My, topielcy

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Buty

Laurids Madsen był w niebie, ale wrócił stamtąd dzięki swoim butom.
Nie wzbił się aż po jabłko masztu, ledwie na wysokość grotrei na pełnorejowcu. Ale stał u wrót raju i widział świętego Piotra, chociaż strażnik bram zaświatów pokazał mu jedynie swój zadek.
Laurids Madsen powinien nie żyć. Śmierć go jednak nie chciała, a przez to się zmienił. Zanim Laurids Madsen zasłynął swoją wizytą w niebie, zyskał sławę człowieka, który osobiście wywołał wojnę. Ojca, Rasmusa, stracił na morzu, kiedy miał sześć lat, a sam zaciągnął się na „Annę” z Marstal jako czternastolatek. Już trzy miesiące później „Anna” zatonęła na Bałtyku. Załogę uratował amerykański bryg i od tej pory Laurids Madsen zaczął marzyć o Ameryce.
Egzamin na sternika zdał we Flensburgu w wieku osiemnastu lat i jeszcze w tym samym roku po raz drugi przeżył zatonięcie statku u wybrzeży Norwegii w okolicach Mandal, w zimną październikową noc stał na szkierze zalewany falami i wypatrywał zbawienia. Pięć lat pływał po oceanach świata. Był na południe od przylądka Horn i słyszał krzyki pingwinów w czarne jak grób noce. Widział Valparaiso, zachodnie wybrzeże Ameryki i Sydney, gdzie zimą drzewa zamiast liści tracą korę i gdzie skaczą kangury. Poznał dziewczynę o oczach jak winogrona, Sally Brown, i mógł opowiadać o Foretop Street, La Boca, Barbary Coast i Tiger Bay. Przekroczył równik, odczuwając towarzyszący temu wstrząs, i powitał króla Neptuna. Wypił przy tej okazji słoną wodę, rybi olej i ocet. Został ochrzczony w smole, sadzy z lamp i kleju, ogolony zardzewiałym nożem z wyszczerbionym ostrzem, a zadrapania pielęgnowano mu solą i wapnem. Całował miedziany, naznaczony bliznami po ospie policzek Amfitryty i zanurzył nos w jej flakonie soli trzeźwiących,
wypełnionym obciętymi paznokciami.
Laurids Madsen zwiedził kawał świata.
Nie był w tym osamotniony. Ale on jako jedyny wrócił ogarnięty idée fixe, że w Marstal wszystko jest za małe, i jakby chcąc to udowodnić, bez przerwy mówił w języku, który nazywał amerykańskim. Przez rok pływał fregatą wojenną „Neversink” i nauczył się tej obcej mowy. Givin nem belong mi Laurids Madsen, mawiał.
Z Karoline Grube z Nygade miał córkę i trzech synów, Rasmusa, nazwanego tak po dziadku, Esbena i Alberta. Dziewczynka o imieniu Else była najstarsza. Rasmus, Esben i Else byli podobni do matki, niewysocy i małomówni. Albert przypominał ojca. Już jako czterolatek miał tyle samo wzrostu co starszy o trzy lata Esben. Wszędzie chodził, tocząc przed sobą angielską kulę armatnią z żeliwa, i ciągle próbował ją podnieść. Kolana się pod nim uginały, a wzrok zastygał, ale kula wciąż była dla niego za ciężka.
Heave away, my jolly boys! Heave away my bullies! – Laurids, widząc ćwiczenia najmłodszego syna, zachęcał go takimi okrzykami.
Kula przebiła dach domu na Korsgade podczas oblężenia Marstal przez Anglików w roku 1807. Babka tak się wtedy przeraziła, że urodziła Lauridsa na środku kuchennej podłogi. Kiedy Albert nie wybierał się z kulą na spacer, wciąż zajmowała swoje stałe miejsce w kuchni, a Karoline używała jej jako moździerza przy robieniu musztardy.
– Równie dobrze to ty mogłeś w taki sposób obwieścić swoje przybycie – powiedział kiedyś Rasmus Lauridsowi – bo taki byłeś duży, kiedy przyszedłeś na świat. Gdyby bocian cię wypuścił, przebiłbyś dach jak ta angielska kula.

Finggu – mówił Laurids, podnosząc do góry palec.
Chciał nauczyć dzieci amerykańskiego.
Fut oznaczało stopę. Wskazywał na but. Maus to były usta.
Siadając do stołu, pocierał brzuch i obnażał zęby.
Hanggre.
Wszyscy powinni zrozumieć, że jest głodny.
Matka nazywała się misis, ojciec papa tru. Pod nieobecność Lauridsa dzieci mówiły „mama” i „tata”, jak wszystkie inne, z wyjątkiem Alberta. On był wyjątkowym przyjacielem swego ojca.
Na dzieci istniały różne nazwy. Pikinini, bullies i hearties.
Laikim tumas – mówił Laurids do Karoline i wysuwał wargi jak do pocałunku. Karoline chichotała zawstydzona, a potem się złościła:
– Nie wygłupiaj się tak, Laurids!

Wybuchła wojna z Niemcami ze Szlezwika i Holsztynu po drugiej stronie Bałtyku. Był rok 1848 i jako pierwszy dowiedział się o niej stary zarządca ceł, de la Porte, ponieważ rząd prowizoryczny w Kilonii przysłał mu proklamację wraz z żądaniem wydania kasy.
W całym Marstal zapanowało wzburzenie i wkrótce ustaliliśmy, że tworzymy oddział obrony kraju. Na jego czele stanął młody nauczyciel z Rise, którego później nazywaliśmy Generałem. Na wszystkich najwyższych punktach wyspy ustawiono stosy sygnałowe. Były to dźwignie umieszczone na wysokich drągach, na których końcach zawieszono beczki wypełnione starymi linami i smołą. W razie pojawienia się wroga płonące beczki pełne smoły wybuchłyby, sygnalizując nadejście wojny od strony morza.
Stosy ustawiono zarówno na wzgórzu Knasterbjerg, jak i na klifach w okolicy Vejsnæs, a po całym brzegu chodzili strażnicy i wpatrywali się w morze.

Wojennego podniecenia nie mógł znieść Laurids, który już wcześniej nie miał szacunku dla niczego. Pewnego wieczoru, gdy w drodze z fiordu Eckernförde do domu mijał Vejsnæs, przepłynął blisko brzegu, krzycząc tak głośno, że aż echo poniosło się ponad wodą: „Niemiec za mną!”.
Kilka minut później na szczycie klifu zapłonęła beczka. Następnie zapalił się stos na Knasterbjerg, a potem ogień pobiegł dalej przez całą wyspę aż do Synneshøj, prawie dwadzieścia kilometrów dalej, aż w końcu cała wyspa Ærø stanęła w ogniu jak w wieczór świętojański.
Laurids został na wodzie i patrzył, jak płoną ogniska, śmiejąc się z całego tego zamieszania, które sam wywołał. Ale gdy przypłynął do Marstal, zobaczył, że wszędzie się świeci, a na ulicach jest pełno ludzi, chociaż był już późny wieczór. Jedni wykrzykiwali niezrozumiałe rozkazy, inni płakali i modlili się żarliwie. Gotowa do walki gromada maszerowała przez Markgade, uzbrojona w kosy, widły i z rzadka w strzelby. Młode matki biegały przerażone po ulicach z płaczącymi niemowlętami w objęciach, przekonane, że Niemiec nabije ich potomstwo na bagnety. Przy studni na rogu Markgade i Vestergade żona szypra kłóciła się ze służącą. Kobieta postanowiła, że ukryją się przed Niemcem w studni i kazała dziewczynie skakać w czarną otchłań.
– Pani pierwsza – upierała się służąca.
My, mężczyźni, też wydawaliśmy sobie polecenia. W naszym mieście jest zbyt wielu szyprów, aby ktoś miał ochotę słuchać kogoś innego, i jedyną rzeczą, co do której mogliśmy wszyscy się zgodzić, było wypowiadane przy wtórze wielu przekleństw uroczyste przyrzeczenie, że sprzedamy nasze życie najdrożej jak się da.
Kiedy pochód podnieconych ludzi dotarł na znajdującą się przy Kirkestræde plebanię pastora Zachariassena, który tego wieczoru miał akurat gości z daleka, jedna z pań zemdlała z wrażenia, ale jej dwunastoletni syn Ludvig chwycił za pogrzebacz, gotów bronić ojczyzny przed nadciągającym wrogiem. W domu Isagera, nauczyciela, który był również diakonem, rodzina szykowała się do mającego nastąpić ataku. Wszystkim dwunastu synom, którzy przybyli z wizytą, aby uczcić urodziny grubej pani Isagerowej, matka dała gliniane donice wypełnione popiołem i rozkazała sypać go na głowy Niemców, gdyby wpadli na pomysł natarcia na domostwo diakona.

