Objawienie
iedy wszedł, pomyślałam, że to pomyłka. Jego nazwisko widniało na pierwszym miejscu na popołudniowej liście przyjęć — kółko w kwadracie oznaczało, że przychodził po raz pierwszy, a litery Msgr nabazgrane w nawiasie przez moją sekretarkę zawierały a priori charakterystykę pacjenta: „miopia — soczewki — glaukoma — refrakcja”. Tymczasem miałam przed sobą niskiego staruszka w sutannie okrytej czerwoną peleryną, z czego wywnioskowałam, że Msgr było raczej skrótem od mon-signore.
Podniosłam się, czekając, aż mnie rozpozna, wyda okrzyk przerażenia i ucieknie. Nie wiem, jaka to ironia losu, niezręczna rekomendacja kolegi po fachu lub ukryta intencja sprawiła, że kardynał wślizgnął się między moich pacjentów, skoro wiadomo, że tępię księży jak zarazę — ale nie będziemy tracić czasu na religijne dysputy w godzinach przyjęć. Jeśli przyszedł w innej sprawie niż jego oczy, to go wyrzucę.
Zamyka drzwi z ostentacyjną dokładnością, zaciska palce na swojej lasce i zbliża się do mnie, szeleszcząc jedwabiem. Czekam, aż poda mi pierścień do ucałowania, mam ochotę posłać go do diabła, ale on zadowala się spleceniem dłoni na uchwycie swojej teczki i lekkim skinieniem głowy.
— Kardynał Damiano Fabiani. Proszę nie wstawać, pani doktor, bardzo proszę: jestem tu incognito.
— Właśnie widzę.
Cień uśmiechu przebiega mu przez twarz. Skórę ma popielatoszarą, pożółkłą w miejscu pofałdowań, jak gazeta spłowiała od słońca, zapomniana gdzieś pod tylną szybą samochodu.
— Chciałem powiedzieć: bez przestrzegania protokołu.
Bije od niego jakaś chłodna surowość, pod płaszczykiem aksamitnego akcentu, wytrenowanego jak u szefa pizzerii. Jego wielka głowa na krótkim, wątłym korpusie przywodzi mi na myśl rysunki krążące po Internecie i przedstawiające ufoludki.
— Gdybym respektował zwykłą procedurę — kontynuuje, wieszając laskę na oparciu jednego z foteli, niewątpliwie dla przypomnienia mi, że wciąż jeszcze nie zaproponowałam, aby usiadł — wezwałbym panią do ambasady Stolicy Apostolskiej. Tylko czy pani by tam przyszła? Znam pani reputację, antyklerykalne wypowiedzi i rozkład zajęć. Kiedy moje służby skontaktowały się z pani sekretarką, żeby zaprosić panią na obiad, odpo-wiedziała nam, że nie jada pani obiadów, rano operuje, a po południu przyjmuje pacjentów, i że na wolny termin trzeba czekać dwa miesiące, nie licząc tego wtorku o godzinie trzynastej pięćdziesiąt pięć, w razie nagłego wypadku.
— I to jest nagły wypadek?
— Tak.
Obserwuję, jak siada naprzeciwko, powoli i sztywno, nie spuszczając ze mnie wzroku. Najwyraźniej wie, że to ja przyczyniłam się do demistyfikacji ostatniego cudu w Lourdes, i dlatego nie potrafię sobie wytłumaczyć jego kurtuazji. Kardynał postawił na podłodze swoją aktówkę i odchylił poły peleryny, a ja wzięłam do ręki ołówek.
— Co panu dolega?
— Mnie? Nic, dziękuję pani bardzo. Poza artretyzmem w lewym biodrze...
— ...który raczej nie wymaga specjalistycznej wizyty u okulisty.
— Co do tego jesteśmy zgodni.
