Niekochani
Leżałam w ciemności, usiłując zebrać myśli. Krążyły nade mną ciężko, kołowały, wielkie, monstrualne ptaszyska. Czułam, jak narasta we mnie płacz. Kiedy byłam mała i nachodziły mnie takie myśli, biegłam do mamy. Chowałam się przed straszydłami w jej przepastnych ramionach. Gdzie pobiegnę teraz? Nie ma mamy, jej ramion, leży gdzieś w szpitalu, a może i tam już jej nie ma... Po raz pierwszy pomyślałam, że wcale nie jestem dorosła. Nie mam na to sił. Kłamałam przed sobą, przed innymi, że już nikogo nie potrzebuję. Okazałam się słaba i bezradna. Tak samo musiała się czuć ona. Skoro zrobiła to, co zrobiła. To była dla mnie nowość. Matkę uważałam za nieczułego robota, za zimną, bezkrwistą rybę. Umiejącą tylko wymagać. Zawsze zamkniętą w sobie i w swoim pokoju, gdzie potrafiła godzinami chodzić w kółko. Podobno pisała powieść. Tak twierdziła. Ale nie napisała. Mną zajmowała się powierzchownie. Tak samo traktowała dom, ojca. Jak zło konieczne. Pierwszy nie wytrzymał ojciec. Odszedł, gdy miałam dwanaście lat. Tylko
dwanaście. I tego właśnie nie mogłam jej darować. Że przez nią straciłam tego, kogo kochałam najbardziej. Bo kochałam go bardziej niż matkę. Dlatego byłam pewna, że rozdzieliła nas celowo, z zazdrości.
Potrafiłam godzinami siadywać w oknie i czekać na jego powrót. Ale nie przychodził. Nigdy nie przyszedł. Nie mogłam pojąć dlaczego. Płakałam bez końca, potem doszłam do wniosku, że matka specjalnie nie dopuszcza go do mnie, nigdy nie dopuści. Więc rozpoczęłam z nią swoją prywatną wojnę. Rozdzieliła mnie z ojcem? W porządku. Ale nie zyska przez to mojej miłości. Nigdy. Jeżeli kiedykolwiek matka łudziła się, że to możliwe, teraz, przez to, co zrobiła, utraciła tę szansę na zawsze. Moja walka polegała na biernym oporze, zimnych kontaktach, ignorowaniu poleceń. Uważałam ją za pozbawioną serca, wyrachowaną i cyniczną. Jakże się myliłam. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że ktoś taki może targnąć się na swoje życie. Moja matka? To przechodziło wszelkie pojęcie. Bo oznaczało, że się pomyliłam. W ocenie matki, ojca. Może w ocenie sytuacji. W ogóle się pomyliłam. Nie mogłam dojść ze sobą do ładu. Kim w takim razie była ta kobieta, moja mama? O czym myślała, otwierając gaz? Cierpiała? Jak to możliwe, że nigdy tego nie
zauważyłam? Tak, nie chciałam niczego widzieć... Wina, wina. Moja bezsporna wina. To było nie do zniesienia. Zwlokłam się z trudem z łóżka i poczłapałam do łazienki. Wsadziłam głowę pod kran i usiłowałam oprzytomnieć. I tak nie będę już spać. Czy można zmrużyć oczy podczas takiej nocy? Gdy umiera matka? Przez głupotę córki? A może nie tylko? Czułam, jak mdłości podchodzą mi do gardła. Ale to była rozpacz. Ścinająca jak gilotyna. Bezsilność i wściekłość. I świadomość, że nie ma odwrotu, że nie da się niczego cofnąć, wymazać jak gumką tych wszystkich zmarnowanych lat, które tak bezmyślnie przeciekły mi przez palce. Coś przeoczyłam. Muszę, muszę koniecznie się dowiedzieć, co naprawdę się stało. Z pewnością pozostał jakiś ślad. Odnajdę go.
Zadzwoniłam wreszcie do Majchra. Ucieszył się. Najwyraźniej kamień spadł mu z serca. Naprawdę się przejmował!
— To ty, mała? Jakbyś gadała zza grobu!
— Coś ty, Majcher? Świrujesz?
— Ja? To z twoją aureolą coś nie tak.
— Nie dzwoniłam, fakt. Nic nie miałam do gadania. Tyle.
— Jezu, nie kapowałem, iść do glin czy sam cię szukać?
— Głupiś, Majcherku. Chodzisz do mamy?
— Byłem raz. Mówili, że dzwonisz do nich. Nie chcieli mnie wpuścić, chyba ich wystraszyłem. Ale co w końcu? Namierzyłaś go?
— Tak! Tak!
— I co teraz?
— Nie wiem. Zastanawiam się.
— To ja ci powiem. Pytasz gościa, co i jak. I spadasz.
— Nie. Nie wiem.
— Nie wiesz? Na mój gust pakujesz się w kabałę.