Na czele gromady sunącej przez Markgade w stronę Reberbanen maszerował stary Jeppe, wywijający widłami i buńczucznie zachęcający Niemców do przybycia, jeśli tylko starczy im odwagi. Mały stolarz Laves Petersen musiał zawrócić. Dumnie niósł strzelbę na ramieniu, a kieszenie miał wypchane kulami, ale w samym środku tego bojowego przemarszu zorientował się, że proch zostawił w domu.
Przy marstalskim młynie stała potężna młynarka, madame Weber, z widłami w pogotowiu, chcąca za wszelką cenę wziąć udział w bitwie, i wśród ogólnego zamieszania, a być może również dlatego, że prezentowała się znacznie bardziej imponująco aniżeli większość nas, mężczyzn, nasze żądne walki szeregi natychmiast się przed nią otworzyły.

Laurids, z usposobienia skłonny do wzruszeń, tak się przejął powszechną walecznością, że również pobiegł do domu szukać broni. Karoline z czwórką dzieci ze strachu ukryła się pod stołem w paradnym pokoju. Gdy wpadł do domu, wołając wesoło: „Chodźcie, dzieciaki, idziemy na wojnę!”, rozległ się głuchy odgłos. To Karoline uderzyła głową o blat stołu od spodu. Z wysiłkiem wyczołgała się spod obrusa i wyprostowała, krzycząc ze złością:
– Czyś ty już całkiem postradał rozum, Madsen? Dzieci nie pójdą na żadną wojnę!
Rasmus i Esben zaczęli podskakiwać.
– My też chcemy iść! My też chcemy iść! – wołali chórem. – Pozwól!
Mały Albert już zdążył przytoczyć swoją kulę armatnią.
– Czyście kompletnie poszaleli? – krzyknęła matka, wymierzając szturchańca najbliżej stojącemu. – Wracajcie pod stół!
Laurids wybiegł do kuchni w poszukiwaniu odpowiedniej broni, ale nie znalazł nic, co by się nadawało do użytku.
– Gdzie schowałaś patelnię? – zawołał.
– Zostaw ją! – wrzasnęła Karoline. – Łapy z daleka od mojej patelni!
Laurids bezradnie rozejrzał się dokoła.
– No dobrze, wobec tego wezmę szczotkę – obwieścił, znów przebiegając przez pokój. – Niemiec dostanie za swoje!
Usłyszeli trzaśnięcie drzwi wychodzących na ulicę.
– Słyszałeś? – szepnął Rasmus, najstarszy, do Alberta. – Ojciec nie mówił po amerykańsku.
– Co za szaleniec! – Matka pokręciła głową w ciemności pod stołem, gdzie już z powrotem zdążyła się schronić. – Jak można iść na wojnę ze szczotką!

Gdy Laurids przyłączył się do gotowej do walki gromady, zapanowała powszechna radość. Uchodził wprawdzie za pyszałka, ale był rosły i silny, więc jego obecność była ze wszech miar pożądana. Potem zauważyliśmy szczotkę.
– Nie masz innej broni?
– Na Niemca wystarczy – odparł, podnosząc szczotkę do góry. – Wymieciemy go z kraju.
Byliśmy zuchwali i śmialiśmy się z jego dowcipu.
– Zostawmy tutaj jakieś widły – zaproponował Lars Bødker. – Nadziejemy na nie Niemców, kiedy już wszyscy będą martwi!
Wyszliśmy na pola. Do Vejsnæs było pół godziny drogi piechotą, ale szliśmy szybko, wciąż z żądzą walki we krwi. Dotarliśmy do wzgórz w okolicy Drejet i zobaczyliśmy ogniska płonące na wyspie, a widok ten jeszcze wzmógł naszą wojowniczość. Nagle w ciemności usłyszeliśmy tętent i zdrętwieliśmy. Nadciągał wróg!

Mieliśmy nadzieję, że zaskoczymy Niemców na brzegu, ale ukształtowanie terenu i tutaj nam sprzyjało. Laurids stanął w pozycji bojowej ze szczotką, a my, pozostali, poszliśmy w jego ślady.
– Zaczekajcie na mnie! – rozległo się za nami.
To był ów mały stolarz, który zawrócił do domu po proch.
– Pst! – uciszyliśmy go. – Niemcy są w pobliżu.
Odgłos kopyt się zbliżał, lecz teraz mogliśmy się już zorientować, że koń jest tylko jeden. Z ciemności wyłonił się jeździec. Laves Petersen przygotował strzelbę i wycelował, ale Laurids zatkał mu lufę dłonią.
– To kontroler Bülow – powiedział.
Kontroler siedział na spienionym koniu, którego czarne boki falowały po ciężkim biegu. Uniósł rękę do góry.
– Wracajcie do domu! Przy Vejsnæs nie ma żadnych Niemców.
– Ale przecież beczki płoną! – krzyknął Laves.
– Rozmawiałem ze strażnikiem pilnującym brzegu – odparł Bülow. – To fałszywy alarm.
– A nas wyciągnięto z ciepłych łóżek. Po co? Bez powodu?
Madame Weber skrzyżowała ręce na piersi i popatrzyła na nas surowo, jak gdyby szukała kogoś, na kogo mogłaby się rzucić teraz, gdy okazało się, że wróg odwołał swoje przybycie.
– Pokazaliśmy, że jesteśmy gotowi – łagodził kontroler. – No, a najlepsze jest to, że oni wcale nie nadciągają.
Wśród naszej gromady rozległ się zgodny pomruk. Lecz chociaż dostrzegaliśmy logikę w słowach kontrolera, to jednak mimo wszystko doznaliśmy paskudnego rozczarowania. Byliśmy gotowi spojrzeć w oczy i Niemcom, i śmierci, a tymczasem żadne z nich nie wylądowało na Ærø.
– Jeszcze się z Niemcem policzymy! – zapowiedział Lars Bødker.

Poczuliśmy zmęczenie i wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Zaczął padać zimny nocny deszcz. Milczeliśmy aż do młyna, gdzie madame Weber odłączyła się od naszej niepocieszonej gromadki. Stanęła przed nami z widłami w ręku, tak jakby prezentowała broń.
– Chciałabym wiedzieć – oświadczyła groźnym głosem – kim był ten żartowniś, który w środku nocy powyciągał ludzi z łóżek, żeby ich wysłać na wojnę.
Wszyscy skierowaliśmy wzrok na Lauridsa, górującego wśród nas ze szczotką na ramieniu.
Ale Laurids ani się nie zgarbił, ani nie spuścił oczu. Popatrzył prosto na nas. Potem odchylił głowę i w deszczu zaczął się śmiać.

Wkrótce wojna wybuchła na poważnie. Powołano nas do marynarki. Do sąsiedniego miasta Ærøskøbing przypłynął po nas wojenny parowiec „Hekla”. Staliśmy w kolejce na kei, wywoływani jeden po drugim, i wskakiwaliśmy na pokład barkasu, który miał nas przewieźć na parowiec. Tamtego listopadowego wieczoru czuliśmy, że wojna przeszła nam koło nosa, ale teraz czas oczekiwania się skończył i humory nam dopisywały.
– Halo! To idzie Duńczyk ze swoim życiem, duszą i marynarskim workiem! – zawołał Claus Jacob Clausen.
Był niewysokim żylastym mężczyzną, który zawsze się przechwalał, że pewien tatuażysta w Kopenhadze, zwany Kłującym Frederikiem, powiedział mu kiedyś, że ma najtwardsze ramię, w jakie kiedykolwiek wbijał igłę. Ojciec Clausena, Hans Clausen, był pilotem, tak jak wcześniej jego dziadek, a Claus Jacob nie miał wątpliwości, że i on pójdzie tą drogą, bo w nocy przed zamustrowaniem miał sen przepowiadający mu, że z tej wojny wróci żywy.
W Kopenhadze zaokrętowano nas na fregatę „Gefion”. Lauridsa od nas oddzielono; jako jedyny dostał się na liniowiec „Chrystian VIII”, którego grotmaszt był tak wysoki, że od jabłka do pokładu było półtora raza tyle, co na czubek wieży kościoła w Marstal. Kręciło nam się w głowach, kiedy patrzyliśmy do góry, ale ta słabość wzbudzała w nas dumę, rozumieliśmy bowiem, że zostaliśmy powołani do wielkich czynów.
Laurids został na brzegu i spoglądał za nami. „Chrystian VIII” mu odpowiadał. Wiedział, że na liniowcu poczuje się jak w domu, bo przecież przez rok pływał na amerykańskim okręcie wojennym „Neversink”. Mimo wszystko jednak uznaliśmy, że przez moment musiał się poczuć opuszczony, widząc, jak wchodzimy po trapie na „Gefion” i znikamy mu z oczu.

