Naiwniak
Środa
Ulica Główna miasteczka North Bath ciągnęła się od centrum handlowego, zajmującego wszystkiego dwie przecznice, poprzez zaciszny, wyżej położony odcinek o podmiejskim charakterze, aby po kolejnych trzech przecznicach przejść w jeszcze spokojniejszą i już zdecydowanie wiejską, starą dwupasmową drogę numer 27 A, wijącą się przez północne tereny stanu Nowy Jork, pośród gór Adirondack z ich ciasnymi, zapyziałymi kurortami, aż po Montreal i wielki świat.
Domy położone przy Górnej, jak ją określali mieszkańcy miasteczka - chociaż cała Główna, od jej "Dolnego" krańca z domem towarowym IGA i lodziarnią Tastee Freez, aż po "Górny" z hotelem Sans Souci, zajmowała nie więcej niż ćwierć mili - były w większości leciwymi, wiktoriańskimi landarami o misternych, drewnianych fasadach albo rozłożystymi klasycystycznymi budowlami. Miałyby jakąś wartość, gdyby znajdowały się w Vermoncie, po drugiej stronie granicy, nie zostały podzielone na mniejsze lokale albo od razu zbudowane jako dwu- czy trzyrodzinne domostwa, wynajmowane następnie przez dziesięciolecia i podupadające coraz bardziej.
Jednak najbardziej malowniczym elementem pejzażu Górnej były nie domy, ale szpaler sędziwych wiązów, których konary tworzyły nad spadzistymi dachami imponujące sklepienie, przemieniając ulicę w cieniste wnętrze zielonej katedry. Poruszane wiatrem świetliste cienie znakomicie ukrywały obłażącą farbę i przydawały rozchwianym ganeczkom oraz przekrzywionym okapom szlachetnej patyny. Mieszkańcy wielkich miast, zdążający na północ, często zwalniali, przejeżdżając tamtędy, jeśli zdarzyło im się zboczyć z autostrady międzystanowej w poszukiwaniu paliwa lub czegoś do zjedzenia.
Przyglądali się z nostalgią starym domom z okien swoich samochodów, zastanawiając się od niechcenia, ile mogłyby kosztować, jak wyglądają od środka i jak by im się żyło w takiej mieścinie, gdzie droga do centrum to spacer w cieniu drzew. Z pewnością byłoby to lepsze życie. Wracając do siebie po długim weekendzie, ci, którzy byli pod największym wrażeniem, rozważali przez chwilę, czy zjechać z głównego traktu, aby przeżyć to jeszcze raz, a może nawet rzucić okiem na ceny nieruchomości. Ale wtedy przypominali sobie, że zjazd z autostrady jest zdradliwy, że North Bath nie jest wcale aż tak blisko i że bez tego są już spóźnieni. Docierało do nich, jak trudno będzie wytłumaczyć dzieciom jadącym na tylnym siedzeniu, dlaczego robią nagle taki objazd po to tylko, żeby przejechać się wysadzaną drzewami uliczką, mającą raptem trzy przecznice długości, po czym wrócić na autostradę.
Takie miasteczka jak to są uroczymi, zielonymi cmentarzykami. Wiedzieli o tym doskonale, dlatego impuls, by spojrzeć jeszcze raz, gasł, nie ujrzawszy światła dziennego, a ich samochody przelatywały obok zjazdu do North Bath, nawet nie zwalniając.
I chyba mądrze robili, bo to, co im się najbardziej podobało - czyli ciągnące się przez całą długość ulicy sklepienie potężnych wiązów - było w gruncie rzeczy mistyfikacją, o czym mogli zaświadczyć jej mieszkańcy. Przez długi czas drzewa stanowiły dumę i chlubę okolicy; gdy uniknęły jakimś cudem holenderskiej zarazy. Dopiero w ostatnich czasach, bez żadnych sygnałów ostrzegawczych, nabrały nagle złośliwych cech. Zima 1979 roku przyniosła straszliwą burzę gradową, a następnego lata liście niemal na połowie wiązów zaczęły się zwijać, przybierając niezdrową żółtą barwę i opadając w sierpniu, podczas największych letnich upałów, zamiast w połowie października. Wezwano specjalistów, którzy przybyli trzema oddzielnymi mikrobusami - każdy z nich opatrzony dumnym emblematem szczęśliwego drzewa.