Zapada milczenie. On mi się przygląda, a ja wytrzymuję ten wzrok, mimo dzikiej ochoty mrugnięcia. Zrobiłam dziś rano sześć laserowych operacji rogówki i miałam bardzo ciężką noc, począwszy od wrzasków ząbkującego niemowlęcia sąsiadów, aż po koszmary prześladujące mnie po mojej ostatniej sesji w Internecie. Po kolacji weszłam na czat i właśnie rozmawiałam z japońskimi kolegami, gdy nagle jakiś intruz przedostał się na naszą stronę internetową i zaczął mnie wzywać po imieniu. W dodatku wypisywał te swoje typowe wstawki podrywacza dużymi literami: szczyt prostactwa w sieci, gdzie duże litery oznaczają, że się krzyczy. Zazwyczaj administratorzy forum oftalmologicznego dość szybko usuwają takich zbiegów ze stron erotycznych, ale tym razem żaden z moich rozmówców zdawał się go nie zauważać. JUŻ NIEDŁUGO MNIE POZNASZ, ŚLICZNA NATHALIE, IBARDZO MNIE TO CIESZY. Odpowiedziałam mu dużymi literami, żeby spadał na drzewo albo na inne forum. Na moim ekranie pojawiły się słowa: KŁADŹ SIĘ SPAĆ, ŚWIATEŁKO MOICH NOCY, JESTEŚ
ZMĘCZONA, A JUTRO WAŻNY DLA NAS DZIEŃ. Jego ikona użytkownika sieci nie była zielona, jak w trakcie normalnego połączenia, tylko migała na żółto i czerwono, jakby połączenie było złe albo jakbym miała problemy z modemem. Postanowiłam zakończyć rozmowę z japońskimi kolegami, a wtedy haker przerwał mi w połowie zdania, które formułowałam na ekranie: KOLOROWYCH SNÓW, NATHALIE KRENTZ, WKRÓTCE BĘDĘ PRZY TOBIE. Prawie nie zmruży-łam oka.
— W gruncie rzeczy zwracam się bardziej do specjalisty, którym pani jest, niż do praktyka.
Wzdrygnęłam się. Włoch pogładził czubkiem palców czerwoną piuskę, po czym złączył dłonie, by ukryć ich lekkie drżenie.
— To znaczy?
— Przybyłem zamówić u pani szczególnego rodzaju ekspertyzę, pani doktor. Opierającą się w równej mierze na pani kompetencjach oftalmologa, uznanych ogólnie, co na pani sceptycyzmie: są tacy, którzy nazwali go ślepym. Ja jednak wolę mówić o obiektywizmie, który w tym właśnie przypadku jest zaletą, i z tego też powodu panią wybrałem.
Analizuję jego słowa, starając się zrozumieć, do czego zmierza tą okrężną drogą, owijając w bawełnę zarówno pochlebstwa, jak i przestrogi. Spotkałam już jednego kardynała, w ramach talk-show poświęconego niewyjaśnionym przypadkom uzdrowienia, ale tamten był w cywilu, z tych, co to udają liberalnych i obruszają się przy każdym bluźnierstwie. Załatwiłam go w pięć minut. Ten najwyraźniej jest innego pokroju. Sprawia wrażenie, jakby mnie znał, jakby wiedział, że nie jestem wrażliwa ani na pochlebstwa, ani na zarzuty złej woli: dotykają mnie tylko dowody rosnącego nieporozumienia między mną a ludźmi. Tak niewiele mam wspólnego z tym, co mi zarzucają: oziębłość, wyniosłość, nieprzejednanie, sztywne zasady. Gdyby wiedzieli...
— Zamieniam się w słuch, proszę pana. Czy raczej mam mówić: „Wasza Eminencjo”?
Opiera się wygodnie, żeby móc założyć nogę na nogę, rozlewa się w fotelu jak mus malinowy.
— Jak pani woli. Być może mniej oficjalne byłoby monsignore.
