Nowe Niemcy
KONIEC PROWINCJONALIZMU ###Republika berlińska
3 września 1999 roku: po raz pierwszy od spalenia przez nazistów w roku 1933 nowa sesja niemieckiego parlamentu rozpoczęła się w gmachu dawnego Reichstagu (parlamentu Rzeszy), obecnie oficjalnej siedzibie Bundestagu (parlamentu federalnego). Budynek został odbudowany według projektu angielskiego architekta Normana Forstera i zwieńczony przezroczystą kopułą, w której po spiralnej rampie publiczność przechadza się nad salą posiedzeń plenarnych.
Z zewnątrz ten nieustanny ruch, który można obserwować od Bramy Brandenburskiej i z dzielnicy rządowej, zdaje się symbolizować syzyfowy trud demokracji niemieckiej.
"Republika berlińska" narodziła się - wprost na placu budowy - pod koniec banalnego lata wypełnionego przeprowadzką ministerstw i biur parlamentarnych z Bonn. Małe miasto nadreńskie było przez pięćdziesiąt lat tymczasową stolicą Republiki Federalnej Niemiec, proklamowanej w roku 1949 w trzech strefach okupacyjnych: amerykańskiej, brytyjskiej i francuskiej, tego samego roku, kiedy w radzieckiej części Niemiec proklamowano inną republikę, komunistyczną Niemiecką Republikę Demokratyczną, która znikła 3 października 1990 roku, z chwilą zjednoczenia. Od Renu do brzegów Szprewy, rzeki zaopatrującej w wodę aglomerację berlińską, jedzie się sześćset kilometrów, przemierzając praktycznie całe Niemcy z zachodu na wschód.
Wymowny symbol. Wypisano na ten temat wiele atramentu, zanim ostatecznie podjęto w Bundestagu 20 czerwca 1991 roku, 337 głosami przeciwko 320, decyzję o przeniesieniu centralnych organów republiki do Berlina.
Dopiero po ośmiu latach rzecz dokonała się ostatecznie; było to osiem lat wątpliwości i dyskusji na temat fundamentów tych nowych Niemiec, którym dały początek trzy wydarzenia: upadek muru berlińskiego 9 listopada 1989 roku, zjednoczenie i powrót krajów Europy Wschodniej na scenę europejską. Rozgrywka była - by tak rzec - bardzo ostra, na miarę szalonego tempa globalizacji i błyskawicznej komunikacji, które formują społeczeństwa i ich zachowania, ale wtedy, u schyłku XX wieku i jego dramatów, to, co tkwiło w pamięci zbiorowej, bardzo się jeszcze liczyło. Mimo toczącego się procesu jednoczenia Europy, najmniejsze nawet przekształcenie mapy kontynentu było obciążone ważkimi treściami symbolicznymi.
Tak było w związku ze zjednoczeniem oraz podczas sporu wokół ostatecznego uznania granicy z Polską na linii Odry i Nysy. Dla każdego z naszych krajów był to moment silnych napięć emocjonalnych, którym przywódcy polityczni powinni starać się nadawać możliwie najkorzystniejszy kierunek.
Wyprzedzając o kilka dni parlamentarzystów, kanclerz Niemiec, socjaldemokrata Gerhard Schroder, przybył do Berlina 23 sierpnia 1999 roku. Wracał z wakacji w Toskanii. Zajął swoją nową siedzibę, jego ministrowie - swoje. Niektóre z nich to gmachy nowiutkie jak spod igły , na przykład Ministerstwo Spraw Wewnętrznych na brzegu Szprewy , inne poumieszczano w budynkach historycznych. Ministerstwo Finansów zyskało dla siebie dawne nazistowskie Ministerstwo Lotnictwa feldmarszałka Goringa, Sprawy Zagraniczne odnowiły dawny Reichsbank, który po wojnie stał się siedzibą władz partii komunistycznej, sercem NRD. Ekspozytura berlińska Ministerstwa Obrony, którego kierownictwo pozostało w Bonn, dysponuje na swój użytek dawną siedzibą sztabu generalnego Wehrmachtu: to na jej dziedzińcu stracono część wojskowych spiskowców, autorów nieudanego zamachu na Hitlera z 20 lipca 1944 roku.
Dokument regulujący przeprowadzkę przewidywał, że część ministerstw - Obrony, Współpracy, a także bardzo rozbudowane Ministerstwo Spraw Socjalnych - utrzyma większość personelu w Bonn, żeby nie krzywdzić za bardzo regionu: taki układ nie ułatwia życia ministrom, a niektórzy uważają, że jest tylko czasowy.
Ani nowe biura parlamentu przy Reichstagu, ani - naprzeciwko niego - nowy gmach Urzędu Kanclerskiego, oddany do użytku dopiero w maju 2001 roku, nie były wówczas ukończone. Kanclerz musiał się ulokować w pomieszczeniach tymczasowych. Jeszcze przez dwa lata będzie biwakował w gmachu zbudowanym przez reżim komunistyczny dla wschodnioniemieckiego urzędu prezydenckiego na miejscu ruin starego pałacu cesarskiego.
Urzęduje w jednym z gabinetów Ericha Honeckera, który aż do przejścia na emeryturę (18 pażdziernika 1989 roku) łączył stanowiska szefa państwa i sekretarza generalnego wschodnioniemieckiej partii komunistycznej. Jest to gabinet w stylu NRD, cały z jasnego drewna. Hol wejściowy dawnego urzędu prezydenckiego jest wciąż udekorowany wielkimi freskami ku chwale państwa ludu pracującego.