Wysiedli z nich młodzi ludzie, ubrani w białe kitle, jakby wyobrażali sobie, że są lekarzami. Okrążali powoli każde drzewo, skubali korę, ostukiwali ją młoteczkami, jak gdyby pod nią mogły znajdować się jakieś tajemne skrytki, nabierali garściami liści rozkładających się w rynsztoku i przyglądali się im pod światło w dogasającym popołudniowym słońcu.
Jeden z odzianych na biało mężczyzn wywiercił dziurę w pniu wiązu rosnącego przed domem Beryl Peoples, wetknął w otwór obciągnięty rękawiczką palec, po czym włożył go do ust, krzywiąc się z niesmakiem.
Pani Peoples, emerytowana nauczycielka, która obserwowała go zza żaluzji frontowego pokoju od chwili przybycia mikrobusów, prychnęła na ten widok z pogardą.
- Czego się spodziewałeś? - powiedziała na głos. - Że będzie smakować jak placek z truskawkami?
Panna Beryl, jak nazywali ją niemal wszyscy mieszkańcy North Bath, mieszkała sama wystarczająco długo, aby przywyknąć do dźwięku własnego głosu, i nie zawsze odróżniała ten, który brzmiał w jej uszach, od tego, który rozbrzmiewał w jej wyobraźni. Jej zdaniem była to w końcu jedna i ta sama osoba i mówienie na głos nie wprawiało jej w większe zakłopotanie niż myślenie. Była przekonana, że gdyby chciała uciszyć jeden z tych głosów, drugi również by zamilkł. A tego nie chciała, skoro wciąż miała tak wiele do powiedzenia, choćby miała być swoim jedynym słuchaczem.
Miałaby na przykład ochotę powiedzieć temu młodemu człowiekowi, który krzywiąc się, oblizywał własną rękawiczkę, że zachował się w sposób absolutnie typowy dla tej karmiącej się złudzeniami epoki.
Jeżeli istniał jakiś stały motyw we współczesnym świecie - za którym osiemdziesięcioletnia panna Beryl by we własnym przekonaniu ewentualnie nie nadążała - było nim nonszalanckie uchylanie się od przesądzania jakiejkolwiek sprawy. "Skąd można wiedzieć, jak to jest, do- póki się nie spróbuje?" - tak ujmowało tę sprawę wielu młodych ludzi.
Otóż zdaniem panny Beryl, która szczyciła się pewną niezależnością umysłu, bardzo często dało się to przewidzieć, przynajmniej jeśli człowiek się trochę zastanowił. Mężczyzna, który właśnie spróbował, jak smakuje drzewo od środka, miał nie więcej powodów do rozczarowania niż jej przyjaciółka, pani Gruber, po skosztowaniu ślimaka. Rzecz działa się w głównej sali gospody "Northwoods Motor Inn". Grymas przyjaciółki, która obwieściła gromkim głosem, że nie odpowiada jej ani smak, ani konsystencja potrawy, nie wzruszył panny Beryl.
- Co takiego było w jego wyglądzie, że spodziewałaś się dobrego smaku?
Pani Gruber nie odpowiedziała, całkowicie pochłonięta rozstrzyganiem kwestii, co zrobić z serwetką, do której przed chwilą wypluła ślimaka.
- Był szary, oślizgły i wyglądał paskudnie - przypomniała jej panna Beryl.
Pani Gruber przyznała jej rację, tłumacząc, że to nie tyle ślimak, ile jego nazwa zrobiła na niej wrażenie.
- One mają francuską nazwę - powiedziała, ukradkiem wymieniając zabrudzoną płócienną serwetkę na świeżą z sąsiedniego stolika. - Escargot.
- Angielską też mają. - Panna Beryl była nieubłagana. - Koń prawdopodobnie też się jakoś nazywa po francusku, co nie znaczy, że Bóg stworzył go po to, żebyś go jadła.
