Nie samym chlebem

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Rozdział pierwszy Piętnaście lat później, dwadzieścia metrów nad poziomem morza na wybrzeżu Suffolk, Esme zajęta była przygotowaniami do smażenia konfitur z pigwy. Przenosiła właśnie naręcze dorodnych, żółtych owoców z płytkiego koszyka do kuchennego zlewu, kiedy potknęła się o psa i pigwy poleciały na wszystkie strony.

Rzuciła się przed siebie i złapała parę, ale przy okazji tak mocno kopnęła owoc, który spadł na podłogę, że odbił się od listwy i potoczył po schodach. Trudno sobie wyobrazić coś gorszego w pięciopiętrowy m domu z kuchnią na samej górze.

- Szlag by to trafił! - zaklęła głośno, patrząc na pozostałe pigwy, turlające się wokół jej nóg. Na dodatek Brown zerwał się i zaczął biegać w kółko. Esme skierowała się ku schodom. Słyszała, jak pigwa stoczyła się po ośmiu stopniach, uderzyła o ścianę na półpiętrze, a potem pokonała kolejnych osiem stopni. Była duża i niezupełnie dojrzała, więc narobiła sporo hałasu. - Na litość boską, Brown - zwróciła się z wyrzutem do ogarniętego paniką psa, który skakał za nią, roztrącając owoce leżące na podłodze. Zbiegła po schodach, a stukot jej już niemodnych pantofli od Dirka Bikkenberga jeszcze powiększył panujące zamieszanie. Nieco zwolniła na piętrze, gdzie był pokój Rory'ego, a kiedy szykowała się do pokonania kolejnego odcinka schodów, niespodziewanie poczuła, jak Brown trącił ją łbem z tyłu, niemal przewracając Esme.

- No wiesz - powiedziała z wyrzutem. - Albo mi się plączesz pod nogami, albo skaczesz na dupę. Cóż za irytujące z ciebie stworzenie!

- Słucham? - rozległ się z dołu głos jej teścia. Jak na człowieka z dwoma sztucznymi stawami biodrowymi, który poruszał się o lasce, potrafił chodzić zdumiewająco cicho, pomyślała Esme. Coś w rodzaju skrzyżowania pantery ze ślimakiem.

- Henry! - Speszona, walczyła z sobą, żeby się nie skrzywić.

Henry zajmował pierwsze piętro w Domu w Chmurach i rzadko zapuszczał się tak wysoko. Miał tam własną łazienkę i małą kuchenkę, a pokój dzienny, znajdujący się piętro wyżej, dzielił z pozostałymi członkami rodziny, chociaż właściwie młodsi Stackowie prawie nigdy z niego nie korzystali.
- Przepraszam za ten rumor - powiedziała, schodząc niżej, tam, skąd dobiegał głos teścia - ale potknęłam się o Browna i upuściłam pigwy, a potem ten głupi zwierzak popchnął mnie z tyłu. Nie potoczyła się aż do ciebie, prawda? Znaczy się, pigwa?

Wyłoniwszy się zza zakrętu schodów, zobaczyła, że poobijany owoc leży u stóp Henry'ego. Zauważyła, że z pigwy kapie powoli sok.

- Kto by pomyślał, że zawędruje tak daleko - zaszczebiotała, zatrzymując się kilka stopni wyżej. - I tak szybko. Może źle wykombinowaliśmy z tym kołem. Może powinno mieć kształt pigwy.

Henry patrzył na nią tak, jakby mówiła w jakimś obcym języku. Dość często widziała u niego taką minę, ale zanim zdążyła pożałować, że nie ugryzła się wcześniej w język, by oszczędzić teściowi irytacji, Brown śmignął obok niej, podbiegł do pigwy, obwąchał ją, po czym się odwrócił, podniósł nogę i nasikał na owoc. Oniemiała Esme gapiła się na strumień psiego moczu, który po odbiciu się od ściany ściekał prosto na półbuty Henry'ego. Ponieważ był piątek, a Henry należał do ludzi pedantycznych, wiedziała, że wyczyścił je mniej więcej godzinę i dziewięć minut temu.

Henry, zdumiony, co całkiem zrozumiałe, na chwilę stracił równowagę i zachwiawszy się lekko, wpadł na ścianę i strącił portret swojej zmarłej żony.

- Na litość boską - wysapał, purpurowy ze złości, wciąż opierając się o ścianę, ale próbując stanąć prosto. - Nie stercz tak, zrób coś.
Brown wolno wycofał się wyżej i patrzył pytająco na Esme, ciekawy, czym może być owo "coś".
- No więc? - znów odezwał się Henry, strząsając z nogawki spodni krople psiego moczu tak energicznie, jak to tylko możliwe w przypadku siedemdziesięcioczteroletniego mężczyzny, który nie ma w miednicy prawie żadnej własnej kości. - No więc? - powtórzył.

Po chwili w Domu w Chmurach dało się słyszeć stukanie trzech par nóg o drewniane stopnie, bo Esme przemknęła obok chwiejącego się na nogach teścia i rzuciła się w pogoń za psem. Zbiegała po schodach, cały czas widząc tuż przed sobą tłusty, lśniący zad Browna. Minęła piętro, które zajmowała razem z Pogiem, pokój dzienny i dotarła na kondygnację Henry'ego, a ostatni odcinek schodów, na sam parter, pokonała, biorąc po dwa stopnie naraz.