Wyruszyliśmy więc na wojnę. W Niedzielę Palmową przepływaliśmy wzdłuż naszej wyspy Ærø. Widzieliśmy klify koło Vejsnæs, gdzie Laurids wywołał na wyspie takie zamieszanie swoim: „Niemcy nadciągają!” Teraz płynęli Duńczycy i przyszła kolej, żeby to Niemcy podpalali beczki ze smołą, biegając w kółko jak bezgłowe kury.
Stanęliśmy koło wyspy Als i czekaliśmy. W środę wzięliśmy kurs na fiord Eckernförde i późnym popołudniem dotarliśmy do jego wejścia. Wezwano nas na pokład rufówki. Stanowiliśmy barwną gromadę w samodziałowych bluzach i płóciennych portkach różnych kolorów, jedni w niebieskich, inni w czarnych albo białych. Tylko wstążki z nazwą „Gefion” na czapkach i czerwono-białe rozetki świadczyły o tym, że jesteśmy marynarzami z królewskiego okrętu wojennego. Komandor, w swoim najświetniejszym mundurze z epoletami i szablą, wygłosił przemowę, prosząc, byśmy dzielnie walczyli. Wywijając trójgraniastym kapeluszem, wzniósł trzykrotnie okrzyk: „Niech żyje król!” Krzyczeliśmy wraz z nim tak głośno, jak tylko potrafiliśmy. Potem kazał wypalić ze wszystkich dział, byśmy mogli się przekonać, jak to będzie wyglądało podczas bitwy. Żaden z nas wcześniej nie był na wojnie. Huk poniósł się po morzu, a w powietrzu zawisł ostry zapach prochu. Zerwał się świeży wiatr i rozwiał niebieski dym armatni. Przez kilka minut nie mogliśmy się
nawoływać. Huk armat nas ogłuszył.
Stanowiliśmy teraz eskadrę. Dołączyły do nas jeszcze dwa parowce. Jeden rozpoznaliśmy z mustrowania w Ærøskøbing, to była „Hekla”. Szykowaliśmy się do bitwy nazajutrz. Działa ustawiono w furtach, wyciągano pompy i sikawki, by móc ich natychmiast użyć, gdyby na pokładzie wybuchł pożar. Przy każdym dziale układaliśmy kartacze i worki z metalową sieczką, a zapłonniki w skrzynkach. Przez ostatnich parę dni ćwiczyliśmy te czynności po tylekroć, że rozkazy znaliśmy wręcz na pamięć. Przy każdym dziale było nas jedenastu i od pierwszej komendy: „Wszyscy na miejsca!”, po której następowało „Grajcary, ładuj proch!” i „Zapłonnik włóż!”, do czasu, gdy wreszcie padł rozkaz, by wypalić, krążyliśmy, obijając się o siebie, sztywni ze strachu, że coś zrobimy nie tak. Byliśmy przyzwyczajeni do pracy we trzech albo czterech na naszych małych kutrach i keczach, a teraz nagle staliśmy się panami życia i śmierci.
Zbyt często stawaliśmy jak sparaliżowani, gdy komandor działa wrzeszczał swoje: „Ustawić do furty!” albo „Przybić stemplem!” Co, u diabła, mogło to oznaczać w codziennej mowie? Za każdym razem, gdy udawało nam się bezbłędnie pokonać zawiłą drogę aż do ostatniego rozkazu, komandor działa nas chwalił. Odpowiadaliśmy wesołym: „Hura!” Patrzył na nas, potem na swoje działo, a w końcu wbijał wzrok w pokład, nie przestając kręcić przy tym głową.
– Szczeniaki – mówił. – Starajcie się, do wszystkich diabłów, najlepiej jak potraficie!

Nie bardzo wiedzieliśmy, do kogo mamy strzelać. Chyba nie do starej Ilse z krzywym biodrem, mutter od gorzałki, która przychodziła do portu w Eckernförde i sprzedawała nam ów błogosławiony napój, gdy przypływaliśmy naszymi łajbami. Nie chodziło też raczej o handlarza zbożem, Eckharta, z którym ubiliśmy niejeden dobry interes. Był jeszcze oberżysta z Der Rote Hahn. Nosił nazwisko Hansen, duńskie jak mało które. Nigdy nie widzieliśmy, żeby trzymał w rękach broń. Żadna z tych osób, o ile dobrze rozumieliśmy, nie była tym Niemcem. Ale król wiedział, kto nim jest. No i ten komandor, który tak dzielnie krzyczał: „Hura!”.

Skierowaliśmy się w stronę fiordu. Wrogie baterie na wybrzeżu zaczęły grzmieć, lecz my byliśmy poza ich zasięgiem i wkrótce znów zapadła cisza. Zamiast zwykłej wody na herbatę rozdzielano między nas wódkę. O godzinie dziewiątej ogłoszono ciszę nocną, przyszła pora snu. Zbudzono nas siedem godzin później, był Wielki Czwartek, 5 kwietnia 1849 roku. I znów rozdano nam wódkę zamiast herbaty. Na pokładzie stała już beczka piwa. Mogliśmy pić go tyle, ile nam przyjdzie ochota, więc humory dopisywały, gdy podnieśliśmy kotwicę i zaczęliśmy zbliżać się do fiordu.
Na wyżywienie na okrętach Jego Królewskiej Mości nie mogliśmy narzekać, bo gdy sami je sobie zapewnialiśmy, było więcej niż skromne. Mawiano o nas, że za kilwaterem statku z Marstal nigdy nie lecą mewy, i rzeczywiście, u nas nic się nie marnowało. Za to tutaj codziennie oprócz herbaty i piwa dostawaliśmy tyle chleba, ile mogliśmy zjeść, na obiad funt świeżego mięsa albo pół funta słoniny, groch, owsiankę albo zupę, a wieczorem cztery łuty masła i do tego sznaps. Dlatego pokochaliśmy wojnę na długo przedtem, zanim pierwszy raz poczuliśmy zapach prochu.
Dotarliśmy do fiordu Eckernförde. Brzegi się przysunęły, a stanowiska dział na lądzie było już widać wyraźnie. Kresten Hansen nachylił się do Ejnara Jensena i kolejny raz zwierzył mu się, że nie przeżyje tej bitwy.
– Wiedziałem to od momentu, kiedy Niemcy kazali oddać kasę celną. Dzisiaj umrę.
– Gówno wiedziałeś! – odparł Ejnar. – Nie miałeś pojęcia, że bitwa odbędzie się w Wielki Czwartek.
– Właśnie, że wiedziałem. Od dawna. Przyszedł już czas, gdy nas zastrzelą!
– Zamknij się! – zirytował się Ejnar. Wysłuchiwał tego marudzenia, odkąd zwinęli koje i zasznurowali buty. Ale Krestena nie dawało się powstrzymać, oddech miał przyspieszony, gdy kładł dłoń na ramieniu przyjaciela.
– Obiecaj, że zabierzesz mój worek marynarski do domu, do Marstal!
– Sam sobie zabierzesz swoje manatki do domu. A teraz już przestań, bo w końcu i mnie napędzisz stracha.
Ejnar rzucił koledze zaniepokojone spojrzenie. Kresten był synem szypra Jochuma Hansena, stróżującego również w kapitanacie portu, bardzo przypominał swojego ojca i piegami pod rudoblond włosami, i wyjątkową małomównością. Nigdy nie widzieliśmy go w tak osobliwym stanie.
– Masz! – Ejnar podał mu kubek piwa. – Weź porządny łyk!
Przyłożył Krestenowi kubek do ust. Tamten prychnął i zakrztusił się piwem. Oczy zrobiły mu się szklane. Ejnar kilka razy uderzył go w plecy. Kresten z trudem łapał powietrze, a piwo leciało mu z dziurek w nosie.
– Ty dorszowy łbie! – zaśmiał się Ejnar. – Co ma wisieć, nie utonie – dodał. – Mało brakowało, żebyś sam się zabił. Nie potrzebowałbyś do tego Niemców.
Ale wzrok Krestena pozostawał równie nieobecny.
– Przyszedł już czas, gdy nas zastrzelą – powtórzył głuchym głosem.
– Mnie nie zastrzelą. To Mały Clausen wmieszał się do rozmowy. – Wiem, bo i mnie się to śniło. Widzicie, szedłem Møllevejen do miasta. Po obu stronach stali żołnierze, gotowi strzelać. Jakiś głos zawołał: „Idź!” A ja poszedłem. Kule świstały mi koło uszu, ale żadna nie trafiła. Mnie więc dzisiaj nie zastrzelą. Wiem to z całą pewnością.
Spojrzeliśmy na fiord i okoliczne łąki pokryte wiosenną zielenią. W grupce wypuszczających pączki lip chowała się zagroda z dachami krytymi strzechą. Prowadziła do niej droga obrzeżona wielkimi kamieniami. Przy drodze pasła się krowa. Odwróciła się do nas tyłem i leniwie machała ogonem, nieświadoma wojny nadciągającej morzem.

