Nocna jazda

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

POSUWAŁ SIĘ PO POKOJU, który wydawał mu się przedziwnie oświetlony. Uderzył kolanem o ciężki fotel i stanął przed wysokim, szeroko otwartym oknem. Nieśmiało pociągnął po podłodze prawą nogą, oparł się o ścianę i po chwili odważył się zsunąć na pierwszy schodek. Udało mu się uniknąć upadku w wąskim pochyłym korytarzu, zdołał odnaleźć wyjście i poczuł, że powinien się na chwilę zatrzymać. Potrzebował tego. Kręciło mu się w głowie, ręce drżały, ledwie trzymał się na nogach. Coś gęstego i lepkiego spływało z czubka głowy i zaburzało mu wzrok.
Ale z tyłu znowu doszły go nerwowe kroki i ostre piszczące głosy.
Musiał iść dalej, uciekać. Zmobilizował cały swój upór. Wykorzystał twardą ścianę dla utrzymania równowagi i zdołał, zataczając się, zejść po marmurowych schodach.
W trakcie schodzenia wydarzyło się wiele rzeczy.
Schody rozwidlały się i kurczyły, ale wciąż były to te same schody. Przybierały jednak kształty równoległoboków, trójkątów i rombów. Z daleka dochodziły rozjuszone odgłosy motoroweru. W niewielkiej odległości słychać było wirowanie klimatyzatora i ktoś rytmicznie uderzał w klawisze starej maszyny do pisania. Jakaś lampa nieoczekiwanie gasła, a potem raptownie zapalała się. W żołądku go ściskało, a do gardła przedostawał się kwaśny potok źle strawionego pokarmu. Jego marynarka była porwana, a ramię odarte ze skóry. Potrząsnął w prawo i lewo głową, żeby odpędzić senność i poruszył powiekami, by uwolnić się od gęstej spływającej mazi. Natychmiast poczuł atak czerwonych i zielonych gwiazd. Kiedy w końcu zszedł na najniższe piętro, miał wrażenie, że upłynęły godziny.
Równocześnie zdał sobie sprawę, że maź spływała po nim coraz szybciej, wsiąkając w ubranie, ale nie przejął się tym. Po drodze obszedł jakieś metalowe krzesło i przeskoczył niski stolik, wymiatając przeźroczysty wazon z kwiatami. Sprawdził kieszenie spodni i wymacał kilka kluczy. Poruszył rękami, jakby odganiał muchy i otworzył się przed nim korytarz we mgle. Zbliżył się do drewnianych zewnętrznych drzwi z małym okienkiem, zobaczył jak ich obraz się zmienia i mętnieje; spróbował znaleźć drewnianą rączkę lub zasuwkę. Ostatecznie udało mu się je otworzyć i zrobić dwa kroki w półmroku ogrodu. Natychmiast jednak siły go opuściły i przy kwietniku z oleandrami padł na kolana. Zaraz jednak wydało mu się, że coraz bardziej go osaczają i poczuł do siebie odrazę. Zatoczył się po błocie i pobrudził spodnie. Zabłocony był też zegar, palce i paznokcie. Był jednak przynajmniej niedaleko samochodu. Zostawił go z tyłu, za fontanną, za dwiema ciemnymi kulami, które sikały wodą.
„Obudź się do diabła!” - krzyknął w duchu i podniósł się.
Wykonał w miejscu wiele skrętów, padł na żwir, znowu stanął na nogi, pochylony zbliżył się do małego sztucznego stawu z trzęsącą się rzeźbą i zanurzył głowę w zielonej toni. Niedaleko postawił samochód. Poczuł, że dałby radę się uratować. Który jednak z dwóch samochodów był jego? Każdy był inny, ale on nie potrafił ich odróżnić. I to nie z powodu ulewnego deszczu. Był senny, starał się nie zasnąć, ale zadręczały go urojenia.
