Oblężenie
l. ODMIENIEC
Zacznijmy od wizerunku - pochłonięte zabawą, maleńkie, piękne dziecko, krążące na czworakach wokół jakiegoś punktu na podłodze. Nie podnosi wzroku, choć się uśmiecha, śmieje; nie chce skierować naszej uwagi na tajemniczy obiekt swojej uciechy. W ogóle nas nie dostrzega. Tylko ono i punkt; i choć ma osiemnaście miesięcy - akurat tyle, by dotykać, smakować, pokazywać, popychać, macać - nie robi żadnej z tych rzeczy. Nie chodzi, nie wczołguje się na schody, nie wspina się na palcach, by dosięgnąć jakiegoś przedmiotu. Bo też żadnego nie chce.
Zamiast tego krąży wokół wybranego punktu albo siedzi z długim łańcuchem w ręku, wywijając nim tam i z powrotem, nawet i pół godziny - póki ktoś nie przyjdzie, żeby je poruszyć, nakarmić czy podać inną zabawkę, może książkę.
Jesteśmy rodziną moli książkowych. Ona także lubi książki. Szybko, z niejaką biegłością przewraca kartki jedną po drugiej - obojętne, co zawierają: jaskrawe ilustracje czy tekst; nie sposób powiedzieć, czy odróżnia je od siebie. Gwałtownie, w nie zakłóconym rytmie kartkuje książkę.
Jak by do niej nie mówić, głośno czy cicho, pozostaje to bez echa. Może jest głucha? To by wiele tłumaczyło - kompletny brak reakcji na proste polecenia i prośby, traktowany przez nas początkowo jako przejaw uporu. Mijają miesiące, a ona powtarza jedno, najwyżej dwa słowa, i to zaledwie raz czy dwa razy w tygodniu. Choć może to po prostu zapamiętały egocentryzm. Bo tak naprawdę nie wydaje nam się, żeby była głucha.
Potrafi się odwrócić w najmniej oczekiwanym momencie, gdy pojawi się jakiś niespodziewany hałas; podobny efekt może wywołać cichy furkot wody wpływającej do pralki.
Poza tym są słowa - gdyby była głucha, nie byłoby ich - ale też pojawiają się znikąd i nie wiadomo, gdzie przepadają - każde nowe słowo ruguje u niej poprzednie. Posługuje się nie słownikiem, lecz zawsze tylko słowem.
Dwadzieścia dwa miesiące. Wciąż nie chodzi, nie mówi, nie reaguje na mowę. Martwi to lekarza. Trzydniowa obserwacja w szpitalu. Żadnych poszlak wskazujących na fenyloketonurię czy inne organiczne ułomności. (Od niemowlęctwa jest wyjątkowo zdrowa; nie zdarzyło się, bym musiała mierzyć jej temperaturę). Podczas obserwacji była wyobcowana, wciśnięta w kąt łóżeczka. Nie pozwalała się karmić.
Pielęgniarki uśmiechały się, ona ich nie zauważała. Lekarze zagadywali, ona nie słyszała. Na darmo czekali - odwracała się od nich. Gwałtowne, stanowcze ruchy, czujna twarz. Orzekli, że nadal mieści się w normach rozwojowych, choć na samej granicy; mamy odczekać pół roku i dopiero potem zacząć się martwić.
"Sprawia wrażenie dziecka wychowywanego w ogromnej samotności".
Samotności? Przy trójce starszego rodzeństwa i nieustannie przewijających się przez dom dzieciach z sąsiedztwa? Była samotna, ale sama tę samotność stworzyła, szukała jej i strzegła. Gdy przenosiliśmy ją na podłogę, by poobserwować jej zachowanie w trakcie dziecięcych zabaw, złościła się i marudziła. Była szczęśliwa, gdy mogła raczkować w ogrodzie albo siedzieć samotnie w łóżeczku. Po drugim śniadaniu zabierałam ją, żeby sobie pospała. O piątej znowu tam siedziała zadowolona, to śpiąc, to podskakując, śmiejąc się i kołysząc - tam i z powrotem, tam i z powrotem. Zaczynało do mnie docierać, że mogłabym ją tak zostawić z zapasem jedzenia i picia, a jej w ogóle nie przyszłoby do głowy, żeby wyjść.
