O dorastaniu
Tworzyć wyspy dobra
Rozmowa z Markiem Kotańskim
(fragmenty)
Pracuje pan z młodzieżą już 30 lat. Czy z perspektywy Marka Kotańskiego dziś jest ona bardziej depresyjna niż kiedyś?
Zdecydowanie tak i ja to wyraźnie widzę. Oczywiście mam specyficzny punkt widzenia, bo zajmuję się młodzieżą uważaną powszechnie za patologiczną, ale mam też do czynienia z młodzieżą całkiem zdrową – w ramach prowadzonej przeze mnie profilaktyki.
Widzę zupełnie inną perspektywę życia. Oni są smutni i nie do końca wierzący we wszystko to, co robią. Sprawiają wrażenie ludzi skurczonych w jakimś strachu, w niemożności powiedzenia tego, co czują i co myślą. Mimo, że na pozór łatwo umieją nawiązywać dialog, że są otwarci, to jednak daje się wyraźnie odczuć, że nie potrafią po swojemu rozgrywać swojego życia. Wycofują się.
(...)
Ale źródłem depresji mogą być nie tylko stosunki z rodzicami. Głód prawdziwych uczuć nie dotyczy tylko domu. Mają przecież swoich chłopaków, swoje dziewczyny. Jak dziś wyglądają te relacje?
Źle bardzo. Ta młodzież jest osaczona przez sex. Kasety, strony internetowe, pornosy, to wszystko skutecznie pierze ich z jakichś uniesień, prawdziwych uczuć, z potrzeby czułości. To walec, który miażdży naturalne młodzieńcze porywy i potrzebę przeżywania miłości w inny sposób niż się to podaje i zaleca. Na pewno jest w nich głód, ale nie bardzo wiedzą czego. Nie ma bowiem innych wzorów niż medialne gotowce. Jest wyłącznie coś w rodzaju Frankensteina miłości. Kontakty, które mają są zazwyczaj bardzo smutne, powierzchowne, niesatysfakcjonujące, to ich przygnębia, nie daje tej pary, energii życiowej, jaką daje głęboko przeżyte uczucie. Oczywiście tego nie manifestują na zewnątrz, bo trzeba przecież robić dobrą minę do złej gry.
Ale to jest immanentna część tej fali młodzieńczej depresji z jaką mamy dziś do czynienia, bo bierze się z tego samego źródła: z deficytu wartości. Oni chcieliby coś tworzyć, coś przeżyć. Szukają na oślep, biorą za dobrą monetę te wzorce, jakich się im dostarcza... a potem przychodzi rozczarowanie, jeszcze większe zagubienie, zapadanie w studnię. Ta ich miłość to jest przyklejanie kolorowego papierka na chorej duszy. A tej duszy potrzeba coś świeżego, pięknego.
(...)
Mówił pan dużo o terapeutycznym wpływie obcowania z prawdziwym cierpieniem, o tym, jakie to robi wrażenie na młodych ludzich. To chyba paradoks. Żyjemy przecież w świecie przesiąkniętym przemocą, śmiercią, gwałtem na ludzkiej naturze. Tylko, że ta medialna śmierć nie uwrażliwia, a raczej znieczula.
Obcowanie z prawdziwym cierpieniem to jeden z najważniejszych kluczy do kształtowania postaw młodych ludzi. Proszę zwrócić uwagę, że my, jako dorośli, cały czas bawimy się tylko z młodzieżą, nie dajemy jej szans na właściwy rozwój emocjonalny. Tak jest w domu, na ekranie, w życiu społecznym. Na przykład jako dorośli przejęliśmy praktycznie cały system opieki społecznej i nie pozwalamy się młodym w to włączać. To karygodne zaniedbanie.
Jak to, przecież jest wolontariat, głównie złożony z młodzieży
Tak naprawdę on jest śladowy. Więcej wokół tego szumu informacyjnego, niż prawdziwej działalności. Oszczędzamy młodzież, dajemy jej zabawki, wirtualną rzeczywistość, trzymamy na dystans od prawdziwych ludzkich spraw. To nie jest dobry pomysł na prawidłowe dojrzewanie.
Dlaczego zatem nie ma więcej młodych w wolontariacie? Podobno nie jest tak, że oni nie chcą. W badaniach wychodzi, że tęsknią za działaniami wspólnotowymi, za służbą innym, tylko... nie bardzo potrafią. Owszem, zrobić show, jakąś jedną wielką akcję, dużo dymu i świateł – to tak. Ale mrówcza praca, gdzieś na szpitalnych korytarzach...
Rzeczywiście nie bardzo potrafią. Niedawno zrobiłem coś wbrew sobie, bo zawsze chcę pracować razem z młodzieżą, mianowicie dałem im do dyspozycji ogromną salę u siebie, na Marywińskiej, by stworzyli Centrum Wrażliwości Społecznej. Miał powstać krąg ludzi, głównie studentów, którzy zaczęliby coś robić... I to nie wychodzi. Oni sami z siebie nie są w stanie nic stworzyć. Jestem przerażony, bo jakoś nie widzę, by w ogóle odczuwali taką potrzebę pomagania innym. Trzeba ich więc pchnąć w tę stronę, bo sami z siebie nie pójdą. A nie bardzo widzę, żeby komuś na tym pchaniu specjalnie zależało.
Panu chyba zależy. Ma pan jakiś pomysł, jak to zrobić?
Trzydzieści lat temu miałem pomysł jak pomóc młodzieży patologicznej. Otwierałem domy, komuny, w których oni dochodzili do siebie, odradzali się. Trafiłem wtedy w czas, te domy szybko się rozrastały, powstał cały ruch... W tej chwili myślę, że trzeba takie domy tworzyć dla młodych ludzi.... ale zupełnie normalnych, zdrowych. Domy w których młodzież spotyka się regularnie, jedni na pięć godzin, inni na osiem, czy szesnaście godzin, by na zasadzie wspólnoty tworzyć pewne programy społeczne. Trzeba ich oderwać od biurek i komputerów, posadzić ze sobą, pokazać kawałek prawdziwego życia, wskazać cel... zanim będzie za późno.
(...)
(Opublikowano za zgodą Wydawnictwa Literackiego)