Niosąca radość

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Dawno temu stary, mądry człowiek opowiedział mi dosyć dziwną historię: Pewien niezwykle bogaty biznesmen jeżdżąc do pracy swoją limuzyną, codziennie mijał mostek na niewielkiej rzeczce.

Zawsze kiedy tamtędy przejeżdżał, widział bardzo skromnie ubranego Indianina, który łowił ryby. Przedsiębiorca był człowiekiem wrażliwym i bardzo żal było mu biedaka.

Pewnego razu nie wytrzymał, zaparkował limuzynę obok mostu i zszedł do Indianina.
- Dlaczego tak się męczysz tą wędką - zagaił. - Przecież mógłbyś pożyczyć sieć.
- Ale po co? - spokojnie zapytał Indianin, nie odrywając oczu od spławika.
- Bo wtedy nałowiłbyś więcej ryb i mógłbyś je sprzedać.
- Ale po co? - dopytywał się Indianin.
- Bo za zarobione pieniądze mógłbyś kupić trzy własne sieci.
- Aha. - Pokiwał głową wędkarz. - Ale po co?
- Bo jakbyś miał trzy sieci - tłumaczył biznesmen - mógłbyś zacząć łowić w morzu.
- Ale po co?
~ Bo w morzu jest więcej ryb. I gdybyś ciężko pracował, po jakimś czasie stać by cię było kupić własny trawler .
- Ale po co? - nie dawał za wygraną Indianin.
- Bo ten trawler w krótkim czasie zarobiłby na następne trzy statki i ani byś się obejrzał, a byłbyś właścicielem całej flotylli.
- Ale po co?
- Bo dzięki zyskom mógłbyś kupić bank, wybudować hotel, otworzyć kasyno, uruchomić linię lotniczą, wejść na giełdę - biznesmen był w swoim żywiole.
- Pewnie tak, ale po co? - powtarzał jak papuga Indianin.
- Bo wtedy nareszcie miałbyś już tyle kasy, że mógłbyś robić to, co chcesz.

Indianin leniwie oderwał wzrok od spławika, spojrzał na biznesmena i z niezmąconym spokojem powiedział:
- Ja właśnie robię to, co chcę.
Po wielu latach absolutny przypadek sprawił, że zrozumiałem przesłanie starego mędrca.

ROZDZIAŁ I

Na liczniku mercedesa było jak zwykle 160, Z trzema litrami pod maską i zapasem 180 koni trudno jeździć wolniej, zresztą po co? Wracałem do stolicy spod warszawskiej miejscowości, w której aż roiło się od świeżo postawionych willi nowobogackich mieszczuchów, W jednej z nich miałem spotkanie z producentem. W sobotni majowy wieczór na Trasie Katowickiej było prawie pusto, rozsiadłem się wygodnie za kierownicą i z papierosem w ustach prowadziłem niekończące się rozmowy przez komórkę.

Mimo zmroku wysoka temperatura na zewnątrz dawała się we znaki, dlatego nie wyłączałem klimatyzacji. Silnik był ledwie słyszalny, a wnętrze auta wprowadzało w sielankowy nastrój. Do dziś został mi sentyment do mercedesa. Człowiek czuje się w nim jak u pana Boga za piecem. Przyjemny wieczór. Rozmowy poszły znakomicie, podpisałem kontrakt na scenariusz do nowego programu. Żyć nie umierać.

Wychodząc zza zakrętu, nieznacznie docisnąłem pedał gazu, wyprzedzając kilku maruderów, którzy wlekli się 120 kilometrów na godzinę. Parkują na tej drodze czy co?

Nagle zobaczyłem w światłach dziwny cień. Coś czarnego stało na asfalcie. Nie pomógł refleks, ABS ani wszystkie te nowoczesne bajery, na które producenci łapią nabywców luksusowych limuzyn, powodujące, że samochód zatrzymuje się w miejscu. Ktoś, czy może coś odbiło się od maski samochodu z siłą, z jaką piłeczka tenisowa odbija się od ściany.

Zatrzymałem się jakieś dwadzieścia metrów dalej i zjechałem na pobocze. Poczułem suchość w gardle, a ręce latały mi jak delirykowi. Co robić? Najchętniej uciekłbym, gdzie pieprz rośnie.

Ale nie można, trzeba wysiąść i sprawdzić, co się stało. Przez głowę jak błyskawica przeleciała paraliżująca myśl: "Zabiłem człowieka!"

Otworzyłem drzwi i stanąłem za samochodem, nikt nie przejeżdżał. Dookoła panowała absolutna, złowieszcza cisza. Nastawiłem uszu. W rowie coś jakby nieznacznie się poruszyło. A może tylko mi się wydawało? Trzeba sprawdzić. Otworzyłem bagażnik, wyjąłem latarkę i ruszyłem w kierunku zarośli. Po przejściu dziesięciu kroków przystanąłem, Żeby posłuchać. Nie było wątpliwości - w krzakach coś się ruszało. Boże...