Stanowiska dział na cyplu od strony sterburty były już całkiem blisko. Zobaczyliśmy dym, jeszcze zanim usłyszeliśmy huk przetaczający się po wodzie jak burza, która pojawiła się nagle.
Kresten drgnął.
– Przyszedł na nas czas – powiedział.
Ze sterburty „Chrystiana VIII” od strony rufy buchnął ogień. Spojrzeliśmy na siebie bezradni. Czyżby okręt został trafiony?
Nie znaliśmy się na prowadzeniu wojny i nie wiedzieliśmy, co może oznaczać trafienie. Liniowiec milczał.
– Dlaczego oni nie odpowiadają? – zdenerwował się Ejnar.
– Nie zajęli jeszcze właściwej pozycji – stwierdził Clausen z miną znawcy.
Moment później niebieskoszara chmura dymu ze sterburty „Chrystiana VIII” oznajmiła, że odpowiedzieli. Bitwa się rozpoczęła. Na brzegu w górę strzelał ogień i pecyny ziemi, a małe ludziki z zapałek biegały w kółko. Wiał dobry wschodni wiatr i wkrótce przyszła kolej naszej „Gefion” na oddanie salwy. Od huku wielkich sześćdziesięciofuntowych dział zatrząsł się cały okręt, a nam jakby żołądki opadły. Zatkaliśmy uszy rękami, krzycząc ze strachu przemieszanego z radością, sparaliżowani mocą armat.
Wreszcie Niemiec dostał za swoje!
Trwało to przez kilka minut. W końcu bateria na cyplu przestała strzelać. Musieliśmy polegać wyłącznie na naszych oczach. Usłyszeć nie mogliśmy nic. Brzeg przypominał pustynię. Żwir zbił się w wielkie stosy. Czarna lufa dwudziestoczterofuntowego działa sterczała w górę jak po trzęsieniu ziemi. Nigdzie nie było żadnego ruchu.
Zaczęliśmy się poklepywać po plecach w milczącym tańcu zwycięstwa. Nawet Kresten przez moment jakby zapomniał o swoich ponurych przeczuciach i poddał się ekstazie: wojna to uciecha, odurzenie, które przenika do krwi, jak wódka, ale to odurzenie było większe i czystsze. Kiedy dym się rozwiał, powietrze stało się przejrzyste; nigdy nie widzieliśmy świata z podobną wyrazistością. Na naszych twarzach pojawiły się grymasy jak u nowo narodzonych dzieci. Takielunek, maszty i żagle tworzyły nad nami dach niczym młode listki w bukowym lesie. Dookoła unosiła się poświata, nieznana dotąd naszym oczom.
– Ależ mnie ogarnęło uniesienie! – stwierdził Mały Clausen, kiedy już wróciło nam mowę i słuch. – Niech to diabli! Niech to diabli!
Nie mógł przestać przeklinać.
– Niech mnie wszyscy diabli, jeśli widziałem kiedyś coś podobnego!
Huk dział słyszeliśmy już podczas próby generalnej poprzedniego wieczoru, ale ujrzenie skutków działania armat na własne oczy coś w człowieku zmieniało.
– No tak – stwierdził zamyślony Ejnar. – Te armaty to rzeczywiście coś innego niż kazania pastora Zachariassena. Co ty na to, Kresten?
Kresten miał uduchowiony wyraz twarzy.
– Nie do wiary, że dane mi było to przeżyć! – powiedział cicho.
– Przestałeś myśleć, że cię zastrzelą?
– Teraz już wiem na pewno, że tak będzie. Ale przestałem się bać.

Najwyraźniej nie był to jeszcze chrzest bojowy, gdyż sześćdziesięciofuntowe działa, które obsługiwaliśmy, były umieszczone na górnym pokładzie od strony bakburty. Wkrótce jednak miała nadejść i nasza kolej, gdy weszliśmy głębiej w fiord, kierując się ku Eckernförde, gdzie po obu stronach czekały kolejne dwie baterie. Ale tego przeciwnika można przecież było mieć za nic. Nie wybiła jeszcze ósma rano, a bitwę w połowie już wygraliśmy. Baliśmy się, że wojna się skończy, zanim na dobre się zaczęła. Poznaliśmy jej smak, a tymczasem Niemiec miał zostać pobity przed śniadaniem.
„Gefion” dalej szła ku krańcowi fiordu, północna bateria znajdowała się tuż przed nią. Znalazłszy się w odległości zaledwie dwóch kabli od baterii południowej, przebrasowaliśmy marsle, by wypuścić z nich wiatr. Kliwer ściągnęliśmy, a kotwicę bakburty rzuciliśmy dodatkowo jeszcze z dryfkotwą, abyśmy mogli stać zwróceni burtą, no bo teraz mieliśmy strzelać. „Chrystian VIII” zrobił tak samo.
Krew śpiewała nam w żyłach. Byliśmy jak dzieci, które czeka pokaz chińskich fajerwerków. Strach całkiem minął. Pozostało jedynie pełne nadziei podekscytowanie. Jeszcze nie zdążyliśmy przeżyć osiągniętego zwycięstwa, a już czekało nas kolejne.

„Gefion” zaczęła się obracać. To dryfkotwa nie trzymała. Prąd był zbyt silny i znosiło nas ku południowej baterii. Patrzyliśmy na „Chrystiana VIII”. Wielki liniowiec również zbliżał się do wybrzeża i już znalazł się pod silnym ostrzałem. Rzucili wielką kotwicę, by wstrzymać dryfowanie, i odpowiedzieli gwałtowną salwą, która przebiegła wzdłuż burty statku od dziobu po rufę. Z kolejnych furt działowych wykwitał dym, aż w końcu jedną wielką szybko rosnącą chmurą przesunął się na fiord. Strzelano jednak za wysoko i kule padały na łąki za baterią. Kanonierzy nie mieli czasu odpowiednio ustawić dział, gdy nieoczekiwanie zaczęło ich znosić do brzegu.
Chwilę później przyszła kolej na nas. Byliśmy tak blisko lądu, że znaleźliśmy się w zasięgu karabinów. Prąd i wiatr wciąż nami igrały. Ustawiło nas w poprzek fiordu, co oznaczało, że obie nasze burty wychodziły na pustą wodę. Jedynie cztery działa rufowe miały szansę odpowiedzieć na gwałtowny ostrzał baterii.
Pierwsze trafienie sprzątnęło z pokładu rufowego jedenastu ludzi. Kule armatnie nazywamy szarym groszkiem, ale to nie groszek przeleciał nad pokładem w chmurze drzazg, rozrywając nadburcie, stanowiska dział i ludzi. Ejnar widział, jak nadlatuje kula. Obserwował każdy metr jej lotu, gdy sunęła nisko nad pokładem. Zbiła z nóg człowieka, nogi odrzuciło w jedną stronę a resztę w drugą. Urwała jedną rękę i zmiażdżyła głowę. Przykleiły się do niej odłamki kości, krew i włosy. Kula leciała dalej w stronę Ejnara. Upadł do tyłu i patrzył, jak go mija. Później opowiadał, że w pędzie wyrwała mu sznurówkę z buta, tak była blisko, zanim w końcu wbiła się w rufówkę od strony bakburty.
Dla Ejnara kula była potworem obdarzonym wolną wolą. Pokazała mu, czym jest wojna. To nie bateria brzegowa strzelała w powietrze ani nie uciekający zapałczani żołnierze. To smok dyszał żarem w jego nagie serce.
Czasu na myślenie nie było. Na pokładzie zapanował zamęt. Jakiś oficer z dzikim wzrokiem wrzeszczał, że Ejnar razem ze sternikiem i jednym żołnierzem ma iść pod maszt. Ten rozkaz nie miał sensu, ale Ejnar go wykonał. Żołnierz natychmiast upadł w kałuży krwi. Wyglądał tak, jakby coś wybuchło mu w środku. W jego piersi pojawił się otwór, z którego buchała krew. Ejnar widział, jak oko eksploduje czerwienią i odrywa się pokrywa czaszki. Ze zdumieniem patrzył, jak odsłonięta jasnoróżowa masa mózgowa rozpryskuje się, jakby była owsianką, w którą ktoś uderzył drewnianą kopyścią. Nie wiedział, że coś takiego może stać się z człowiekiem. Potem nadleciała jeszcze jedna kula i zabrała ze sobą porucznika. Ejnarowi robiło się na zmianę zimno i gorąco na widok tego końca świata, a z nosa pociekła mu krew, jednak wyłącznie wskutek szaleńczego podekscytowania.
Jakiś inny oficer z twarzą zalaną krwią zapędził go do działa numer siedem. Wcześniej Ejnar był przy numerze dziesięć, ale ta armata w międzyczasie została trafiona i skrzywiła się na swoim stanowisku. Dookoła leżała plątanina znieruchomiałych ciał. Wypływająca spod nich krew rozlewała się w powoli rosnące jezioro. Strumyki moczu tworzyły delty między nogami zmarłych. Ejnar nie widział, czy jest wśród nich Kresten lub Mały Clausen. Nieco dalej walała się urwana stopa. Sam Ejnar też się zsikał, tak jak zabici. Huk armat wywołał trzęsienie ziemi w jego trzewiach i w spodniach Ejnar miał już pełno. Wiedział, że umierający w chwili śmierci opróżniają jelita, lecz nie wyobrażał sobie, że może to również dotyczyć żywych. Wojna miała być próbą męskości. Wiarę w to stracił w momencie, gdy poczuł lepkość na udach. Czuł się na poły martwym, a na poły niemowlęciem, wkrótce jednak się zorientował, że nie jest w tym odosobniony. Na pokładzie unosił się smród jak z przewróconego kibla, i nie pochodził jedynie od zabitych.
Większość walczących miała spodnie powalane na tyłku.
Komandor działa numer siedem jeszcze żył. Krwawił z rany nad brwią, gdzie uderzył go kawał drewna. Krzyczał coś do Ejnara, który go jednak nie słyszał, lecz gdy dowódca wskazał na lufę, zrozumiał, że ma załadować działo. Ręce miał za krótkie, więc aby wetknąć kulę w lufę, musiał wyczołgać się do połowy poza furtę działową. Był teraz widoczny dla baterii wroga i stanowił łatwy cel. Myślał jedynie o tym, kiedy wreszcie przyniosą wódkę.
W tym czasie „Gefion” udało się tak wymanewrować, że zajęła odpowiednią pozycję na fiordzie. Ustawiliśmy się burtą, ale parowiec „Gejzer”, który próbował nam pomóc i chciał wziąć nas na hol, dostał w maszynownię i musiał wycofać się z bitwy. To samo spotkało „Heklę”, której zniszczono ster. Wiatr wiał dokładnie ze wschodu, a strata dwóch parowców, które miały nas holować, oznaczała, że gdyby wszystko poszło źle, nie mielibyśmy odwrotu.