Jak na zwierzaka, który potrafił spędzić cały dzień rozwalony przed kominkiem, wpatrując się w talerz kruchych ciasteczek, Brown, kiedy musiał, potrafił poruszać się bardzo szybko. Pokonywanie zakrętów nie było jednak jego najmocniejszą stroną i w ciasnym holu wejściowym wpadł na stolik, przewrócił go, a przy okazji strącił na podłogę wazon z okazałymi czerwonymi różami.

Nie powstrzymało go to wszakże. Skierował się do drzwiczek dla kota i przez nie zanurkował, a koniec jego ogona zniknął, nim Esme wyciągnęła rękę, by go złapać i wyrwać z podłego psiego zadu.

Drzwiczki dla kota opadły z trzaskiem i w domu znów zrobiło się cicho. Na chwilę. Potem rozległ się stukot laski Henry'ego o podłogę.
- Dobra robota - oświadczył sztywno. - Pójdę po mop.
- Och, czy ty kiedykolwiek się wyluzujesz! - Esme usłyszała zza zamkniętych drzwi sypialni babci Mac gderliwy głos z akcentem dokerów. - Wyciągniesz kopyta, jeśli wiecznie będziesz zrzędził, ty stary, głupi capie.

Znieruchomiała. Spojrzała na drzwi pokoju babki, a potem na sufit. Słyszała wyraźnie jej głos, nie miała cienia wątpliwości, ale czy Henry też to usłyszał? Przez chwilę w domu panowała kompletna cisza, nikt się nie poruszał i nie odzywał, potem zaś miarowy stukot laski i szuranie nogami obwieściły całemu światu, że Henry udał się do schowka gospodarczego po szczotkę.

Esme wypuściła powietrze z płuc i postanowiła zignorować to, co przed chwilą usłyszała. Dziś rano nie miała czasu na takie rzeczy. Zostały jej pigwy (dwa tuziny) do przetarcia, okna (dwadzieścia osiem) do umycia, schody (siedemdziesiąt osiem stopni) do odkurzenia i marudny syn (czteroipólletni), który zawsze przysparzał jej kłopotów, a szczególnie wtedy, kiedy źle spał w nocy. Leżał teraz na poduszce i drzemał przy oglądaniu na wideo Boba Budowniczego, ale nie będzie to trwało wiecznie.

Esme odwróciła się, by ocenić zniszczenia, i przypadkowo skierowała wzrok na własne odbicie w lustrze w holu. Zobaczyła to, czego wcale nie chciała oglądać. Spoglądały na nią w napięciu przejrzyste, zielone oczy.

Wczoraj wieczorem niestarannie zmyła makijaż, więc miała czarne, posklejane rzęsy i smugi pod oczami. Rano uważała, że udało jej się upiąć na czubku głowy elegancki kok, ale teraz dostrzegła, że wcale nie jest elegancki ani w ogóle nie przypomina koka. Prawdę mówiąc, jej niesforne, miedziane loki wyglądały jak wielki motek rudej wełny, którym się bawiły rozdokazywane kocięta. Miała kolczyk tylko w jednym uchu, szminkę na brodzie i coś jej zaschło na nosie. Wyglądała, jakby dopiero co uciekła przed nawałnicą.

Zgarbiła się, patrząc na swoje odbicie. Ciekawa była, czy wszyscy wiodą takie zwariowane życie, jak ona. A może ona wprowadza więcej nieładu niż inni? Ściąga na siebie więcej katastrof? Slapstikowa komedia z gonieniem pigwy skończyła się, ukazując niebezpieczne lodowisko, ukryte tuż pod powierzchnią. Esme przestała snuć rozważania o swoim życiu i odwróciła wzrok od odbicia w lustrze.

Dzisiaj nie miała czasu na zgłębianie smutków, co zajmowałoby każdą wolną chwilę, gdyby sobie na to pozwoliła. Nie był to właściwy moment na roztrząsanie tragedii, która zniszczyła jej rodzinę, a potem tak nieskładnie ją posklejała.

Zamiast tego weźmie to nieprzemijające cierpienie, to dręczące wspomnienie i wyżmie je, zgniecie, stłumi tak, jak to robiła codziennie od dwóch lat, aż przestanie ją męczyć, ukrywając się w niej bardzo głęboko jak ostry i twardy cierń. Jedynie dzięki temu mogła jako tako funkcjonować. Mogła nadal chodzić, oddychać, gotować, sprzątać, śmiać się i pokazywać ludziom pogodną twarz, jakby największa tragedia w jej życiu była tylko sennym koszmarem, a nie czymś, co wydarzyło się naprawdę, co przygnało ją do tego domu, na nowe miejsce, by mogła rozpocząć nowe życie tu, gdzie nic nie przypominało jej o tamtym strasznym dniu.

I na ogół przez ostatnie dwa lata to wyżymanie i zgniatanie się sprawdzało. Jakoś żyła dalej. Pog, jej mąż, również żył jakoś dalej. Rory, ich syn, także. Każde z nich z osobna jakoś żyło dalej.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZANIM WYJDZIESZ... NIE PRZEGAP TEGO, CO CZYTAJĄ INNI! 👇