Wcześniej otoczony został przez wrony, które przerażająco skrzeczały, a ziemia wokół wypełniała się żmijami i żabami. Pięć sów karnie usadowiło się na grubym konarze drzewa i patrzyło na niego z przyganą. Jakiś ogromny jeleń grzebał w ziemi kopytami i zamiast ryczeć, zatrąbił, dając sygnał do odwrotu. Przeróżnej wielkości cienie wyszły zza krzaków, ale nim zdołał odszukać pistolet, zniknęły. Czuć było także mocny zapach cynamonu, który w połączeniu z metalicznym smakiem cieczy spływającej po wargach, wyzwalającej odruch wymiotny, zatykał mu nozdrza. I to przerażające uczucie, że śledzą go, że czekają na jego upadek, że chcą go zabić!
Po chwili za plecami znów usłyszał głosy; musiał się spieszyć.
Zbliżył się do dwóch samochodów, wyjął z kieszeni spodni pęk kluczy i mocno nacisnął czarny plastikowy breloczek. Ale żadne światło się nie zapaliło. Nie dało się słyszeć żadnego elektronicznego miauczenia. Raz jeszcze spróbował, celując w każdy samochód z osobna, ale i tym razem nie było żadnej reakcji. Co się właściwie działo? Czy gwałtowna ulewa uszkodziła termostat i obwody elektryczne? Tak, to było to.
Nagle przypomniał sobie, że jego auto rozpoznawało odciski palców. Pospieszył więc do najbliższych drzwi i pociągnął za klamkę. Niestety, znowu się nie udało. Kopnął kilka razy blachę, aż ją wykrzywił i podziurawił. W końcu dotarło do niego, że się pomylił.
Przenikliwe wycie alarmu sprawiło, że zrozumiał, iż zniszczył czerwony samochód. Jego auto było czarne, zaparkowane tuż przy ścianie ogrodzenia i nie stawiało oporu. Drzwi otworzyły się bezszelestnie, kilka punktów zapaliło się na czerwono, światła drogowe się zaświeciły, a wycieraczki szyb zaczęły pracować.
Kolejny problem; nie mógł sobie przypomnieć, jak uruchomić samochód. Coś mu mówiło, że klucze są zbędne. Fosforyzujące wskazówki i cyfry wydawały się niepojęte. Widział niewyraźnie, huk zagłuszał w nim wszelką logiczną myśl, a przednia szyba, działająca jak olbrzymie zniekształcające światło, rozpraszała go. Czuł nieodpartą pokusę, by rozłożyć się w wygodnym fotelu i zapaść w letarg.
W końcu pomyślał, że przez obmacywanie detali, dotarłby do właściwego punktu, więc dotykając powierzchni i wypukłości, odkrył długą szczelinę na prawo od kierownicy. Następnie przeszukał zewnętrzne kieszenie marynarki, wyrzucił z niej trzy paczki cygar i zapalniczkę, włożył rękę do wewnętrznej kieszeni, wyciągnął plastykową kartę i trzęsąc się, umieścił ją w szczelinie; nacisnął na gaz i natychmiast dał się słyszeć cichy warkot silnika.
„Prowadzenia się nie zapomina” – mruknął, zerkając wpółprzymkniętymi oczami w lusterko. Najpierw zwolnił ręczny hamulec, nacisnął gwałtownie na pedał hamowania i przejechał po krzakach. To było nieuniknione; czyjeś nerwowe ręce uderzały od jakiegoś już czasu w tylną szybę; musiał w końcu z tego nawiedzonego podwórka odjechać. Ale gdzie znajdowało się wyjście? Na prawo, czy na lewo? Koło niego, czy gdzieś na skraju, dalej? A gdyby w końcu trafił do wyjścia, to jak poradziłby sobie potem? Czy potrafiłby się cofnąć i wrócić na właściwe miejsce? Czy przykleiłby się do błota i traciłby siły, klnąc i waląc w kierownicę?