Wziąłem głęboki oddech i nakierowałem latarkę na źródło ruchu. Na dnie rowu leżał pies. Kamień spadł mi z serca. Jakie szczęście, że to nie człowiek. Nigdy nie czułem tak wielkiej ulgi.

Zgasiłem latarkę i wróciłem do samochodu. Po chwili siedziałem już za kierownicą, ruszając z piskiem opon. Nic się nie stało. ###* Po przejechaniu dwóch kilometrów niczym sztylet przeszyła mnie myśl: "A jeśli ten pies jednak żyje?". Bzdura. Kiedy w niego uderzyłem, jechałem przynajmniej setką. "Przecież się ruszał" - przypomniałem sobie. Jednak sumienie nie dawało mi spokoju.

To tylko pies, jakiś nikomu niepotrzebny kundel błąkający się po drogach. W dodatku za dwadzieścia minut mam być w knajpie na proszonej kolacji. Przycisnąłem do 180. Po kolejnych trzech kilometrach wydarłem się ile sił w płucach:
- Niech to szlag jasny trafi!!!
Następnie wcisnąłem do oporu pedał hamulca, zredukowałem bieg i zawróciłem pełnym poślizgiem, tak jak uczyli mnie koledzy rajdowcy.

Szybko odnalazłem właściwą kępę zarośli. Wziąłem latarkę i ruszyłem w stronę rowu. Byłem na siebie zły.
"Co cię obchodzi jakiś kundel?" - powtarzałem w myślach.
Zatrzymałem się w miejscu, które zapamiętałam aż nazbyt dobrze i ostrożnie przyświeciłem. Mogę się założyć, że serce waliło mi głośniej niż dzwon Zygmunt. W końcu oglądanie trupów - nawet psich - nie należy do przyjemności. Leżał tam. Żywy! W kałuży krwi z nienaturalnie ułożonymi kończynami, z rozszarpanym bokiem, wystającymi kośćmi, ale żywy. Na mój widok cichutko zaskomlał. Patrzył na mnie, a jego oczy zdawały się mówić: "Dziękuję, że wróciłeś".

Wydarzenia nabrały zawrotnego tempa. Wyjąłem komórkę i połączyłem się z biurem numerów. Po pięciu sekundach miałem już telefon do pogotowia Animalsów. Pospiesznie wykręciłem numer i usłyszałem sympatyczny kobiecy głos:
- Pogotowie Animals, w czym możemy pomóc?
- Jestem na Trasie Katowickiej - zacząłem z impetem - dziesięć kilometrów przed Jankami. Jakiś pies wpadł pod koła, jest połamany i strasznie krwawi. Proszę natychmiast przyjechać.
- Przykro mi, ale nie mamy żadnego wolnego samochodu.
- Jak to nie macie samochodu?! - wykrzyczałem wściekły. - To ja zamiast spokojnie odjechać, szukam psa po rowach, dzwonię do was, tracę czas, a wy nie macie samochodu...
- Proszę się nie denerwować, niech pan zrozumie, jedna karetka jest w terenie, a druga w warsztacie na przeglądzie.
- To co ja mam zrobić, przecież on zaraz się wykrwawi, jeżeli już się to nie stało.
- Niech go pan do nas przywiezie. Przepraszam, nie mogę dłużej rozmawiać, jesteśmy w trakcie operacji. - Odłożyła słuchawkę.

Jak to przywiezie? czym? Mam go położyć na skórzanym siedzeniu mojego samochodu? Ta baba chyba zwariowała. Trudno, nic nie poradzę, chciałem jak najlepiej, ale widocznie tak było pisane. I tak pewnie już niewiele można dla niego zrobić. Jadę. Jeszcze raz spojrzałem na psa.

Oddychał bardzo ciężko. W świetle latarki dostrzegłem jego oczy. Patrzyły na mnie ze spokojem i jakąś niebywałą mądrością. Bardziej odruchowo niż świadomie zdjąłem marynarkę, okryłem zwierzę i najdelikatniej, jak tylko potrafiłem, uniosłem. Pies ważył dobre 40 kilogramów. Z trudem dotarłem do samochodu i pomagając sobie kolanem, otworzyłem drzwi. Kiedy kładłem go na tylnym siedzeniu, zaskomlał żałośnie.
- Leż, leż, spokojnie.
Pogłaskałem nieszczęśnika po głowie i nie tracąc czasu, usiadłem za kierownicą i ruszyłem. ###* Mimo późnej pory w poczekalni kliniki dla zwierząt panował tłok. Kilkunastu właścicieli czworonogów razem ze swoimi pupilami czekało na wizytę u lekarza. Byli kompletnie różni, młodzi i starzy , lepiej i gorzej ubrani, kobiety, mężczyźni, a nawet dzieci. A mimo to łączyło ich jedno, bezinteresowna miłość i troska o swoich podopiecznych. Pierwszy raz widziałem, żeby ktoś poświęcał tyle uwagi i serca zwykłym psom, kotom czy kanarkom. Ale też nigdy wcześniej nie byłem w lecznicy dla zwierząt, bo i po co, skoro jak dotąd nie hodowałem nawet chomika.

