Na zdrowie
Miernota
Śmierć w płomieniach? Czemu nie? Kłopot w przypadku tej metody polegał jednak na tym, że po pierwsze istniało ryzyko zaprószenia ognia w całym domu (to mnie nie bardzo urządzało, ponieważ miałem zamiar pozostawić list z wyjaśnieniami), po drugie, przypuszczałem, że facet przemieniony w żywą pochodnię może mieć niejaki problem z zachowaniem spokoju. A przecież nie do pomyślenia, by zasady savoir-vivre zostały zepchnięte na dalszy plan w tak dramatycznej sytuacji. Nie zależało mi na zrobieniu z siebie widowiska. Moja egzystencja była już, sama w sobie, wystarczającym widowiskiem.
Niemniej jednak ogień miał kilka zalet i warto było się nad nimi chwilę zastanowić. Chwyciłem za pióro i zabrałem się do bazgrania listy.
Wady
Problemy dla otoczenia
Niezbyt schludne
Bolesne
Paliwo?
Zalety
Ostateczne
Widowiskowe
Bohaterskie
Alkohol?
Tak czy inaczej decyzję już podjąłem. Zniknę z tego świata. Przynajmniej raz w moim życiu wydarzy się coś ostatecznego. Z pewnego punktu widzenia to pocieszające.
Było prawie południe, siedziałem przy biurku, a przede mną leżał rozłożony stos kompletnie niepotrzebnych papierów. O szyby idiotycznie bębniły krople deszczu. Nadal trzymałem w ręku pióro. Tym bardziej warto go do czegoś użyć, pomyślałem. Co by tu?...
W moim pojęciu rodzice powinni byli jednak bardziej uważać na to, co robią, kiedy mnie poczynali. Jedno albo drugie, choć właściwie oboje, bo przecież spełniali wspólny obowiązek.
Miernota. Niestety miernota. To mi przypominało... Właściwie nic. Albo, jeśli już to Johna V. Moona z kiepskiego okresu. Przestarzały numer, pretensjonalny, fałszywie liryczny. Trzylatek zrobiłby to lepiej.
Rzuciłem okiem na zewnątrz. Strugi deszczu spływały na miasto, ale w moim salonie słychać było jedynie regularne tykanie zegara ściennego. Już tylko kilka godzin, powtarzał niestrudzenie. Tylko kilka godzin i nastąpi kres wszystkiego. Moja decyzja była nieodwołalna. Żadne wykręty już tu nie pomogą. Należało spojrzeć przeznaczeniu prosto w twarz i odważnie je zaakceptować.
Na początek porzuciła mnie Katey. Właściwie nic takiego. Teraz pewnie omdlewała ze szczęścia w ramionach pierwszego lepszego pięknisia, jakiegoś durnia o szpiczastych uszach prawiącego czułe słówka. Elfy doskonale wiedziały, jak zdmuchnąć coś człowiekowi sprzed nosa. Banda nadętych błaznów. Nie od parady byli iluzjonistami. Mogłaby jednak, pomyślałem, dać znać o sobie. Skoro tego nie robiła, pomyślałem chwilę później, to może, dlatego że uważała mnie za kompletne zero. A jeśli ona tak myślała, może to prawda. Katey rzadko się myliła.
Czy mogło to mieć coś wspólnego z oszałamiającym sukcesem, jaki odniosłem w życiu zawodowym? Bez wątpienia. Drużyna Olbrzymów z Chelsey, którą miałem postawić na nogi, wlokła się beznadziejnie na samym dole tabeli Quarteku. Gdy przejąłem dowodzenie, znajdowaliśmy się na ósmym miejscu tabeli, a nasi kibice byli gotowi własnoręcznie wypruć z nas flaki. Obecnie nadal znajdowaliśmy się na ósmym miejscu, kibice nienawidzili nas tak samo jak przedtem, tyle, że było ich znacznie mniej. Dzisiejszego wieczoru czekała nas decydująca rozgrywka. Jej sens ograniczał się, z grubsza rzecz biorąc, do sprawdzenia, jak nisko mogliśmy jeszcze upaść. Jedyne pocieszenie to, że liga Quarteku liczyła tylko osiem drużyn.