Bardzo szybko zauważył dwa cementowe słupy pokryte bluszczem, zatrzymał się i przygotował do triumfalnego wyjścia. Ale słupy nagle wywróciły się i zamęt w głowie znowu napełnił go obawami. W sąsiedztwie bramy, czy raczej tuż u wrót, rósł żywopłot, który błyskał, obracał się, rozrzedzał, gęstniał i przybierał formę pryzmatów. Przejście mogło być ogrodzone zamkniętymi na zasuwę i okratowanymi drzwiami, z pułapką w postaci drutów pod napięciem elektrycznym, z dynamitem w podkopie. A może było otwarte, ale po to, by go uwieść w miejsce ze spadającymi sztyletami, zakamuflowanymi wziernikami, czy zdalnie sterowanymi minami.
Dużo gorszy los oczekiwałby go jednak, gdyby pozostał na dłużej w tym miejscu. Gdyby stracił kwadrans unieruchomiony przez strach, jego samochód zostałby otoczony, broń maszynowa zagrzechotałaby, a on stałby się sitem. Gdyby położył się na kierownicy, żeby zapomnieć, co się wokół dzieje i zapaść w słodki sen, którego tak pragnął, nie zobaczyłby więcej światła dnia. Ślad po nim zaginąłby na zawsze i nikt z jego bliskich nie znalazłbym żadnych dowodów, by go pomścić. Ale gdyby odważył się wyjść z samochodu, wspiąć na mur, albo poszukać innego wyjścia, to i tak ścigałyby go omamy i doprowadziły do paniki lub utraty przytomności.
Nie miał czasu do stracenia. Musiał zaryzykować.
Przejechał przez szerokie wrota, które okazały się być otwarte i nikt ich nie strzegł. Wyjechał na wilgotny asfalt. Zbliżył się do prawie niewidocznego do ostatniej chwili rozwidlenia dróg. Skierował instynktownie ku drodze w dół. Ominął z przerażeniem sosnę i jakiś rów.
Dotarły do niego zapachy obornika, siana, cebuli, trawy i smoły.
Wyczuł też woń jodu i ryb. Czyli morze znajdowało się niedaleko.
Gdyby wjechał w nadmorską ulicę, z pewnością natrafiłby na wiele tablic, które by go poprowadziły. Czy byłby jednak w stanie je przeczytać? Mijał drzewa, które wydały się przechylać i wywracać z korzeniami. Kątem oka oglądał wzgórza, które otrzepywały się z pyłku kwiatowego, nadpływające morskie fale kosiły pola, a na wpół ukryte domy waliły się w gruzy. Przed nim wybuchały sztuczne ognie, a gwałtownie spadający deszcz tworzył grubą zasłonę. Wszystko tonęło w ciemnościach, a w uszach tak strasznie dźwięczało, jakby oblegały go potężne roje ogromnych komarów.
Puścił kierownicę i spojrzał na ręce.
Palce były spryskane krwią, a paznokcie zapchane błotem.
Potrzebują lakieru, pomyślał. Najbardziej pasowałby czerwony, stwierdził i zaśmiał się. Ale śmiech gwałtownie się urwał; bez żadnego powodu, poczuł się nędznikiem. Ostatecznie nie była to żadna szczególna sytuacja; nie zostawił po sobie żadnego szczególnego śladu; zmarnował swoje życie. Czuł, że nie był naturalny; ze wszystkiego niezadowolony; nigdy nie wsłuchiwał się w prawdziwe potrzeby innych. Dla nikogo nie był ważny. Traktowali go jak mięso do zmielenia. Dlaczego upierał się tak bardzo, by żyć? Gdyby umarł, ludzkość nie opłakiwałaby jego straty. A wielu znajomych podskakiwałoby z radości. Najlepiej, gdyby runął wraz z samochodem w najbliższą przepaść. Jedyne, czego potrzebował, to podjąć decyzję. Potem zaplótłby ręce z tyłu na karku, zacisnąłby mocno oczy, puściłby kierownicę i pozwoliłby, by maszyna dokończyła dzieła.