Szukała miejsc zamkniętych; gdy tylko widziała kojec, od razu chciała do niego wejść. Gdyby między nią a światem nie było fizycznej bariery, natychmiast by ją wzniosła. Patrzyła poprzez ludzi - tak jakby byli ze szkła. Odnajdywała samotność w towarzystwie innych, ciszę w środku gwaru.
Kolejny obraz: jest na plaży, ma już dwa latka, chodzi (kiedy przyszedł na to czas, po prostu zaczęła chodzić, bez jakiejkolwiek fizycznej trudności - takich zresztą nigdy nie było). Opalone, złotowłose dziecko niezwykłej urody spaceruje po piasku. Jest tak ładna, że przyciąga spojrzenia wielu ludzi, ale sama na nikogo nie patrzy. Idzie przed siebie, wkracza w rodzinne grupki, przechodzi obok piknikowych koszyków, zamków z piasku, wiaderek.
Mija ludzi w odległości centymetra. Można by pomyśleć, że ich nie widzi. Tymczasem widzi, tylko wzrok ma utkwiony w czymś przed sobą albo patrzy w jedną tylko stronę; bez względu na to, jak blisko przechodzi, nikogo nie dotknie. Po prostu idzie. Im dalej, tym mniej ludzi na plaży.
W oddali opustoszałe połacie piasku. Jej sylwetka, i tak mała, robi się coraz mniejsza. Kiedy tracę ją z oczu, ruszam jej śladem. Mogłaby tak iść i iść przed siebie, zbaczając tylko nieznacznie, by uniknąć zderzenia z kimś, i nie odwracając się - tak niewielką ma potrzebę kontaktu z innymi.
Jedna z przyjaciółek, widząc ją po raz pierwszy - jej opaloną skórę, złote włosy, jasne, niebieskie oczy, sylwetkę poruszającą się z tanecznym wdziękiem - nazwała ją dzieckiem z bajki. Miała jakąś niezwykłą lekkość w ruchach, niewinność w niewidzącym spojrzeniu. I wydawało się, że choć mijają lata, a ona rośnie, robi się smuklejsza i dojrzewa, na jej twarzy nie widać upływu czasu.
Nie miała też żadnych znamion ułomności; niczym się nie różniła od swoich rówieśników, z wyjątkiem tego, że - choć trudno powiedzieć dlaczego - wyglądała młodziej.
Irlandczycy nazywają baśniowy świat Krainą Młodości. Zamieszkują ją dobre istoty o ludzkiej postaci, w których piersiach nie słychać jednak bicia ludzkiego serca. Nie ma w nich zła; ból, jaki sprawiają innym, jest niezamierzony. I nie jest to okrucieństwo, choć takie sprawia wrażenie, lecz jakby życie w innym wymiarze, niezdolność zrozumienia naszych pragnień, potrzeb i tego, czym jest ludzkie ciepło. Właśnie dlatego, że baśniowe istoty nie mają serca, nigdy się nie starzeją.
Niesamowita niedostępność Elly, jej pełna spokoju samowystarczalność - to cechy tych, którzy, niczym w baśniach, mogą egzystować nieobciążeni ludzkimi przeżyciami. Małe dzieci to swoiste połączenie potrzeb i pragnień. Trzeba je karmić, ubierać, dbać o ich higienę, ale to nic w porównaniu z ich pragnieniami. Chcą ciastka swojej siostrzyczki, niedostępnej dla nich zabawki, chcą pojeździć wózkiem dla lalek. "Mamusiu, potrzebuję, chcę, daj mi" - to czy tamto, siebie, swoją miłość. Najwcześniejszych niepokojów związanych z dzieckiem zwykle się nie pamięta, ale ja nie zapomnę, jak po raz pierwszy zabrałam Elly do supermarketu.