Ironia wyczuwalna w jego głosie neutralizuje moją, a jednocześnie oznacza próbę sił na wybranym przeze mnie terenie. Jeżeli chodzi o dialektykę, to ten salonowy prałat nie ma nic do pozazdroszczenia moim kolegom ze studiów, z którymi wtedy zmieniałam świat, a który potem wyrośli na ważniaków grających w golfa, dyrektorów klinik w sportowych wozach, sługusów laboratoriów farmaceutycznych, gotowych płaszczyć się przed każdym, kto im załatwi zezwolenie na produkcję, albo naukowców prowadzących programy badawcze i badających programowo najwyżej stabilność własnego stołka, żeby przypadkiem z niego nie spaść.
— Czy chodzenie po ulicy w takim stroju nie jest trochę krępujące? Wciąga policzki, okrywa się połami swej szkarłatnej peleryny.
— Dużo mniej niż kiedyś, kiedy nikt nie nosił różowych włosów, pępka na wierzchu albo kolczyka w nosie. Dzisiaj na mój widok ludzie ledwo się odwracają.
— Biorą pana za drag queen?
— Procedura nakazuje, żebym stawił się w oficjalnym stroju przed osobą, którą chcę zaangażować. W innych przypadkach, proszę mi wierzyć, potrafię chodzić niezauważony.
Nagle pomyślałam, że on za dobrze gra swoją rolę, a cała ta jego retoryka i kardynalska purpura są tylko aktorskimi rekwizytami. Jednak kto chciałby sobie zadać tyle trudu, żeby zrobić mi kawał? Nikt nie złożył mi życzeń z okazji czterdziestych urodzin, tydzień temu, a z Franckiem mam już tylko stosunki w kratkę, gdzie porozumienie bez słów i łatwość kontaktów to wspomnienia trudne do zniesienia.
— A gdybyśmy tak przeszli do rzeczy?
Przytakuje, spoglądając na zdjęcie w srebrnej ramce, przedstawiające dwoje zmarłych: moją matkę i mojego psa, którzy w tej chwili są dla mnie całym życiem osobistym. Po czym splata palce i kontempluje migotanie żółtego kamienia w kardynalskim pierścieniu.
— Oto, co mnie sprowadza, pani doktor. W 1531 roku, w Meksyku, żył biedny Indianin o imieniu Cuautlactoactzin. Jego rodzice już nie żyli, trzy lata wcześniej owdowiał, a jego wuj, jedyny żyjący krewny, ciężko zachorował.
Przerywa na chwilę, niewątpliwie po to, aby dać mi czas na zadumę nad okrutnym losem obcego człowieka, który ponad cztery wieki temu obrócił się w proch. Ponieważ z mojej strony nie ma najmniejszej reakcji, jeśli nie liczyć ruchu rotacyjnego, w który wprawiam trzymany w dłoni ołówek, kontynuuje, już mniej afektowanym głosem:
— Przypominam pani, że 1531 rok to dopiero początki kolonizacji hiszpańskiej. Opanowanie Meksyku przyszło konkwistadorom bez trudu: ich nadejście od dawna zapowiadały azteckie proroctwa. Cesarz Montezuma przekazał swój tron Cortésowi ze słowami: „Czekałem na was”, a Cuautlactoactzin przeszedł na chrześcijaństwo, jak wielu innych tubylców. Oczywiście nie mieli specjalnego wyboru, ale przede wszystkim znaleźli w religii katolickiej zbawienną przeciwwagę dla barbarzyństwa swoich wysokich kapłanów. Nie zapominajmy, że Aztekowie poświęcali rocznie dwieście tysięcy osób, rozszarpując je żywcem i wyrywając im serca, żeby w ten sposób oddać cześć słońcu i zachęcić je do wspinania się po niebie.
Bierze mnie na świadka dzikich obyczajów tych ludzi gestem emeryta, który karmi gołębie. Z całym spokojem zwracam mu uwagę, że jeśli chodzi o liczbę ofiar, to wyniki inkwizycji katolickiej też są niezłe, a poza tym pacjent z godziny czternastej czeka za drzwiami.