Na dworze potop szalał w najlepsze. Wierzchołki drzew gięły się miotane wiatrem niczym pajacyki, a nieliczni przechodnie, na tyle szaleni, żeby wyjść z domu, sunęli pod wiatr z opuszczonymi głowami. Nie było doprawdy żadnego powodu, bym żałował swej decyzji. Kopnięcie w kalendarz to jedyna rozsądna rzecz, jaką mogłem uczynić w tym roku. Przy odrobinie szczęścia, służby miejskie nie będą nawet musiały targać trumny do najbliższego cmentarza, a moja śmierć zakończy się równie udanie, jak całe moje życie. Kompletną klapą.
Ująłem głowę w obie ręce. Biurko przerodziło się w istne pole bitwy. Po raz sto tysięczny, właściwie całkiem odruchowo, wziąłem do ręki lakoniczny liścik przysłany mi wczoraj przez sekretarza bardzo tajnego i bardzo hm, hm, hm Stowarzyszenia Zintegrowanych Absolutnie na rzecz Jedności Bezpodstawnego Absurdu i przejrzałem go pobieżnie. Kolejne orędzie naszego dostojnego założyciela. Był nim Pronon Graymercy, astronom i naturalista, który wsławił się próbą udowodnienia, że Potwór Tamiz to żywa istota. Pomyśleć, że w moim pojęciu chodziło o zwyczajną rzekę. Gość miał jednak pomnik w samym sercu miasta.
Wstąpiłem do Stowarzyszenia w chwili wielkiej samotności i po trosze zaczynałem tego żałować. Stowarzyszeni członkowie właściwie nie spotykali się prawie wcale, za to obdarzali się idiotycznymi pseudonimami (mnie nazywano Tom Kocurek). Twierdzili, że świat nie ma najmniejszego sensu i żeby wystarczająco dosadnie poprzeć te twierdzenia, ściągali ze mnie niewiarygodnie wysoką składkę, którą, jak mi się zdawało, zapłaciłem już, co najmniej trzykrotnie.
List drżał w mojej dłoni. Dewiza Stowarzyszenia, wyryta w mojej głowie, wpędzała mnie, jak zwykle, w stan bezradności.
„Świat jest sceną”.
Pamiętałem wszelako, że była to też jedna z przyczyn, dla których postanowiłem wstąpić w szeregi. Świat jest tylko sceną, twierdzili odważnie teatromani (tak nazywali samych siebie członkowie klubu), a zatem uczestniczymy w nieustającym przedstawieniu. Wszystkie nasze przeżycia są być może jedynie owocem jakiejś nadrzędnej wyobraźni, toteż, siłą rzeczy, nie musimy się kłopotać o cokolwiek.
Wstałem. Nie kłopotanie się o cokolwiek było sposobem postępowania, który mi w sam raz pasował. Zresztą, dziś wieczór będę mógł sprawdzić zakładane z tego tytułu korzyści.
- Jakiś kłopot, panie Moon?
Stałem twarzą do ociekającego deszczem okna balkonowego w moim salonie, więc odwróciłem się z uśmiechem i uniosłem kciuk do góry.
- Wszystko w najlepszym porządku, Prudie.
Do kogo ta mowa, pomyślałem. Gdy tylko się odwrócisz w drugą stronę, ja się podpalę. I tym razem, możesz mi wierzyć, nie zawalę sprawy.
Moja gospodyni ukłoniła się ze wstydliwym uśmiechem. Gdy się tak pochylała, mogła niemal czołem dotknąć podłogi. Miała zaledwie trzy stopy wzrostu. W sam raz dla karła.
- Prudie – powiedziałem poprawiając podszyte wyłogi jedwabnej kamizelki – jak pani wie dzisiejszego wieczoru rozgrywamy szczególnie ważny mecz...
- Och tak! – wykrzyknęła pośpiesznie – całe Newdon mówi tylko o tym!
- Doprawdy? – zauważyłem.
Jednak w rzeczywistości było mi doskonale obojętne, o czym też może mówić całe Newdon.
- A jakie są nasze notowania?
- Sześć- set sześć- dziesiąt sześć- do jednego – Prudie trafiła precyzyjnie między oczy.