Błyskawica, dwie oślepiające reklamy po przeciwnej stronie jazdy oraz regularne trąbienie kazały mu zrewidować poglądy. Czy kiedykolwiek obchodziły go opinie innych? Czy okazywał im szacunek? Liczył się jedynie on i tylko on. Wyłącznie on. Należał do szczęśliwców, którzy narzucali światu swoje potrzeby. Był z tych, co zrównywali z ziemią wszystko, co stawało im na drodze.
Urodził się zwycięzcą, a miał przed sobą jeszcze wiele laurów do zdobycia.
Na początek zregenerowałby swoje siły, by potem przejść do dzikiego kontrataku. Znajdował się już na szerokiej drodze i zdawało się, iż się wymknął.
Po raz kolejny próbował dojść do siebie, zapanować nad emocjami.
Po jego lewej stronie pluskały fale, ale nie mógł zobaczyć morza. Droga przez cały czas opadała i pełna była zakrętów. Deszcz nie przestawał padać ani na chwilę, a gumy samochodu nieustannie ślizgały się . Po chwili skupił się na centralnym lusterku i zauważył jak dwa żółte światła co raz to przybliżają się. Jakiś samochód podążał za jego samochodem. Prześladowali go w ciemności i deszczu. Powinien był przyspieszyć. Chyba, że zatrzymałby się w jakieś zatoczce, okopał za blachami i użył swojego pistoletu. Ale nie miał go przy sobie. Prawdopodobnie zgubił go wcześniej lub w wielkim wzburzeniu wyrzucił. Jeszcze w domu próbował strzelać, ale broń nie zadziałała prawidłowo. Kiedy nacisnął spust, usłyszał echo, które skojarzyło mu się z zepsutą pralką i zdziwiony zobaczył, jak kula powoli wydostaje się z lufy i kładzie niczym puch na drewnianej podłodze. Kiedy spróbował po raz drugi, bezszelestnie wyskoczyły trzy szklane kule, jedna za drugą, zakreśliły łuk nad rozświetloną podłogą i z magiczną synchronizacją
trafiły do popielniczki.
Ostatecznie z powodu swojej nieporadności poczuł wstyd i postanowił ukryć kompletne fiasko, robiąc śmieszne grymasy przed niedoszłymi ofiarami.
One jednak nie odpowiedziały uśmiechem; patrzyły na niego z dezaprobatą, zaczęły podchodzić do niego powoli, powodując atak duszności.
Natychmiast zabrakło mu świeżego powietrza.
Zaczął naciskać na przypadkowe przyciski i uchylił okna.
Deszcz zmoczył mu twarz i pomógł uświadomić, że prowadzi samochód w stronę przeciwną do ruchu kołowego.
Na dodatek nie miał siły, by zawrócić na prawidłowy pas.
Auto, które go ścigało, zajęło mu pole; prześladowcy osaczali go. Śmiali się histerycznie. Za widmową fizjonomią krzykliwego kierowcy jakaś drżąca ręka trzymała zagubiony pistolet. Tym razem nie popełniliby błędu. Pierwsza kula trafiłaby prawe przednie koło i przedziurawiłaby dętkę. Druga raniłaby go w udo i genitalia. Następna wbiłaby się w jedną skroń, a drugą by wyszła. Muszę tego uniknąć! Pomyślał. Nacisnął na pedał gazu, obrócił nieco kierownicą i połowa lewej części samochodu znalazła się poza asfaltem.
W oddaleniu widać było coś w rodzaju skrzyżowania; skręciłby gwałtownie, wjechałby w stronę nabrzeża i myśliwi zgubiliby go. Ale nie zdążył. Po chwili usłyszał jak kamyki uderzają o metaliczną powierzchnię. Samochód zawrócił w lewo, zaczął toczyć się pomiędzy krzewami i drzewami, a on poczuł jak żołądek pcha się do gardła.