Kiedy pojawiłem się w drzwiach poczekalni, wszyscy jak na komendę wstrzymali oddech i wybałuszyli oczy. Na ich miejscu zrobiłbym dokładnie to samo. Twarz miałem umazaną na czerwono niczym wódz Apaczów po wykopaniu topora wojennego. Koszula, spodnie, a nawet buty były zbroczone krwią, a na rękach trzymałem dużego czarnego psa owiniętego w oryginalną marynarkę Bossa za dwieście dolarów.

Krótko mówiąc, takiego wejścia nie miał nawet Bruce Lee w Wejściu smoka. Od miejsca, w którym zaparkowałem samochód, pokonałem już dobre dwieście metrów i miałem wrażenie, że pies waży przynajmniej tonę. Na ostatnich nogach przeszedłem przez poczekalnię, kierując się w stronę otwartych drzwi gabinetu. Chcąc się usprawiedliwić, do wybałuszonych oczu i opadłych szczęk rzuciłem:
- Przepraszam, ale ja z wypadku.
W środku młoda pani doktor z receptą w ręku tłumaczyła zmęczonej życiem emerytce, w jaki sposób zakrapiać krople jej ukochanemu kotkowi. Bardziej z braku sił niż z wrodzonej bezczelności położyłem psa na stole i próbując złapać oddech, wykrztusiłem:
- To ja do pani dzwoniłem... Przywiozłem, tak jak pani kazała, chociaż pewnie niepotrzebnie, bo on zaraz zdechnie.

Miała może trzydziestkę, regularne rysy twarzy, długie blond włosy, zielonkawe oczy i niezłą figurę. Szczerze mówiąc, bardziej pasowała na modelkę niż na weterynarza. W innych okolicznościach pomyślałbym, że to całkiem zdrowa dupa. Zresztą i tak pomyślałem.
Spojrzała mi w oczy i ze spokojem powiedziała:
- Pies nie zdycha.
- A co? - zapytałem głupkowato.
- Jeśli już to odchodzi. Ale może nie będzie tak źle. Bierzmy się do roboty.

Emerytka powiedziała dobranoc i z klatką w ręku opuściła gabinet, zamykając za sobą drzwi. Pani doktor podeszła do leżącego na stole nieszczęśnika i rozpoczęła oględziny. Delikatnie obmacała kończyny i klatkę piersiową, zajrzała w oczy i pysk, przejechała dłońmi wzdłuż kręgosłupa. Kilka razy ucisnęła podbrzusze, a kiedy osłuchała zwierzę ze wszystkich stron, zawyrokowała:
- Mogło być gorzej. Kręgosłup jest cały, tylna noga ma otwarte złamanie, z przednią też nie jest najlepiej. Niestety, któreś z żeber przebiło płuco, stracił bardzo dużo krwi, ale jeśli nie ma poważniejszych obrażeń wewnętrznych, to jest szansa, że się z tego wyliże.
- Specjalnie optymistycznie to nie brzmi - skwitowałem jej fachowy wywód.
- Jestem sama, musi mi pan pomóc, mamy bardzo mało czasu.
- Jak to pomóc? Przecież ja się na tym kompletnie nie znam.
- Najpierw podamy mu krew i opatrzymy rany, później rentgen i szycie, a dalej, to się zobaczy.

Pani doktor uzbroiła kilka strzykawek w igły, wyjęła pięć różnych ampułek i odciągając tłoczek, wprowadzała ich zawartość do strzykawki. Następnie zrobiła kilka zastrzyków.
Pies ani drgnął.
- Jest w śpiączce - potwierdziła moje podejrzenia. - Jak pan mógł wypuścić ją na ulicę?
- Jaką ją? - spytałem, nie bardzo wiedząc, o co chodzi.
- Suczkę.
- Suczkę!? Ale pani doktor, to nie jest mój pies, znaczy to nie jest moja suka.
- Pan ją tylko znalazł potrąconą, tak?
- Niezupełnie. Wpadła mi pod koła.
- A, przejechał ją pan.
Wyraz jej twarzy nie pozostawiał wątpliwości, że gdyby to od niej zależało, zapuszkowałaby mnie na dziesięć lat do pudła. Próbując się bronić, powiedziałem:
- Co zrobić, kręci się tyle tych kundli po drogach, że trudno nie przejechać.
- Jakich kundli? To przepiękny rasowy briard.

O rasach psów wiedziałem mniej więcej tyle, co o życiu intymnym kosmitów, dlatego inteligentnie zapytałem:
- Co takiego?
- Briard. Francuski owczarek długowłosy, niezwykle stara, piękna i mądra rasa.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZANIM WYJDZIESZ... NIE PRZEGAP TEGO, CO CZYTAJĄ INNI! 👇