Sześćset sześćdziesiąt sześć do jednego!
- Do diabła – odparowałem – to chyba lekka przesada. Ci cholerni Rzeźnicy nie są znowu bogami wojny!
- Ale Olbrzymy z Chelsey tkwią na końcu tabeli – zaoponowała moja gospodyni.
- Nie na końcu – wprowadziłem poprawkę – na ósmym miejscu. I dziękuję bardzo za przypomnienie.
Prudie stała przez chwilę w drzwiach ze strapionym wyrazem twarzy, patrząc na mnie ogromnymi, wilgotnymi oczyma. Będzie mi jej brakowało.
- Proszę mi powiedzieć, Prudie...
Uniosła głowę, a w jej oczach pojawiła się nadzieja.
- Tak, proszę pana?
- Prudie, moja droga Prudie, tak się zastanawiałem czy przypadkiem, proszę tego źle nie zrozumieć, nie chciałaby pani dzisiejszego wieczoru spędzić w gronie rodzinnym?
Popatrzyła na mnie tak, jakby mi brakowało kawałka twarzy.
- Ja nie mam rodziny, panie Moon.
- Załóżmy. No to może, bo ja wiem, jacyś przyjaciele?
Wzruszyła ramionami ze smutkiem.
- Dobrze, już dobrze – wróciłem do okna.
Na zewnątrz padało uparcie bez cienia nadziei na poprawę. Ponura i masywna katedra w Haarlem odcinała się na tle szarego nieba. Wraz z nadejściem zmierzchu, w wielkiej ciszy gromadzili się tam wszelkiej maści nekromanci i czarownicy z całego miasta. Dziś jednak panowało podejrzane poruszenie, a stróże prawa, trzymając kurczowo cugle swych rumaków, starali się ze wszystkich sił patrzeć w inną stronę.
- Jeśli liczyła pani na przyglądanie się dzisiejszym rozgrywkom, moja droga... Niezręczne milczenie wkradło się między nas. Zastanawiałem się, kiedy też ośmieli się myszkować w moim barku i kłaść nogi na sofie.
- No dobrze, ma pani wolny wieczór, Prudie. Proszę mi nie dziękować.
- Ależ ja chciałam...
- Cyt, cyt – cmoknąłem kiwając sentencjonalnie palcem wskazującym. – Postanowione. Ma pani wolny wieczór, koniec, kropka. Przecież ma pani prawo do odrobiny rozrywki. Ja zaś potrzebuję spokoju. Muszę się skupić przed meczem.
- Rozumiem – odparła karlica gładząc bawełniany fartuszek.
- Fantastycznie – podsumowałem krzywiąc się niepewnie, podczas gdy na dworze seria wściekłych błyskawic rozświetliła czarne chmury.
- Wrócę jutro.
- Otóż to, Prudie. Miłej zabawy. Proszę iść do pubu.
- Ależ to zabro...
- Żartowałem – ze znużeniem machnąłem dłonią.
Zrobiła minę, jakby już miała wychodzić i, jak zwykle, odwróciła się w progu jeszcze raz.
- Życzę szczęścia dziś wieczorem.
- Dziękuję.
Szczęście nie ma tu nic do rzeczy, pomyślałem, podczas gdy Prudie zamykała za sobą drzwi i oddalała się kroczkami pełnymi smutku. Przez to właśnie jesteśmy na szarym końcu.
Odczekałem kilka chwil, aż echo kroków Prudie ucichło zupełnie. Zasiadłem następnie przy biurku i ponownie wziąłem do ręki pióro, które zdążyło już zaschnąć. Zanurzyłem je w kałamarzu i wróciłem do pisania.
Dziś jest piękny dzień na śmierć, zacząłem.
Hm, nic nadzwyczajnego.
Dziś jest piękny dzień na śmierć.
Trochę lepiej.
Ale, gdyby się chwilę zastanowić, można to jeszcze bardziej wygładzić.
Dziś jest piękny dzień na śmierć.
To już było całkiem imponujące.
Na koniec zostawiłem tylko:
Dziś jest piękny dzień na śmierć.
Przeciągnąłem się mrużąc oczy.
Prawdę mówiąc, poczułem się samotny.