na to, żeby teraz usiąść z nogami na biurku i pozwolić młodym na zajmowanie się operacjami terenowymi.
- Kurwa, wciąż jestem głodny - powiedział sam do siebie. Odwrócił na chwilę wzrok od Krasił owa, spojrzał na młodego funkcjonariusza, z którym przybył na to spotkanie i skrzywił się. Oficer operacyjny Harvey Lee głaskał właśnie jakiegoś czarnego pieska, ubranego w różowy kubraczek. Psiak najwidoczniej należał do ulicznego aktora, który przygotowywał się właśnie do występu w tej części parku. Co gorsza, młody funkcjonariusz rodem z Kansas nie tylko głaskał psa - który, jakimś niesamowitym zbiegiem okoliczności, był uderzająco podobny do hałaśliwego kundla byłej żony Bane'a - ale też poruszał ustami.
Niech to szlag!
- Harve, co ty, kurwa, wyprawiasz? Gadasz do jakiegoś cholernego kundla? - Bane nie spuszczał wzroku z Krasił owa. Stary generał nie zdjął futrzanej czapki, od kiedy przed dwudziestoma minutami przybył na wschodni kraniec parku. ukrainiec wyrzucił niedopałek i przypalił następnego papierosa, przez cały czas spoglądając na Kreml. Bane musiał czekać, aż generał zdejmie czapkę, dając znać, że nie jest śledzony:
Rudy, piegowaty agent uśmiechnął się do Bane'a z zakłopotaniem. Był ponad piętnaście centymetrów niższy i dobre trzydzieści kilo lżejszy od Bane'a.
- Przepraszam, szefie, w dzieciństwie. . .
- Harve, wciąż głaszczesz tego kundla. Czy Finna płaci ci za głaskanie kundli?
Wiesz, że nie cierpię psów, zwłaszcza takich, które są podobne do Pookeya, tego pieprzonego psa mojej byłej żony: A w ogóle, co ty mówisz do tego kundla?
Podwładny uśmiechnął się. - To suczka, szefie. Właśnie mi powiedziała, że jest w panu szaleńczo zakochana.
Bane z trudem powściągnął uśmiech. Lubił Harveya Lee, można było na nim polegać i świetnie strzelał z każdej broni palnej. Ze względów bezpieczeństwa, Bane postanowił zabrać go na to spotkanie. Lee płynnie mówił po rosyjsku, niemiecku i francusku. Prawdę mówiąc, Bane nie powiadomił o swoim przybyciu nikogo, oprócz szefa stacji moskiewskiej, woląc zachować swą obecność w Moskwie w tajemnicy, dopóki nie spotka się z Krasiłowem. - No to może zostawiłbyś mnie sam na sam z tą suką. Idź, przynieś mi jeszcze jedną parówkę.
- Żaden problem. - Lee jeszcze raz pogłaskał psa i ruszył przed siebie.
- Aha, Harve.
- Tak?
- Wiem, że aż się palisz, żeby poćwiczyć rosyjski, ale nie zatrzymuj się na pogawędki z ulicznymi zwierzakami, dobrze? Coś się szykuje. Czuję to.
Lee skinął głowa i odszedł. Psiak podbiegł do Bane'a, machając ogonkiem. Bane spojrzał na właściciela zwierzaka, upewnił się, że tamten nie patrzy w jego stronę i wymierzył psu kopniaka w tyłek. Suka pisnęła i uciekła szukać schronienia u swego pana.
Rozmawiać z psem! Coś takiego!
Spojrzał na zegarek i nagle poczuł, że piecze go zgaga. Przeklął w duchu tłuste rosyjskie parówki. Z każdą chwilą, spędzoną na ziemi rosyjskiej robił się coraz bardziej rozgniewany: Obiecywał sobie, że ostro pogada z przełożonymi, kiedy tylko ta sprawa się zakończy: Do ciężkiej cholery coś mu się przecież od CIA należało! Bane stracił Jessikę, trzy razy trafił do szpitala z powodu ran postrzałowych i dwukrotnie z powodu wrzodów, spędził kilka miesięcy spacerując w basenie rehabilitacyjnym, żeby odzyskuć pełną sprawność prawej nogi po tym, kiedy sześć lat temu jakiś dupek z KGB wpakował mu w kolano pocisk kalibru 9 mm, przy różnych okazjach łamano mu żebra i kopano go po twarzy, spędził niezliczone noce w ruderach, przy których rudery Harlemu wyglądały jak "Hyatt Regency". Uznał, że czas już zasiąść w wygodnym fotelu i wreszcie dowiedzieć się, co to za gra komputerowa ten „Myst"; miał wrażenie, że wszyscy w Langley w to grają. Cóż, w końcu zimna wojna już się skończyła.