Miała dziewiętnaście miesięcy. Siedziała w wózku na zakupy, baczna i czujna, wodząc oczyma za towarami stojącymi na mijanych przez nas półkach. Spotkałyśmy moją przyjaciółkę z córeczką w wieku Elly. Przyjrzałam się dziewczynce uważnie. Przyjaciółka miała poród z powikłaniami. Niezbędna okazała się transfuzja, dziecko było niedotlenione.
Mogło dojść do uszkodzenia mózgu. Dziewczynka wyglądała świetnie; siedziała w swoim wózku, równie czujna jak Elly, ale nie tak poważna. Odwróciła się i spojrzała na mamę. Zobaczyłam, jak wskazuje jej pudełko z cukierkami. Pomyślałam, że nigdy nie widziałam czegoś takiego u Elly.
Wskazywanie na coś to przecież nic takiego - czynność tak elementarna i samorzutna, że aż śmieszne, by się nad nią zastanawiać. Występuje u wszystkich dzieci, czyż nie? Wyciągnięcie ręki i palca to, w sensie symbolicznym i dosłownym, jakby przedłużenie siebie w świat - z myślą o określeniu przedmiotu, o zwróceniu nań czyjejś uwagi, może o zdobyciu go. Od wskazywania prosta droga do pytania: "Co to jest?", które otwiera całe bogactwo świata. Wskazywać, sięgać, chwytać, łapać to tyle, co nawiązywać relację z rzeczywistością zewnętrzną; i tyle, co mieć potrzebę takiej relacji.
Chłopczyk moich sąsiadów ma już prawie trzy lata, ale dopiero zaczyna mówić - bardzo martwili się o niego. Podbiega do mnie, patrzy mi w twarz i wskazuje huśtawkę. Wydobywa z siebie kompletnie niezrozumiałe dźwięki, jednak chwytam ich sens: "Chcę". Sadzam go na huśtawce.
Nie ma się czym przejmować: wyjdzie z tego. Elly ma już osiem lat, a jeszcze nie widziałam, by wskazywała na coś. Jej słownik składa się ze stu słów. I choć obejmuje takie pojęcia, jak "prostokąt", "kwadrat" i "sześciokąt", brak w nim zwrotu: "Co to jest?"
Dzieci różnią się, jeżeli chodzi o siłę swych pragnień i stanowczość, z jaką je wyrażają. Niektóre od urodzenia są w miarę samowystarczalne - to tak zwane dobre dzieci, aktywne i chętnie przebywające w kojcu, wśród zabawek. Inne wymagają opieki i nie są tak samodzielne. Tym staramy się dodać otuchy, łagodnie je usamodzielnić. Taką samowystarczalność uważamy za zaletę, nawet u niemowlaków, traktując ją jako zapowiedź niezależności, wewnętrznej siły.
Zapracowanej matce z trojgiem innych dzieci może jednak któregoś dnia przyjść na myśl, że taki maluch jest za bardzo samowystarczalny. Elly nie wskazywała na nic. Nie próbowała też zdobyć przedmiotów znajdujących się w jej zasięgu; wyglądało to tak, jakby nie zdawała sobie sprawy z ich obecności. Lubiła łóżeczko i kojec; gdy się ją stamtąd wyjmowało, raczkowała z pokoju do pokoju - było to jednak poruszanie się, a nie odkrywanie.
Nie napierała na nic, nie szperała, nie otwierała szuflad, nie ściągała lamp, nie czepiała się stołów. Gdy miała dwanaście miesięcy i zaczynała raczkować, przygotowałam barierki zamykające dostęp do schodów, które wykorzystywałam przy trójce pozostałych dzieci. Tym razem nie musiałam ich ustawiać. Elly nawet nie próbowała dostać się na dół i zagrożenia, że spadnie ze schodów, po prostu nie było. Choć tak jeszcze nieświadoma, wyraźnie wiedziała, gdzie jest krawędź czy skraj.