— Jeszcze będę miał okazję wrócić do nadużyć kleru hiszpańskiego — odpowiada, ignorując tym samym drugą część mojego zdania. — Powróćmy jednak do naszego przyjaciela Cuautlactoactzina. Dla większej wygody będę używał imienia, które sam sobie wybrał na chrzcie, żeby przypieczętować swoje nawrócenie: Juan Diego. Był to człowiek prosty, ale bardzo pobożny, jak również niezwykle wytrzymały fizycznie: nie wahał się ma-szerować codziennie pięćdziesiąt kilometrów na bosaka, żeby dotrzeć na katechezę w Tlatilolco, jednej z wiosek wchodzących teraz w skład miasta Meksyk. Po drodze musiał mijać wzgórze na pustkowiu, nazywane Tepeyac, i tam o poranku w sobotę 9 grudnia 1531 roku usłyszał łagodny głos szepczący: „Juanito... Juan Dieguito...”. Odwrócił się i zobaczył przed sobą bardzo piękną młodą kobietę, nieruchomą w delikatnej poświacie, która oświadczyła: „Jestem Maryja Dziewica, matka prawdziwego Boga, dla którego wszyscy istniejemy”.
Odkładam ołówek na bloczek z receptami i przypominam mu moje stanowisko w kwestii rzekomych cudownych objawień Matki Boskiej w Lourdes.
— „Zbiorowa halucynacja i inwestycja ekonomiczna” — przerywa mi, cytując moje słowa. — Wiem, że uważa się pani za ateistkę i podkreślała to pani wielokrotnie w najczęściej oglądanych programach telewizyjnych w tym kraju. Wiem też, że międzynarodowy komitet lekarski w Lourdes poprosił panią o opinię w sprawie niewyjaśnionego przypadku uzdrowienia, i uważa pani, że udało jej się udowodnić znikomą rolę Matki Boskiej.
— Zdecydowanie. To był przypadek ślepoty histerycznej, która zanikła w efekcie szoku nerwowego, w momencie gdy nastolatkę wrzucono do lodowatej wody w grocie. Nie było żadnego uszkodzenia nerwu wzrokowego: to jej mózg nie przetwarzał informacji, które otrzymywał.
Zatrzymuje mnie uniesieniem dłoni:
— Nie proszę o nic innego.
— Słucham?
— Zależy mi na opinii wybitnej specjalistki w dziedzinie oftalmologii, w celu przeciwstawienia się „bałwochwalczym przesądom”, o których wspomina pani w swoim raporcie dla komitetu w Lourdes.
Podpieram dłonią podbródek, zdezorientowana taktyką tej mumii ze Stolicy Apostolskiej, której najwyraźniej sprawia przyjemność, że wciąż zbija mnie z tropu. Wodząc czubkiem palca wzdłuż lamówki swej sutanny, kardynał wpatruje się w stiuki sufitu.
— Tak więc Maryja Dziewica oświadczyła Juanowi Diego: „Idź, poszukaj biskupa i powiedz, żeby zbudował mi tutaj kaplicę”. Biedny Indianin gwałtownie zaprotestował. W rzeczywistości przerażał go nie tyle nadprzyrodzony charakter samego zjawiska, zgodny z jego wierzeniami, ile wymóg przekroczenia ustalonych norm społecznych. „Ależ, moja słodziutka Panienko — odparł w kwiecistym stylu Azteków — jam najniższy spośród sług twoich, malutki niegodziwy truteń, w dodatku Indianin... Przenigdy biskup Meksyku nie da mi posłuchu”. — „To ciebie wybrałam, Juanie Dieguito, najniższy spośród sług moich — od-parła Maryja Panna. — Idź, poszukaj biskupa, a on ci uwierzy”.
Telefon zaczyna brzęczeć; odbieram, prosząc wzrokiem o wybaczenie. Franck pyta, czy mogę go zastąpić przy operacji katarakty następnego dnia rano.
— Nie mogę teraz rozmawiać. Oddzwonię.