Horvey Lee wrócił z trzema parówkami w cieście. - Proszę, szefie... o, a gdzie ten psiak? Dla niego też przyniosłem.
- Ta suka? Poszła sobie. Nie mogła wytrzymać mojego uroku osobistego - powiedział Bane, wyjmując Lee z ręki dwie tłuste parówki w cieście. Pierwszą pochłonął w okamgnieniu. Następnie wgryzł się w drugą.
- Całkiem niezłe, co? - powiedział Lee, przeżuwając swoją parówkę.
- Ma się po tym sraczkę przez tydzień - powiedział Bane, przekrzywiając głowę.
Nagle Lee przestał żuć.
- Klient ruszył - potwierdził Bane, wrzucił niedojedzoną parówkę do najbliższego kosza na śmieci i ruszył Bulwarem Smoleńskim. Krasiłow skręcił w prawo, na Nabrzeże Puszkinowskie. Bane szybko zmniejszył dzielący ich dystans do niecałych dwudziestu metrów. Harvey Lee podążał za nim. Też skręcili w dwupasmową ulicę, biegnącą równolegle do zakrzywionego koryta rzeki.
Ciemne, nierówne kamienie, którymi wyłożone było nabrzeże, dochodziły do murku sześćdziesięciocentymetrowej wysokości przy południowym brzegu rzeki Moskwy. Po drugiej stronie opustoszałej ulicy stały walące się budynki. W odległości zaledwie jednej przecznicy od czystego, przyjemnego Parku Gorkiego ulice Moskwy nabrały nagle groźnego wyglądu.
- Dlaczego on idzie w tym kierunku? - spytał Harvey Lee. - Nie wygląda to na najlepszą dzielnicę w Moskwie.
Bane wzruszył ramionami, podzielając w duchu zaniepokojenie swego podwładnego i sięgnął ręką za plecy, upewniając się, że za paskiem ma pistolet Sig Sauer, jeden z dwóch, które szef stacji moskiewskiej zostawił im w schowku bagażowym na stacji metra koło Parku Sokolniki.
Krasiłow zatrzymał się obok ławki nad brzegiem rzeki i zdjął czapkę. Idąc w stronę Ukraińca, Bane odetchnął z ulgą.
Zrobił właśnie kolejny krok, kiedy dwie przecznice dalej zza zakrętu wjechała na nabrzeże czarna limuzyna ZiŁ i z piskiem opon popędziła w kierunku Krasiłowa. Bane odruchowo sięgnął ręką za plecy, zaciskając prawą dłoń na stalowym chwycie pistoletu.
- Co u...? – zaczął Lee.
- Broń! - krzyknął Bane, widząc czarną lufę, wysuwającą się z tylnego okna limuzyny po stronie pasażera. Chwilę później otworzyło się przednie okno po tej samej stronie i też wysunęła się z niego lufa.
Krasiłow rzucił się do ucieczki, zamierzając się schronić za niskim kamiennym murem przy rzece, a Bane i Lee równocześnie skierowali broń w stronę Ziła.
Bane szybko oddal pięć strzałów, ale nie trafił pędzącego pojazdu. Strzelał z Siga po raz pierwszy od wielu lat i jeszcze nie czuł tej broni. Lee nie oddał jeszcze ani jednego strzału. Młody funkcjonariusz prowadził jedynie pojazd na muszce. Po nabrzeżu poniósł się echem charakterystyczny terkot Kałasznikowa.
- Za mur! - krzyknął Bane, patrząc, jak pociski trafiają Krasił owa w plecy. - Dostali Krasił owa! Za mur!