Spróbował ukryć twarz w dłoniach i zwinąć się w kłębek, ale nie uchronił się przed bólem ani strachem. Mózg doznał wstrząsu, brwi się naderwały, czoło uderzyło o jakiś występ. Samochód przeciął pasy, połamał gałęzie, wyrwał nabrzeżne kamienie, wzniósł kurz i wzleciał w powietrze. Zderzaki jęknęły, sprężyny zatrzeszczały, a kierownica zapadła się. Laski się połamały, szyby stłukły, małe części zamieniły się w pociski. Sufit zbliżył się niebezpiecznie, siedzenie rozpadło się, a on podskakiwał. Póki nie stracił przytomności.
Obudził się w dziwnej ciszy.
Otwierając oczy, słyszał tylko jak drobinki deszczu rozbijają się łagodnie o karoserię. Uniósł głowę znad poduszki ze spuszczonym powietrzem i poczuł jak ciało kołacze się od ran i siniaków. Szczególnie bolały go ramiona i płuca. Na szczęście auto nie dachowało. Wszystko wskazywało na to, że nie pozostawał zbyt długo nieprzytomny. Krew na powietrznej poduszce była świeża, a powietrze ciężkie od unoszących się drobinek. Nie powinien się poddawać, pomyślał, musi się uwolnić. Z przodu, za stłuczoną przednią szybą tlił się słup czarnego dymu; drzwi tuż koło kierowcy zaczynały się palić, brakowało niewiele czasu, by zgniecione auto się rozgrzało i wybuchło. Musiał wydostać się ze środka i jak najszybciej, jak tylko się dało, oddalić.
Nacisnąłby potem nadajnik, który wisiał u szyi i pogotowie przyjechałoby natychmiast. Jakie to szczęście, że wcześniej spuścił szyby i nieświadomie przygotował sobie ratunek. Drzwi od strony kierowcy były straszliwie zniekształcone i na pewno zaklinowane; nie mógłby ich otworzyć przy użyciu żadnej siły. Powinien zdyscyplinować odrętwiałe nogi i wyślizgnąć się przez okno.
Najwięcej problemów miał z prawą ręką.
Od łokcia w dół odczuwał jakby była sparaliżowana.
Rękaw marynarki przesiąknięty był krwią. Palce i dłoń były zmiażdżone i przypominały wnętrzności. Powoli posuwał się jednak ku wyjściu, posłużył się zdrową ręką niczym dźwignią., wystawił głowę i plecy na deszcz , usiadł na zniszczonej karoserii i zsunął się na ziemię. Dziwne, ale nie odczuł najmniejszego bólu i podniesiony na duchu, kontynuował pracę nad uwolnieniem. Kilkakrotnie pchnął drzwi nogami i zyskał parę sekund. Następnie posuwał się na plecach, dopóki nie zrozumiał, że nie wytrzyma dłużej. W tej samej sekundzie usłyszał pierwszy wybuch i lewym przedramieniem zakrył oczy, aby uchronić je przed iskrami i odłamkami. Wiedział, że nie może obrócić ciała i pozostał w tej samej pozycji także podczas dwóch następnych eksplozji. Rozwiązał krawat, obszukał szyję, znalazł cienki łańcuszek i wykorzystał nadajnik.
Przeklęty, mam siedem dusz! – pomyślał, uśmiechając się, kiedy dotknął lewą ręką ziemi. Leżał na wznak w miejscu pełnym kamyków, a po lewej stronie widział morze. Nie oddalił się zbytnio od samochodu; płomienie ogrzewały mu stopy. Wiał także wiatr, choć o nieokreślonym kierunku. I nie był na tyle silny, by przenieś płomienie na jego buty i zwęglić go.
„Na pewno nic mi nie grozi” - szepnął do siebie.
Potłukł się na twardym gruncie, ale nie wypadł z gry.