Mimo wszystko była w skrytości dumna ze swojej przyjaciółki, która odważyła się spróbować ślimaka. Musiała przyznać, że pani Gruber ma w sobie więcej żyłki hazardzisty niż większość ludzi, w tym dwaj mężczyźni o imieniu Clive, z których jeden był kiedyś jej mężem, a drugiego wydała na świat. Gdzie jest punkt równowagi pomiędzy żądzą przygody a zdrowym rozsądkiem? Oto pytanie godne człowieka.
Mężczyzna, który skosztował, jak smakuje wnętrze wiązu, musiał być jeszcze większym głupcem niż pani Gruber. Panna Beryl doszła do takiego wniosku, ponieważ natychmiast ściągnął rękawiczkę, wsadził palec w otwór i spróbował jeszcze raz, zapewne, aby się przekonać, czy paskudny smak pochodzi od drzewa, czy od rękawiczki. Sądząc z jego miny, musiał pochodzić od drzewa.
Kilka minut później młodzi ludzie w białych kitlach zebrali narzędzia i zapakowali je z powrotem do samochodów opatrzonych zielonym logo. Panna Beryl wyszła zaciekawiona na ganek i przypatrywała się im z kpiącą miną, aż jeden z nich podszedł do niej, mrucząc:
- Dzieńbry.
- Bry - odparła panna Beryl.
Z twarzy młodego człowieka nic się nie dało wyczytać.
- Jak brzmi werdykt? - zapytała.
Mężczyzna wzruszył ramionami, patrząc w górę na plątaninę czarnych gałęzi.
- Są stare, to wszystko - zakomunikował, kierując z powrotem wzrok na pannę Beryl, której twarz znajdowała się mniej więcej na tej wysokości co jego, chociaż on stał na najniższym stopniu ganku, a ona na najwyższym. - Ten tutaj - powiedział, wskazując na najbliższy wiąz - miałby z osiemdziesiątkę, gdyby był człowiekiem.
Twierdzenie to nie miało być zapewne żadną złowróżbną aluzją, chociaż drobna osóbka o plecach zgiętych w pałąk, do której się zwracał, musiała być - w kategoriach jego analogii - rówieśnicą drzewa. - Może dałoby się podpompować je trochę witaminami - ciągnął - ale...
- Tu zawiesił znacząco głos, uznając najwyraźniej, że jego rozmówczyni posiada dość inteligencji, aby dośpiewać sobie resztę. - Miłego dnia życzę - powiedział na pożegnanie, po czym wsiadł do mikrobusu spod znaku szczęśliwego drzewa i odjechał.
Jeżeli "podpompowywanie" przyniosło w ogóle jakieś efekty, to wyłącznie niepożądane, co panna Beryl mogła stwierdzić. Tej samej zimy potężny konar wiązu rosnącego przed domem pani Boddicker niczym krucha kość pękł pod ciężarem śniegu i lodowej mazi i runął - nie na dach swojej właścicielki, tylko na sąsiedni, należący do pani Merriweather, zmiatając po drodze ceglany komin. Ten z kolei rozbił na kawałki kamienną sadzawkę dla ptaków przed domem pani Gruber, tej samej, którą tak rozczarował ślimak.
Od czasu tego pierwszego incydentu każda zima przynosiła jakąś nową katastrofę, ostatnio więc mieszkańcy Górnej wpatrywali się w sklepiony baldachim raczej z trwogą niż z dawnym nabożnym zachwytem, jak gdyby sam Bóg zwrócił się przeciwko nim. Studiując czarny labirynt, starali się wypatrzyć szczególnie groźnie wyglądające gałęzie na drzewach swoich sąsiadów, by zasugerować kosztowną operację wycięcia. Prawdę mówiąc, drzewa były tak stare, ich konary wybujały tak wysoko, tak daleko od osłabionych wiekiem oczu, że można było jedynie zgadywać, która gałąź do kogo należy i kto będzie odpowiedzialny, jeżeli spadnie.