Wojenne szczęście zdawało się jednak odwracać. Północną baterię trafiano raz za razem, widzieliśmy, jak zapałczane żołnierzyki na brzegu pędem uciekają. To już była połowa zwycięstwa! Ale armat nie uszkodzono, nadbiegli bowiem nowi żołnierze i ostrzał właściwie trwał bez przerwy. Wydano kolejne porcje wódki. Kwatermistrz obszedł statek z konwią. Przyjmowaliśmy podsuwane nam kubki z takim nabożeństwem, z jakim przystępowaliśmy do komunii i piliśmy wino z kielicha. W beczkę z piwem na szczęście nic nie trafiło, więc często do niej zaglądaliśmy. Czuliśmy się bardzo zagubieni. Nieprzerwany atak i przypadkowość, z jaką śmierć zbierała swoje żniwo wśród nas na pokładzie, sprawiły, że poczuliśmy się bardzo zmęczeni, chociaż bitwa toczyła się zaledwie od dwóch godzin. Nieustannie ślizgaliśmy się w gęstych kałużach krwi i cały czas mieliśmy przed oczami okaleczone ciała. Jedynie głuchota, która dotknęła nas już dawno na skutek niekończącego się huku armat, sprawiła, że nie słyszeliśmy na szczęście krzyków rannych.
Nie rozglądaliśmy się ze strachu, że spojrzymy w twarz przyjaciela, że pochwycą nas błagające o litość spojrzenia, z których nagle potrafiła bić nienawiść, jak gdyby ranni wyrzucali nam, jeszcze trzymającym się na nogach, nasze szczęście i niczego bardziej nie pragnęli niż zamienić się z nami na los. Słowa otuchy nie miały sensu, bo i tak przepadłyby wśród grzmotu dział. Można było jedynie położyć nieszczęśnikowi rękę na ramieniu. Ale teraz my, wciąż cali, woleliśmy raczej towarzystwo sobie podobnych i unikaliśmy rannych, którym przecież przydałoby się więcej pociechy. My, żywi, sprzysięgliśmy się przeciw tym, których już naznaczyła śmierć.
Jeszcze raz załadowaliśmy działa i wycelowaliśmy, tak jak rozkazali komandorzy, ale nie myśleliśmy już ani o zwycięstwie, ani o klęsce. Walczyliśmy głównie po to, by unikać patrzenia na zmarłych, bo w naszych głowach niczym echo zniszczeń dookoła dźwięczało pytanie: dlaczego oni? Dlaczego nie ja? A my nie chcieliśmy tego słuchać. Pragnęliśmy przeżyć i wydawało nam się, że świat znajduje się na końcu czarnego tunelu z żeliwa. Widoczność ograniczała się do tego, co mogliśmy zobaczyć przez lufę działa.
Wódka odniosła błogosławiony skutek. Byliśmy już teraz pijani i ulegliśmy pijackiej bezmyślności, na której dnie tkwił strach. Płynęliśmy po czarnym morzu i mieliśmy tylko jeden cel: nie patrzeć w dół i nie trafić na dno.

Ejnar wczołgiwał się do furty działowej i znów z niej wyczołgiwał. Był piękny wiosenny dzień, a on za każdym razem, gdy wynurzał się na ciepły blask słońca, spodziewał się kuli w piersi. Nieustannie mruczał coś do siebie, ale nie miał pojęcia, jakie słowa wychodzą mu z ust. Wysmarowany sadzą i krwią, wyglądał groźnie. Z nosa wciąż ciekła mu krew, od czasu do czasu ocierał ją z twarzy rękawem. Potem odchylał głowę w nadziei, że w ten sposób powstrzyma krwotok. Przez cały czas miał w ustach ostry smak, który mijał jedynie wtedy, gdy wódka parzyła przełyk, ale wkrótce znów powracał. Z czasem jego napięcie przeszło w otępienie, a ruchy stały się mechaniczne. Nie był w gorszej sytuacji niż my, pozostali, nie wyróżniał się nawet śladami krwi i zabrudzonymi spodniami. Żaden z nas nie przypominał już żywego człowieka, tylko upiora z jakiejś dawno rozegranej bitwy, poległego zabranego wreszcie z pola walki, na którym wcześniej tygodniami leżeliśmy zapomniani w lejącym z nieba deszczu.

Trzy razy widzieliśmy, jak zmienia się obsada baterii północnej. Wydawało się, że żaden ze strzałów oddanych przez zapałczanych żołnierzyków nie chybił celu, a baterie po obu stronach fiordu koncentrują ogień na nas.
O pierwszej na zgruchotanym takielunku „Gefion” zawisła sygnałowa flaga. Była to wiadomość skierowana do załogi „Chrystiana VIII”: dłużej już nie wytrzymamy. Wiele z naszych dział pozostawało bez obsługi, a przy tych, z których wciąż strzelano, ludzi było za mało. My, którzy wciąż trzymaliśmy się na nogach, pracowaliśmy wśród stosów ciał zmarłych i rannych, w obłędzie wyciągających do nas ręce i łapiących nas, jak gdyby błagali o dotrzymanie im towarzystwa wśród brei porozrywanych trzewi, krwi i tego, z czego opróżniały się jelita.
Sygnał nadano szyfrem, wróg na brzegach fiordu Eckernförde nie mógł go zatem zrozumieć, ale na „Chrystianie VIII” odczytano go właściwie.

Na liniowcu wielkich strat w ludziach jeszcze nie było. Wcześnie rano zginął kwatermistrz z Nyborga, później dwóch ludzi zostało rannych, ale okręt uniknął wielkich, poważnych trafień. Komandor Paludan mógł, niestety, stwierdzić również, że intensywny ostrzał baterii na północnym i południowym brzegu fiordu nie spowodował wielkich szkód w siłach wroga. Bitwa trwała już od ponad sześciu godzin, wciąż bez żadnych widoków na zwycięstwo. Odwrót był jednak niemożliwy. Każdy to widział. Parowce „Hekla” i „Gejzer” zostały wykluczone z gry, a wiatr nam nie sprzyjał. Dlatego komandor Paludan postanowił wciągnąć flagę parlamentarza. Nie było to jeszcze poddanie się, a jedynie przerwa w bitwie.
Łodzią wiosłową zawieziono na brzeg jednego z poruczników z listem; wrócił wkrótce z informacją, że odpowiedzi można spodziewać się za godzinę. Marsle i dolne żagle unieruchomiono, a ludzie dostali chleb i piwo. Na pokładzie wciąż panował porządek i chociaż wszyscy ogłuchli od wybuchów, nie było śladu zniechęcenia. Pojawiał się najwyżej lekki niepokój o dalszy przebieg bitwy. Widzieli, że z „Gefion” nie jest dobrze, lecz o krwawym chaosie na naszym pokładzie nie mogli mieć pojęcia.
Laurids siedział sam ze swoim chlebem, zajęty zaspokajaniem głodu. Wciąż jeszcze nie wiedział, jaki los go czeka.
W tym czasie z miasta Eckernförde napłynęły tysiące ludzi i zapełniły brzegi po obu stronach. Laurids przyglądał się im, przeżuwając chleb, a wkrótce spostrzegł, że to wcale nie ciekawość przygnała ich z miasta. Rozpalili na łąkach wielkie ogniska i wyzbierali kule armatnie, rozsypane na brzegu. Te kule, odlane z żelaza, wkładali w ogień, podgrzewali tak, aż rozżarzyły się do czerwoności, po czym zanosili je na stanowiska dział. Na drodze z Kilonii pojawiła się artyleria naziemna, działa ciągnięte przez konie; żołnierze z armatami rozstawili się za kamiennymi ogrodzeniami, otaczającymi okoliczne pola.
Laurids pamiętał opowieść swego ojca o wojnie z Anglikami, kiedy to zaatakowano Marstal. Dwie angielskie fregaty rzuciły kotwicę na południe od miasta. Zjawiły się, by uprowadzić miejskie statki, których pół setki cumowało w porcie. Anglicy spuścili na wodę trzy barkasy pełne uzbrojonych żołnierzy, lecz marstalczykom wraz z grenadierami z Drugiej Kompanii Jutlandzkiej udało się ich przegonić. Obrońcy miasta nie wierzyli własnym oczom, gdy ujrzeli, że Anglicy się wycofują.
– Nigdy nie mogłem zrozumieć, o co szło w tamtej wojnie – dodał ojciec. – Anglicy są przecież świetnymi żeglarzami. Nic im nie mogę zarzucić. Ale w tej wojnie chodziło o chleb. Gdyby nam zabrali statki, bylibyśmy skończeni. Dlatego wygraliśmy. Bo co innego nam pozostawało?