Samochód gwałtownie się obrócił nad urwistym zboczem, stoczył się pod własnym ciężarem setki metrów w dół, zniekształcony i spalony, ale on miał nadzieję, że się uratuje. Oczywiście, gdy zapanuje nad sennością, która go od dłuższego czasu osacza. No i jeśli karetka pogotowia nie ugrzęźnie w korku. Ale jak dotrze tam na dół? W jaki sposób sanitariusze natrafią na miejsce wypadku?
Reklamy systemu Telesos pokazywały helikoptery, ale szpital mógł je przecież wykorzystywać tylko dla celów marketingowych. Czy kompetentne osoby zdecydują o przewiezieniu go drogą powietrzną? A jeśli tak, czy istnieje miejsce umożliwiające lądowanie nad brzegiem morza?
Zadzwonię! Prześlę obraz okolicy! Pomyślał.
Nie miał jednak w zasięgu ręki żadnego telefonu; pomarańczowy zostawił na stole, a zielony znajdował się w skrytce spalonego samochodu. W związku z tym musiał zachować zimną krew, przyjąć swój los z godnością.
Gdyby zaczął wołać o pomoc, i tak pośrodku nocy nikt by go nie usłyszał.
Gdyby czołgając się, próbował się odsunąć nieco dalej od ognia, zmarłby zapewne z upływu krwi.
Najlepiej spędzić czas, pozostając na miejscu i udając letnika, wmawiając sobie, iż opala się na egzotycznej plaży.
Mógł wreszcie zastanowić się nad tym wszystkim, co się zdarzyło i zachować w pamięci to, co zapamiętał. Mimo, że niewiele tego było. Jakiego traktowania mógł się spodziewać? Kto zdecydował o jego zniszczeniu? I co wcześniej ten ktoś zamierzył? I dlaczego on sam się nie obronił? Czemu jego umysł nie wyciągnął żadnych wniosków? I dlaczego jego myśli były teraz tak pogmatwane, tak oderwane od siebie, tak bez ładu? Czy po prostu był ciężko ranny, czy zwariował? Czy dzisiejsze wydarzenia tak go przytłoczyły, że nigdy już do siebie nie dojdzie?
Nie zdołał wyciągnąć żadnego wniosku.
W pewnej chwili jego bębenki zostały zbombardowane przez silne odgłosy krążącego samolotu. I miejsce, w którym spoczywał, zostało zalane światłem.
Wkrótce pojawił się na niebie ogłuszający helikopter. Podobny do klina i zaopatrzony w mocne reflektory. Był zdobiony liniami, a na przedzie widniały namalowane półotwarte usta z ostrymi zębami. Tuż pod drzwiami znajdowały się podobne do strzał rakiety. Z megafonu wylewały się rozkazy i szczekania. Z wału zwisały metalowe pręty, które kończyły się podłużną i złowieszczą klatką.
Potem uchyliły się przesuwane drzwi i wypadły z nich, rozwijając się, wiszące schody.
Deszcz od godziny zamienił się w mżawkę, a on poczuł się szczęśliwy.
Zdążą do niego, zanim wyzionie ducha.
Zejdą z wiszących schodów, szepną mu do ucha uspakajające słowa i ostrożnie przeniosą do zakratowanej maszyny. Zwiążą rzemieniami i zaoferują przyjemny lot do kliniki lub najbliższego wzgórza, żeby umieścić w karetce pogotowia.
Niebo było upstrzone gwiazdami, a zbawcy nadeszli w porę.
Już nie było powodów, by się dalej dręczyć. Wystarczająco się zmęczył. Teraz inni będą zabiegać o utrzymanie go przy życiu. Powieki stały się bardzo ciężkie, a w jego mózgu odezwały się echem nieokreślone głosy.
Odwrócił głowę na lewą stronę, ułożył się w płytkim błocie, westchnął szczęśliwy i zasnął.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
NIE WYCHODŹ JESZCZE! MAMY COŚ SPECJALNIE DLA CIEBIE 🎯