Można ją było spokojnie położyć na każdym łóżku. Akceptowała ograniczenia, i to tak naturalnie, jakby ich oczekiwała. Na schody nawet nie próbowała się wspinać, ale któregoś dnia podczas zabawy siostra nauczyła ją wczołgiwać się na nie. Poszło jej to dość łatwo i już pomyślałam, że to nowa umiejętność, która oznacza poszerzenie możliwości dziecka.
Był piątek. Na weekend wyjechaliśmy do pewnego domu, w którym nie było schodów. W niedzielę po powrocie nie udało się nam zaobserwować jej nowo nabytej umiejętności. Dopiero po sześciu miesiącach ponownie wczołgała się na schody.
Jadała z nami, przy stole - odkąd była na tyle duża, by jakoś przy nim siedzieć. Jedzenie podawaliśmy jej na talerzu, tak jak pozostałym dzieciom; brała kawałki w palce i jadła albo karmiłam ją sama, chyba że tego nie chciała. Jedzenie stanowiło jedyną rzecz, którą najwyraźniej dostrzegała, o którą prosiła. Nie domagała się niczego innego, po nic nie wyciągnęła ręki. Była zadowolona. Nie beznamiętna - uśmiechała się, a nawet śmiała - ale właśnie zadowolona.
Tylko od czasu do czasu coś było nie tak; w grę wchodziły błahostki, które jednak wywierały wpływ na El1y - na przykład to, że mleko dostała w szklance, a nie w swoim srebrnym kubku, lub że otrzymała je po posiłku zamiast przed nim.
Trudno się było domyślić, o co chodzi, gdyż nie podsuwała nam żadnych wskazówek, niemniej musieliśmy tego dociec, bo wybuchała płaczem, który kończył się dopiero wtedy, gdy jakoś udawało się nam wszystko doprowadzić do normy. Uderzało to zwłaszcza w zestawieniu z jej zwykłym spokojem.
Opóźnienie w rozwoju początkowo nawet przez myśl nam nie przeszło, ale przez te sześć miesięcy, które mieliśmy odczekać po badaniach szpitalnych, nie mogliśmy myśleć o niczym innym. Co to mogło być, jeśli nie opóźnienie, skoro w wieku dwóch lat jeszcze nie chodzi, nie mówi ani nie rozumie?
Wydawało nam się, tak samo jak lekarzom, że dostrzegamy jakiś błysk, ale obraz inteligencji dziecka jest czymś nieuchwytnym - to sprawa wyobraźni. Uchwytne jest to, co się wiąże z działaniem, to, co dziecko robi, a tu, dzień po dniu, okazywało się, że ono nie robi prawie nic. Czy jej wygląd - to, że pozostaje taka zatopiona w sobie - musi oznaczać, że jest skupiona, tylko dlatego że takie sprawia na nas wrażenie?
A może po prostu z braku doświadczenia nie połapaliśmy się, że jest to tępe spojrzenie kogoś opóźnionego w rozwoju, że jej cofnięcie się w siebie to naturalny odruch dziecka ułomnego w konfrontacji ze światem, którego nie jest w stanie pojąć?
W wieku dojrzewania - a nawet jako starsze dzieci - boleśnie odczuwamy rozdźwięk między tym, co człowiek może zrobić, a tym, co faktycznie robi. Ale małe dziecko? El1y miała trochę więcej niż rok, gdy nastąpiło przyhamowanie jej rozwoju. Nic się jej nie przytrafiło - żadnych chorób, niedostatków, zmian w środowisku. W tym wieku organizm powinien oczywiście reagować samorzutnie, działać zgodnie ze swoim możliwościami. Jeśli El1y czegoś nie robiła, należało przyjąć, że nie była w stanie.