Teraz Laurids siedział na „Chrystianie VIII” pod flagą parlamentarza i obserwował mrowie ludzi na brzegu. Nie miał pewności, czy lepiej rozumie wojnę niż jego ojciec. Walczyli o duńską flagę przeciwko Niemcom, to chyba powinno mu wystarczyć. I tak myślał jeszcze przed chwilą. Wojna była jak życie marynarza. Można nauczyć się wiele o chmurach, kierunkach wiatru i prądach morskich, ale niezbitej wiedzy o nieobliczalnym morzu nie da się zdobyć nigdy. Chodzi wyłącznie o to, by się do niego dostosować i wrócić żywym do domu. Teraz wrogiem były baterie nabrzeżne nad Eckernförde. Gdy zmusi się je do milczenia, droga do domu będzie otwarta. Tym była dla niego wojna. Za patriotę się nie uważał, ale też nie zajmował przeciwnego stanowiska. Życie przyjmował takim, jakim jest, a horyzont, ku któremu kierował spojrzenie, wyznaczały szczyty masztów, skrzydła wiatraka i wieżyczka na dachu kościoła. Tak wyglądało Marstal, gdy na pokładzie statku zbliżaliśmy się do niego od strony morza. Teraz widział zwyczajnych ludzi
rzucających się w wir wojny, nie tylko żołnierzy, lecz także mieszkańców miasta Eckernförde, do którego często zawijał z ładunkiem zboża i z którego przypłynął tamtego wieczoru, gdy całą wyspę Ærø postawił na głowie. Mieszkańcy Eckernförde zgromadzili się na brzegu tak jak kiedyś marstalczycy, więc o co chodzi w tej wojnie?

Na brzegu spuszczono na wodę łódź. To porucznik z „Chrystiana VIII” po raz trzeci wracał z negocjacji. Za każdym razem bitwę odraczano. Zawieszenie broni trwało już od dwóch i pół godziny, a dochodziło pół do piątej. Musiało w końcu nastąpić coś decydującego. Marynarze chwycili za wiosła. Nagle armaty na brzegu huknęły bez zapowiedzi. Flaga parlamentarza wciąż powiewała na topie grotmasztu, ale wojna znów się zaczęła.
Działa z „Chrystiana VIII” natychmiast odpowiedziały ogniem, natomiast „Gefion”, milcząca jak statek widmo, usiłowała wydostać się poza linię ostrzału. Poddaliśmy się, poświęcając ostatnie resztki sił na posuwanie się naprzód na kotwicy zawoźnej.
Wróg zmienił teraz taktykę. Baterie po obu stronach fiordu zamiast w nas zaczęły celować w „Chrystiana VIII”. Postanowiły podpalić okręt. Wiele kul, które na niego spadały, żarzyło się czerwono po tym, jak pół popołudnia przeleżały w ogniskach na polach. Mieszkańcy Eckernförde potrafili dobrze wykorzystać czas.
Pokład zapełnił się nagle zabitymi i rannymi. Atak nastąpił niespodziewanie. W wielu miejscach pojawiły się płomienie, natychmiast uruchomiono pompy i sikawki. Należało spłukać śmierć z pokładu, ale trzaskający ogień już zdążył wgryźć się w drewno.
Komandor Paludan zorientował się teraz, że bitwa jest przegrana. „Chrystian VIII” próbował się wydostać poza linię ostrzału, lecz wiatr wciąż był przeciwny. Liniowcowi udało się jedynie ustawić w poprzek prądu, przez co stracił dogodną pozycję, jaką była pozycja burtą do wroga. Na brzegu Niemcy od razu rozszyfrowali zamiary komandora i zaczęli celować w żagle i maszty. Chcieli udaremnić wrogowi odwrót.
Wielką kotwicę podniesiono za cenę olbrzymich strat. Bomby zapalające lądowały na dziobie, a granaty wybuchały między nogami nieszczęśników obsługujących kabestan. Cały czas krzykiem domagali się posiłków, tak duże były ofiary. Nowo przybyli nogami odsuwali na bok zabitych. Potem wybuchał kolejny kartacz i z handszpaków zostawały jedynie kikuty, a z dłoni, które je pchały – potrzaskane kości i kawałki palców. Kotwica w końcu podniosła się i zawisła, ociekając wodą, pokryta piaskiem z dna, szlamem i wodorostami. Ceną za to było szczęście dziesięciu rodzin, których bracia, synowie i ojcowie już nigdy nie wrócili do domu.
Wciągnięto kliwer, umocowano szoty marsli. Stawiano żagle. Laurids był żeglarzem, więc wspiął się na maszt wraz z innymi. Wyszedł na reję. Miał stąd widok na pole bitwy.
Słońce opadało nad horyzont, rzucając na fiord miękkie światło. Na czerwieniejącym niebie kłębki chmur rozpostarły się na kształt wachlarza. W odległości zaledwie kilkuset metrów od fiordu panował spokój i kiełkująca wiosna, ale na brzegu zaczerniło się od uzbrojonych ludzi. Strzelała artyleria ukryta za kamiennymi ogrodzeniami. Z baterii brzegowej ogniste kule śmigały nieprzerwaną kanonadą, a chmara tysiąca ludzi jednocześnie uniosła strzelby i wypaliła.
Laurids wisiał kiedyś na samym końcu rei podczas śnieżnej burzy na południe od przylądka Horn, uwieszony na rękach zamarzniętych jak kawały lodu. Musiał pełznąć z powrotem do masztu, czepiając się rei rękami i nogami, i wcale się nie bał. Teraz ręce trzęsły mu się tak, że nie był w stanie rozwiązać najprostszego węzła.
Ostrzał rozrywał żagle, maszty i liny. Dookoła Lauridsa marynarze jeden po drugim spadali z rei i want. Trafieni odłamkiem ostrzelanego masztu wielkości oszczepu, kartaczem lub ognistą kulą, obracając się, lecieli w dół między na wpół podniesionymi żaglami i takielunkiem, dopóki nie spadli na odległy pokład lub z pluskiem nie zniknęli w wodzie. Wtedy i Laurids się poddał i po drablinach zszedł na dół.
Na pokładzie narastał chaos. Żadnego z żagli nie dało się już podnieść, skoro fały i brasy zostały zniszczone. Jakaś grupa wciągała bezantopsel i prawie udało im się go podnieść, gdy nagle spadły na nich bloki i halsy, na tyle ciężkie, by zabić człowieka.