— Spróbuję się streszczać — mój gość uśmiecha się, gdy odkładam słuchawkę. — Juan Diego udaje się więc do biskupa Zumarragi i mówi mu: „No więc spotkałem Maryję Dziewicę i ona prosi, żeby wybudować jej kaplicę na wzgórzu Tepeyac”. Tamten odpowiada: „Naturalnie”, po czym każe wyprowadzić tego czubka. Maryja Panna obstaje przy swoim i pięć razy objawia się Juanowi Diego, żeby posłać go z powrotem do biskupa, który tym razem każe go wyrzucić siłą. W końcu, zniechęcony, Indianin zbiera się na odwagę i mówi Maryi Dziewicy, że Zumarraga nigdy nie uwierzy mu bez jakichś dowodów. Na to ona radzi przynieść mu róże. Ale jest środek zimy, Juan Diego tylko wzrusza ramionami. Tymczasem po jej zniknięciu odkrywa całe zbocze góry usiane różami. Układa z nich wiązankę, którą owija połą swej szaty. Słudzy biskupa tym razem pozwalają mu wejść, zaintrygowani kwiatami, które niesie w darze. Zaprowadzony przed oblicze Zumarragi, Indianin składa róże u jego stóp, a osłupiały biskup pada na kolana. Na całej długości szaty
Indianina odcisnął się wizerunek Najświętszej Maryi Panny.
Poruszenie palców splecionych dotychczas pod podbródkiem oznacza niewątpliwie, że to pointa całej historii. Przechodzę nad tym do porządku dziennego i pytam, jaki to ma związek ze mną. — Tunika tego rodzaju, zwana tilmą, jest tkana z włókien agawy, które są niezwykle nietrwałe. Tymczasem niemal pięć wieków później jest ona wciąż jak nowa i można ją oglądać w bazylice w Gwadelupie, w północnej części Meksyku. Wszyscy najwybitniejsi specjaliści, którzy ją widzieli, doszli do wniosku, że nie są w stanie niczego wyjaśnić. Ani doskonałego stanu płótna, ani natury odciśniętego na nim „obrazu”, którego kolory nie pochodzą z żadnego barwnika znanego na ziemi; ani pozycji planet na płaszczu Maryi Panny, które zdają się świadczyć o znajomości astronomii niemożliwej jak na tamte czasy; ani sceny w jej oczach.
— Jakiej sceny?
— Cała scena u biskupa widnieje w oczach Najświętszej Panienki. Jest dosłownie „sfotografowana”. Przynajmniej tak twierdzą badacze, którzy odkryli to pod mikroskopem. Bierze na kolana aktówkę, wyjmuje z niej opasłą teczkę z dokumentacją i podaje mi ją.
— Oto wyniki ekspertyz przeprowadzonych przez pani kolegów, od 1929 do 1990 roku, kiedy to Jego Świątobliwość Jan Paweł II beatyfikował Juana Diego.
Otwieram na chybił trafił zieloną teczkę, mój wzrok pada na fotograficzne powiększenie źrenicy, gdzie trzy odbicia zosta-ły obrysowane czarnym flamastrem. Przerzucam dokumentację przypiętą spinaczem. U dołu sześciostronicowego raportu widnieje podpis: Dr Rafael Torrija.
— Nie mówię po hiszpańsku — oświadczam, zamykając teczkę.
Kardynał podskoczył, jakby go ktoś ukłuł szpilką. Pierwszy raz od początku rozmowy udało mi się wyprowadzić go z równowagi. I nie dzięki mojej wiedzy, ale przez moją ignorancję.
— Prześlę pani tłumaczenie — odparł sucho. — Tak czy inaczej, te ekspertyzy nie mają dla mnie żadnej wartości: wszystkie są identyczne.
Rzucam okiem na zegar ścienny i poprawiam pozycję pustej popielniczki. Kardynał sprezentował sobie kwadrans mojego czasu: zostało mu sześć minut.
— Czego dokładnie pan ode mnie oczekuje, monsignore? Że zbadam oftalmoskopem oczy na obrazie i powiem panu, czy Maryja Dziewica była krótkowidzem?