- Zaraz, szefie! Prawie mam kierowcę na muszce!
Bane pociągnął Harveya Lee za ramię i pobiegł w stronę rzeki. - Szybko, mały! - krzyknął doświadczony funkcjonariusz CIA. Ich pistolety nie mogły się mierzyć z karabinami, których lufy były teraz skierowane w ich stronę.
BR> Biegnąc z rozwianymi włosami, w huku wystrzałów, niosącym się po nabrzeżu, Bane kierował się ku kamiennemu murowi. Po jego lewej stronie pocisk rozłupał brukowy kamień, chwilę później drugi, po prawej. Pociski odbijały się też rykoszetem od kamiennego muru, a przez huk wystrzałów przebiły się rozpaczliwe krzyki Harveya Lee.
Bane odwrócił się i przypadł do ziemi, patrząc, jak jego podwładny czołga się po bruku. Bane przykląkł na prawe kolano, uniósł broń i opróżnił resztę magazynka, mieszczącego piętnaście naboi.
Ostatnie pociski przebiły oponę lewego przedniego koła Ziła i limuzynę gwałtownie zarzuciło w lewo, prosto w stronę funkcjonariusza CIA.
Bane odskoczył na bok, a Ził roztrzaskał kamienny murek i wpadł do rzeki.
Ciszę, jaka zaległa, po kilku sekundach przerwał słaby głos Harveya Lee. - Szefie. . .
Bane podszedł do niego. Doświadczonemu funkcjonariuszowi wystarczył jeden rzut oka, żeby się zorientować, że jego młody podwładny nie przeżyje. Harvey Lee mocno krwawił z nosa, uszu i ust. Przewracał oczyma, a jego ciałem wstrząsały drgawki. Chwilę później zwiotczał.
Bane wsunął broń za pasek, przykląkł obok Lee, wziął go na ręce i tulił, jak matka trzymająca niemowlę.
Skurwysyny!
Podczas służby w CIA i w FBI Bane stracił trzech partnerów i wiedział, że do tego nie można się przyzwyczaić. Ogarniało go ogromne poczucie winy: jako wysoki rangą funkcjonariusz był odpowiedzialny za tych wszystkich młokosów. Był odpowiedzialny za tego dwudziestosześcioletniego dzieciaka i teraz przemknęło mu przez myśl, że być może popełnił błąd. Zamiast pozwalać mu podejść tak blisko do Krasiłowa, powinien był zostawić Harveya Lee na rogu, żeby ubezpieczał go od tyłu.
Donald Bane wciąż trzymał na rękach bezwładne ciało, ale instynkt profesjonalisty przypomniał mu, że nie może dać się zatrzymać rosyjskiej milicji w takiej sytuacji. Gdyby się rozeszło, że Krasiłow został zgładzony podczas spotkania z CIA, rodzina generała znalazłaby się w sytuacji bez wyjścia. W komunizmie, czy nie w komunizmie, Rosjanie i Ukraińcy znali tylko jeden sposób rozprawiania się z rodzinami zdrajców.
Od chwili, kiedy padły pierwsze strzały, minęła już prawie minuta. Nie zostało mu wiele czasu. Bane przeszukał kieszenie Harveya, upewniając się, że jego podwładny nie miał przy sobie nic oprócz paru tysięcy rubli, jak tego można było oczekiwać po turyście. Zabrał pieniądze i zegarek Seiko, żeby sfingować napad rabunkowy. Drugiego Siga wsunął do kieszeni spodni. Kiedy się z tym uporał, podniósł zwłoki i wrzucił je do rzeki. Prawdopodobnie ktoś je wkrótce wyłowi, ale przy odrobinie szczęścia, Lee stanie się po prostu jeszcze jednym pechowym turystą, który padł ofiarą szybko narastającej fali przestępczości w Moskwie.
Bane szybkim krokiem podszedł do Krasił owa, rozpiął mu płaszcz i wyjął z wewnętrznej kieszeni brązową kopertę. W oddali słychać już było syreny:
Milicja.
Miał niewiele czasu, żeby zniknąć z pola widzenia. Nie oglądając się za siebie, pobiegł nabrzeżem i zniknął za rogiem.