Każda próba wyprowadzenia „Chrystiana VIII” poza linię ognia okazywała się daremna. Niemożliwa była jakakolwiek rozsądna żegluga, a świeży wiatr przeszedł w silny, znosząc potężny okręt ku brzegowi. Liniowiec zatrzymał się na mieliźnie dokładnie na wschód od południowej baterii, która raziła bezbronny okręt coraz silniejszym ogniem. W tej pozycji do użytku nadawały się jedynie działa rufowe, lecz okręt gwałtownie się przechylił i nic już nie pozostało na swoim miejscu.
Nagle rozległ się krzyk:
– Pożar na pokładzie!
To, co wcześniej brali za pożar, było jedynie fałszywym alarmem w porównaniu z tym, co się teraz działo. Jedna z płonących kul przebiła pokład działowy i wpadła do ładowni na sterburcie. Ogień szybko się rozprzestrzeniał, przesuwając się ku prochowniom. Paliło się również w innych miejscach. Ludzie pracowali przy pompach, ale na próżno. Ogień zwyciężył.
O szóstej ściągnięto banderę i działa na „Chrystianie VIII” umilkły. Ale ostrzał liniowca trwał jeszcze przez kwadrans, zanim nienasycony wróg wreszcie zadowolił się ogromem klęski okrętu wojennego, który przed kilkoma zaledwie godzinami wydawał się niezwyciężony.
Na znak kapitulacji przetransportowano komandora Paludana łodzią na brzeg, a wtedy załogę całkiem opuścił duch walki. Przestali zmagać się z ogniem. Stali zgarbieni, brudni i cuchnący. Ich wiedza żeglarska nie była nikomu potrzebna, a z wojną czy klęską nigdy nie mieli do czynienia. Wcześniej wydawało im się, że wojna to zabawa, teraz w głowach huczało im jedynie echo salw armatnich, serca zaś opuściła wszelka energia. Ta ostatnia, haniebna część bitwy trwała półtorej godziny, lecz im wydawało się, że była jak cała wieczność. Nie potrafili sobie wyobrazić, że później może być coś jeszcze. Nie zostało im już nic.
Niektórzy siedzieli na pokładzie wśród morza płomieni, jak gdyby kazania pastorów okazały się prorocze i podróż ku ogniowi piekielnemu już się rozpoczęła. Inni znieruchomiałym wzrokiem wpatrywali się przed siebie. Mechanizm się w nich popsuł. Porucznicy Ulrik, Stjernholm i Corfitz biegali po pokładzie, coś do nich krzycząc. Jeśli chcieli uniknąć katastrofy i nie widzieć, jak duma ojczyzny wylatuje w powietrze, podkreślając zakończenie bitwy, która nie przyniosła im chwały, to byli teraz potrzebni bardziej niż kiedykolwiek. Ale armaty ich ogłuszyły. Reagowali jedynie na potrząsanie i poszturchiwanie.

Laurids dał się zagonić do ostatniej prochowni, ale wyrzucanie prochu do morza szło wolno. Było ich zaledwie pięciu, a za każdym razem, gdy zapędzano tu kogoś nowego, zaraz z powrotem wybiegał na górę.
Nagle rozległ się krzyk:
– Wszyscy na pokład!
Od razu wiedzieli, co to oznacza. Popatrzyli po sobie. Zostawiwszy kartacze i beczki z prochem, błyskawicznie popędzili na górę po trapie.
Po pokładzie między nogami przerażonych marynarzy biegały owce, cielaki, świnie, kury i kaczki. Wypuszczono je z zagród. Jakaś świnia z zakrwawionym ryjem grzebała w trzewiach leżących na deskach, od czasu do czasu coś pożerając.
Każdy biegł w swoją stronę, każdy z naglącą sprawą, której nie dało się odłożyć. Jedni szukali ubrań i worków. Inni wspinali się na nadburcie, jak gdyby rozważali, czy nie rzucić się w zimną wodę. Nikt nie myślał o rannych, którzy leżeli im na drodze i wśród powszechnego chaosu musieli pogodzić się z tym, że są bezlitośnie tratowani. Ich krzyków bólu i tak nikt nie słyszał. Większość wciąż była ogłuszona wielogodzinną kanonadą.
Laurids zbiegł do lazaretu. Nie mógł uwierzyć, że ranni mają być pozostawieni swemu losowi. Szczelinami między grubymi dębowymi deskami sączył się dym. Laurids zakrył usta ręką i zrobił jeszcze dwa kroki w głąb zadymionego pomieszczenia. Podszedł do niego pielęgniarz, który usta miał zakryte ścierką.
– Ktoś tu przyjdzie?
Laurids usłyszał te słowa. Odzyskał słuch.
– Musimy wynieść rannych na górę! Tu się podusimy!
– Sprowadzę pomoc! – odkrzyknął Laurids.
Na pokładzie nie znalazł żadnego z oficerów, którzy wcześniej walili płazem członków załogi i wymierzali im kopniaki. Ujrzał zbiegowisko przy furcie burtowej i zaraz tam pobiegł. Ewakuacja trwała już w najlepsze. Dostrzegł kilku poruczników, szablami torujących sobie drogę do trapu. Zastępca dowódcy okrętu, kapitan Krieger, stał z boku i obserwował całą scenę dziwnie nieobecnym wzrokiem. Pod pachą dźwigał portret żony w złoconych ramach. Lornetkę miał na plecach. Gdy Laurids podszedł bliżej, usłyszał, że kapitan raz po raz powtarza jedno i to samo zdanie, unosząc rękę w geście pozdrowienia, jak gdyby chciał pobłogosławić stojącą przed nim zdesperowaną gromadę.
– Pokazaliście, że jesteście odważni, spełniliście swój obowiązek, wszyscy jesteście moimi braćmi.
Nikt nie zwracał na niego uwagi. Każdy miał spojrzenie wbite w plecy stojącego przed nim, będące główną przeszkodą na drodze do zbawiennej furty burtowej.
Laurids przepchnął się do kapitana i zbliżając do niego twarz, zawołał:
– Ranni, kapitanie Krieger! Ranni!
Kapitan popatrzył na niego, ale jego wzrok pozostał równie nieobecny. Położył rękę na ramieniu Lauridsa, który wyczuł jej drżenie, lecz głos kapitana brzmiał spokojnie, niemal sennie:
– Bracie, gdy zejdziesz na ląd, przyjdź do mnie, a wtedy porozmawiamy jak bracia.
– Trzeba pomóc rannym! – wrzasnął Laurids. – Cały okręt zaraz wyleci w powietrze!
Dłoń kapitana wciąż spoczywała na ramieniu Lauridsa.
– Tak, tak, ranni – powiedział tym samym, niezmiennie spokojnym tonem. – Ranni są moimi braćmi. Kiedy zejdą na ląd, wszyscy będziemy rozmawiać jak bracia.
Słowa przeszły w mamrotanie, potem od początku kapitan zaczął swoją litanię:
– Pokazaliście, że jesteście odważni, spełniliście swój obowiązek, wszyscy jesteście moimi braćmi.
Laurids zostawił go i skierował się do gromady mężczyzn walczących o drogę do furty. Złapał za ramię jednego, potem drugiego, odwracał ich do siebie i krzyczał, przekazując swoje przesłanie o konieczności przyjścia z pomocą rannym. Pierwszy zareagował ciosem pięścią wymierzonym w jego brodę. Drugi, jakby nic nie rozumiejąc, pokręcił głową, wyrwał się i z nową energią rzucił do walki.

Ewakuacja przebiegała teraz szybciej. Od brzegu odbiły łodzie rybackie, spiesząc na ratunek załodze okrętu wojennego, który zaledwie kilka godzin wcześniej raził miejscowych ogniem. Należąca do liniowca szalupa kapitańska kursowała między okrętem a brzegiem. Laurids przechylił się przez reling i zobaczył ogień z hukiem wydobywający się z furt działowych na rufie. Wiedział, że to już nie potrwa długo.
Ze wszystkich otworów buchał dym. Na pokładzie było równie trudno oddychać jak pod nim. Jeszcze raz zbiegł po trapie do lazaretu, ale musiał zrezygnować z przedzierania się przez dym, który był teraz tak gęsty i duszący, że Laurids nie wyobrażał sobie, by ktokolwiek mógł tam jeszcze pozostać przy życiu.
– Jest tu kto? – zawołał, lecz nie doczekał się odpowiedzi.
Dym dusił w płucach. Laurids zaniósł się kaszlem, aż po policzkach popłynęły mu łzy. Potem znów wrócił na pokład. Zacisnął piekące z bólu oczy, na moment oślepiony. Poślizgnął się na pokładzie pokrytym ludzkimi odchodami i zmiażdżonymi organami. Czując pod ręką coś miękkiego i mokrego, natychmiast poderwał się z powrotem na nogi, z przerażeniem ocierając dłoń o wybrudzone już spodnie. Nie mógł znieść myśli o tym, że jego palce dotknęły krwi i trzewi innego człowieka. Czuł się tak, jakby duszę oblano mu wrzątkiem.
Chwiejąc się, podszedł do relingu, gdzie dym był nie tak gęsty, i usiłował coś zobaczyć. Przez mgłę łez widział, jak szalupa osiada na rewie. Ludzie musieli wejść do wody i na własnych nogach przedostać się na ląd. Na brzegu czekali na nich żołnierze wroga. Szalupę uwolniono, zaraz zawróciła do „Chrystiana VIII”. Kilka łodzi rybackich również znajdowało się blisko statku, lecz nagle ich wiosła znieruchomiały. Szalupa także zawróciła. Od strony furty burtowej podniósł się krzyk protestu.
Laurids zrobił krok w tył i wszedł w gęste kłęby dymu.