Zewnętrzny balkon z kutego żelaza, wychodzący na wielki plac defiladowy reżimu komunistycznego i na widmo tego, co było Pałacem Republiki, siedzibą Izby Ludowej, zamkniętą "z powodu prac nad usuwaniem azbestu" od 1990 roku, to jedyna pamiątka po pałacu cesarskim: to stąd przywódca Związku Spartakusa, Karl Liebknecht, w listopadzie 1918 roku nawoływał tłumy do rewolucji komunistycznej, starając się uprzedzić socjaldemokratę Friedricha Eberta, który próbował, wśród szalejącej anarchii, ustanowić pierwszą republikę niemiecką na ruinach zmiecionej przez klęskę wojenną Rzeszy.
Kilka miesięcy później dokona się to w Weimarze.
Gerhard Schroder nie myśli o tych sprawach.
Wybrany rok wcześniej, we wrześniu 1998 roku, na czele koalicji złożonej z socjaldemokratów i Zielonych, zaprzysiągł, że będzie symbolizował zmianę po raczej trudnym końcu panowania swego poprzednika, Helmuta Kohla, ojca zjednoczenia. A pierwszym sygnałem, który chce przekazać - on, hanowerczyk, który nigdy nie czuł się zbyt dobrze w katolickim Bonn, niewielkim nadreńskim mieście, na jego gust nazbyt pachnącym starym RFN - jest możliwie najszybsze przeniesienie się do Berlina.
Najrozmaitsze wybiegi, które wciąż dostarczały pretekstów do opóźniania przenosin, uważa za absurdalne. Zatruwają one klimat zjednoczenia. Niemcy i Europa muszą zrozumieć, że dokonało się ono naprawdę i trzeba teraz liczyć się z nową rzeczywistością, nie można na nią zamykać oczu. Berlin, który przez dziesięciolecia był symbolem walki Zachodu o wolność, zdaniem nowego kanclerza daje Niemcom szansę, by dowieść światu, że zrozumieli lekcję historii, że są gotowi w pełni wziąć na siebie odpowiedzialność za swoje losy. Że są obecnie społeczeństwem otwartym.
"Berlin otworzy politykę na inne projekty życia, na nowe sposoby regulowania problemów" - oświadcza Gerhard Schroder w wywiadzie dla magazynu "Stern" w kilka dni po zainstalowaniu się na nowym miejscu. Przewiduje, że miasto stanie się "jedną z najbardziej podniecających metropolii świata", i wzywa, by sprostać tej nowej roli: "Wraz z przeprowadzką do Berlina Republika Federalna znalazła się bliżej środka Europy, w sensie geograficznym.
To nie powinno niczego zmieniać i nie zmieni, jeśli chodzi o przynależność Niemiec do świata zachodniego, o nasze zakotwiczenie w sojuszu atlantyckim, w Unii Europejskiej. Ale Berlin, miasto, które było symbolem podziału Europy, nakłada też na nas pewien szczególny obowiązek: a mianowicie - obowiązek uchwycenia z pełnym zaangażowaniem nadarzającej się szansy pogłębienia i rozszerzenia integracji europejskiej, wraz z naszymi sąsiadami z Europy Wschodniej i Środkowej.
I właśnie w metropolii berlińskiej, która będzie w coraz większym stopniu tyglem ludzi różnego pochodzenia i kultury , powinniśmy dokonać - nie popadając w romantyzm wielokulturowości - tego, co pokazał już nam wielki berlińczyk Willy Brandt: że chcemy być dobrymi sąsiadami, dla siebie i dla innych".
Gerhard Schroder domaga się zmiany pokoleniowej, "republiki berlińskiej" bardziej otwartej na świat. Twierdzi, że dla najmłodszych Niemców, dwudziesto-, trzydziestoletnich, jest to już perspektywa zupełnie naturalna. "Widzą sens życia nie w zarozumiałym krytykowaniu, lecz w przekraczaniu barier; chcą widzieć sprawy pragmatycznie, raczej wypróbowywać rozwiązania niż poszukiwać jakichś rzekomo patentowanych recept" : to cały program, określający, kim chce być kanclerz - otwartym pragmatykiem, nawet jeśli tę determinację z trudem niekiedy znoszą jego partnerzy w Niemczech, a zwłaszcza w Europie, przede wszystkim we Francji.
W rozumieniu kanclerza przeprowadzka potwierdza zwrot, który lewica - jak sama sądzi - narzuciła Niemcom swym zwycięstwem wyborczym w roku 1998. Przypieczętowało ono dojście do władzy nowej klasy politycznej, odmiennej od tej, która od końca wojny rządziła w Niemczech Zachodnich. Jest to kwestia nie tyle pokolenia, ile mentalności: nowi przywódcy chcą czegoś więcej niż europejskiej Europy, chcą państwa nowocześniejszego, bardziej otwartego na wpływy międzynarodowe, również bardziej pewnego siebie, co w ich rozumieniu nie oznacza: bardziej aroganckiego. T ej zmiany oczekiwano od bardzo dawna, od kiedy w roku 1983 dwudziestu ośmiu świeżo wybranych deputowanych partii Zielonych - a przynajmniej większość z nich - wkroczyło do Bundestagu w dżinsach i z wielkimi słonecznikami w rękach.
Były wśród nich dwie ważne osobistości przyszłej koalicji "czerwono-zielonej", która obejmie władzę w roku 1998: Joschka Fischer, przyszły wicekanclerz i minister spraw zagranicznych, oraz adwokat Otto Schilly, który z czasem przeszedł do partii socjaldemokratycznej, a będzie ministrem spraw wewnętrznych.