— W nic się nie wpakuję. Nie pękaj tak.
— Radzę, bierz manele i wiej. Cholera wie, co on za jeden.
— Nie dam się.
— Jakby co, to dzwoń. Dokopię mu się do szmat.
— Dzięki, ale to pisarz. Z takim trzeba filozoficznie.
Niby się śmiał, ale wyczułam, że dręczy go niepokój. Jego obawa natychmiast mi się udzieliła. Odłożyłam z ulgą słuchawkę. Tylko nie to. Nie mogę się teraz rozklejać. Muszę doprowadzić do końca misję, z którą tu przyjechałam. Strach popsuje mi szyki. Sprowokuje błędy. I może ciężko będzie je naprawić. Postanowiłam dzwonić do Majchra tylko w ostateczności.
9 kwietnia
A. potwierdził telefonicznie. Nienotowana, niekarana, innymi słowy, czysta jak łza. Wygląda na efekt nieporozumień rodzinnych. Nie będę naciskał. Smarkacze łatwo uciekają w samobójstwa. Ona raczej nie. Wygląda na silną, ale kto ją tam wie. Jeżeli ma sobie coś zrobić, to nie u mnie, bardzo proszę. Jestem osobą publiczną, nie życzę sobie skandalu. Żadnych dywagacji na temat okoliczności, odpowiedzialności i innych komplikacji. To coś, czego chorobliwie nie znoszę. Wróci do domu, jestem tego pewien. No i dobrze. Jej starzy powinni być mi wdzięczni za opiekę, w sumie nieźle trafiła. Mogło być gorzej. Ludzie potrafią być tacy beztroscy. Bezkompromisowi. Zmusić dziewczynę do ucieczki z domu, bo że to ich wina, było bezsporne, mam do tego oko, nie sądzę, żebym się mylił. Parę takich już przewinęło się przez moje łóżko. Niestrudzony apologeta zbłąkanych ciał. Wysłuchałem niezliczonych opowieści. Styl i epilog dokładnie taki sam. Prolog pełen egzaltacji. W sumie — historie banalne. Bez morału. A. konstatował
złośliwie, że pomoże mi otworzyć schronisko dla córek ciemiężonych przez wyrodne matki i despotycznych ojców z okolicznych miasteczek i wsi, tyle tego pałętało się co dzień po ulicach. Plaga. Nie zapomniałem jej podejrzanego towarzysza, jednak nic podobnego więcej się nie wydarzyło. Mogłem chyba uznać sprawę za zamkniętą.
Mika niezauważenie wspięła się szczebel wyżej. Jej specyficzny urok pociąga mnie. Istnieje między nami szczególnego rodzaju powinowactwo, choć nie znam jego przyczyny, a nie chcę się bawić w chiromancję. Odnosi się do mnie bez pochlebstw, co byłoby zrozumiałe, ostatecznie w każdej chwili mogę ją wyrzucić na bruk. Doceniam jej poczucie humoru, takt. Mika, muszę to stwierdzić, stanowczo plasuje się powyżej średniej krajowej. Nie posuwa się nawet do tego, żeby posprzątać te moje lary i penaty. Wyobrażam sobie, ile musi ją kosztować aprobata wszechobecnych prusaków, kurzu, śmieci, resztek jedzenia czy opakowań na podłodze. Nade wszystko sypianie w niepranej od lat pościeli. Wszystkie inne rwały się do sprzątania. I natychmiast lądowały za drzwiami. Mika jest ostrożna. Nie próbuje się zagnieździć, zadomowić, dlatego pozwalam jej zostać. Do czasu, oczywiście. No i ma świetne ciało. Choć, prawdę mówiąc, osiągnąłem już nasycenie.
Siedzi w kucki, na tapczanie. Gapi się na mnie. Strzepnąłem popiół z biurka, na dywan, nawet nie umyślnie, bez żadnej prowokacji, dopiero potem połapałem się, że mogła to tak odebrać. Nie zareagowała. Ma cholernie wilgotne, nieobecne oczy. Nie mogę skończyć rozdziału, nawet nie ona mi przeszkadza, tylko te jej załzawione ślepia. Przytuliła twarz do moich spodni, jeszcze tego brakuje, żeby i mnie rozkleiło, spytała, czy jestem z siebie zadowolony. Chryste! Akurat, gdy redaguję ostatnią stronę rozdziału. Odpowiedziałem, dość zresztą kategorycznie, że twórczość to zwierzę krwiożercze. Żywi się świeżym mięsem, krwią. Jedyny ratunek to bezwzględne niewolnictwo, całkowite podporządkowanie. W ten sposób można żyć. Długo. Tylko w taki sposób. Chyba potraktowała to poważnie, jej twarz wyostrzyła się, jak gdybym dotknął ukrytej struny. Czym ja się tak przejmuję? Tym widokiem, wtedy, za oknem? Nie, nie jestem zazdrosny. Mam po prostu dość jej kłamstw.