„Widziałem Lauridsa!”, zaklinał się zawsze później Ejnar. „Przysięgam, że go widziałem!”
Gdy „Chrystian VIII” wyleciał w powietrze, Ejnar stał na brzegu. Z „Gefion” został sprowadzony na ląd pod eskortą i wraz z innymi, którzy przeżyli na fregacie, czekał, aż ich zabiorą. Zwycięstwo zaskoczyło żołnierzy niemieckich i początkowo jakby nie bardzo wiedzieli, co mają z nami zrobić. Liczba naszych cały czas się zwiększała, bo ludzie z dwóch pokonanych okrętów wojennych ciągle docierali na brzeg.
Nagle od strony wody rozległ się ostrzegawczy krzyk.
Większość z nas wycieńczona i pozbawiona nadziei siedziała na piasku ze spuszczonymi głowami, a żołnierze kierowali w nas bagnety, które drżały im w rękach. Teraz podnieśliśmy głowy. To się zaczęło od rufy liniowca, ogień wystrzelił w górę z ogłuszającym hukiem. W miarę jak zapalały się kolejne komory z prochem, spod pokładu wynurzały się nowe słupy płomieni. Maszty i reje przez moment przypominały płonące zapałki. Żagle z łopotem zmieniały się w czarne płaty popiołu. Potężny kadłub z dębowego drewna był jak zabawka w brutalnych rękach niszczycielskiego ognia. Ale nie widzieliśmy jeszcze wszystkiego, bo niesamowity żar zapalił działa skazanego na zagładę okrętu, które w chwili kapitulacji były pełne śmiercionośnej zawartości, i jeszcze raz wyrzuciły ją w stronę baterii nabrzeżnej.
Gdy kule zaczęły lecieć na nas, na pełnym ludzi brzegu poniósł się krzyk przerażenia. Śmierć nie wybierała. Miażdżeni ginęli jeńcy, żołnierze i Holsztynianie. Z nieba spadał deszcz płonących kawałków okrętu, siejących dookoła śmierć i zniszczenie. Chwili zwycięstwa towarzyszył żałosny jęk. To było ostatnie słowo umierającego liniowca, żegnającego się i ze zwycięzcami, i z pokonanymi, mordercza salwa burtowa, nieodróżniająca wroga od przyjaciela. W morzu ognia szalejącego na fiordzie Eckernförde wojna pokazała swoją prawdziwą twarz.

Przez chwilę wydawało się, że wszyscy na brzegu zginęli. Wszędzie leżeli ludzie. Nikt nie stał. Wielu wciskało twarze w piasek, wyciągając ręce, jak gdyby modlili się do piekła rozpętanego na wodzie. Tu i ówdzie płonęły szczątki wraku. W końcu niektóre z leżących postaci zaczęły się podnosić, z lękiem spoglądając na palący się okręt. Z wody dobiegały krzyki. Kilka łodzi, które pospieszyły na ratunek załodze, też zostało trafionych i stały teraz w ogniu. Porucznik Stjernholm wraz z czterema ludźmi płynął jolką do brzegu, wioząc kasę kapitańską, ale gdy „Chrystian VIII” wyleciał w powietrze, urwała się rufa łódki. Kasa z pieniędzmi przepadła, ale porucznik zdołał wydostać się na brzeg. Gdy mokry wychodził na piasek, ciągnął za sobą jednego człowieka z jolki. Pozostali utonęli.
Na brzegu panowała akurat cisza, słychać było tylko jęki rannych i trzask płomieni z dopalającego się wraku, gdy nagle po całej plaży i po wodzie poniósł się głośny okrzyk:
– Widziałem Lauridsa! Widziałem Lauridsa!
Podnieśliśmy głowy i rozejrzeliśmy się. Rozpoznaliśmy głos Ejnara, większość z nas pomyślała, że biedaczysko najwidoczniej stracił rozum. Teraz na brzegu rozpętał się chaos. Wszyscy wołali jeden przez drugiego, jak gdyby ogarnięci przerażeniem ludzie musieli się przekonywać, że wciąż żyją, czyniąc jak największy hałas. W tym zamieszaniu mogliśmy uciec naszym strażnikom, lecz straciliśmy już nadzieję, a wraz z nią wolę działania, i poprzestaliśmy na radości, że wciąż jesteśmy wśród żywych. Na nic więcej nie starczyło nam sił.
Z naszymi strażnikami było niewiele lepiej. Kiedy zabierali nas z brzegu, twarze mieli odrętwiałe, malowało się na nich przerażenie strasznym losem, którego o mały włos sami by nie uniknęli. Bardziej niż zorganizowany transport więźniów przypominało to wspólną ucieczkę z teatru działań wojennych.
Dzień przyniósł Niemcom bezdyskusyjne zwycięstwo, lecz na ich twarzach trudno było znaleźć oznaki triumfu. Przerażenie potwornymi siłami, które uwolniła wojna, zjednoczyło zwycięzców i pokonanych.

Zaprowadzono nas do kościoła w Eckernförde, w którym na podłodze rozłożono słomę, abyśmy mogli się położyć i dać wytchnienie zmęczonym ciałom. Wszyscy byliśmy przemoczeni i trzęśliśmy się z zimna. Po zachodzie słońca kwietniowy wieczór zrobił się chłodny. Ci spośród nas, którym udało się uratować marynarskie worki, zaczęli zmieniać ubranie, a mającym mniej szczęścia towarzyszom pożyczaliśmy to, czego im brakowało. Wkrótce przyniesiono nam jedzenie. Każdy otrzymał rację piwa, ciemnego chleba i wędzonej słoniny. Żywność zebrano wśród kupców miejskich. Nikt się nie spodziewał, że miasto zapełni się jeńcami wojennymi. Przeciwnie, wszyscy przypuszczali, że zanim minie dzień, duńscy żołnierze będą patrolować ulice Eckernförde. Tymczasem my zamiast pilnować mieszkańców miasta staliśmy się ich gośćmi.
W kościele pojawiły się staruszki z delikatniejszym chlebem i wódką dla tych, którzy mieli pieniądze. Była wśród nich mutter Ilse z krzywym biodrem. Pogładziła jednego z więźniów po wymazanym sadzą policzku, mrucząc pod nosem:
– Ty nieszczęśniku.
Poznała go, bo wcześniej nieraz odwiedzał miasto. Przecież tak często kupowaliśmy u niej alkohol.
Jeniec złapał ją za rękę.
– Nie nazywaj mnie nieszczęśnikiem. Wszak żyję.
To był Ejnar.

Podczas tamtej długiej przerwy po podniesieniu flagi sygnałowej Ejnar obszedł pokład w poszukiwaniu Krestena. Nie znalazł go ani wśród żywych, ani rannych. Wielu zabitych leżało na brzuchu i trzeba ich było odwracać, niektórzy mieli odstrzelone twarze. Wśród zwłok przy dziale numer siedem ciała Krestena nie było.
Do Ejnara podszedł Torvald Bønnelykke, który obsługiwał inną armatę.
– Szukasz Krestena? – spytał.
Pochodził z Marstal i też musiał słyszeć jego ponure przepowiednie.
– Leży tam – powiedział, wskazując palcem. – Ale go nie poznasz, bo kula urwała mu głowę, więc już go nie zobaczymy. Stałem tuż obok, kiedy się to stało.
– A więc miał rację – stwierdził Ejnar. – Cholerny sposób na śmierć.
– Śmierć to śmierć – orzekł Bønnelykke. – Nie wiem, czy jakiś sposób jest lepszy niż inny. Rezultat i tak jest ten sam.
– Muszę teraz znaleźć jego worek. Obiecałem mu to. Widziałeś gdzieś Małego Clausena?
Ejnar popatrzył na niego, ale Bønnelykke pokręcił głową. Obeszli pokład, rozpytując się, lecz nikt nie widział małego marstalczyka.

Było koło dziesiątej. Wycieńczeni, szykowaliśmy się do snu. Nagle drzwi kościoła się otworzyły i wprowadzono jeszcze jednego jeńca. Był owinięty w wielki koc i bez przerwy kichał, cały się trzęsąc.
– Do diabła, ale mi zimno! – powiedział zachrypniętym głosem i znów się zatrząsł od kolejnego kichnięcia.
– No, no, czy to nie jest Mały Clausen?
Ejnar zerwał się na równe nogi i ruszył w stronę przyjaciela.
– A jednak żyjesz!
– No tak, żyję. Przecież mówiłem. Ale jestem okropnie chory. Coś mi się wydaje, że umrę na przeziębienie.
Znów kichnął.
Ejnar objął go ramieniem i zaprowadził do legowiska ze słomy, które sobie przygotował.
Czuł, jak Mały Clausen trzęsie się pod kocem. Na jego białej twarzy wykwitły czerwone plamy świadczące o gorączce.
– Masz suche ubranie?
– Nie, do diabła! Nie zabrałem swojego worka.
– Weź to.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
MOŻE JESZCZE JEDEN ARTYKUŁ? ZOBACZ CO POLECAMY 🌟