Morze
Człowiek jest jak morze:
przenika i jest przenikany,
odzwierciedla życie wieczne,
a ono sprawia, że się porusza.
Jak księżyc oświetla ziemię,
tak Bóg oświetla człowieka dzieło stworzenia.
1 ###MANUEL TUR
Wśród sosnowych i dębowych lasów lśni szosa obsadzona drzewkami oliwek, między którymi, pośród łat zieleni i cienia, przezierają szare skały. Dęby mają surową i spokojną barwę oliwy, zieleni suchej jak mundur khaki.
Nieopodal dąbrowy po wielobarwnych koronach drzew przesuwa się długa, wąska plama słońca. Wysoki las po drugiej stronie drogi, całkowicie pogrążony w cieniu, jest niemal czarny. Dębiny zstępują z góry w jednokolorowym pochodzie statecznej zieleni, który zatrzymuje się u stóp spiętrzonego szarego miasta z ogromną białą plamą katedry pośrodku.
Równina jest czysta, łagodna, przemyślana. Przecina ją długa, czarna plama jakichś cienistych drzew. Równina jest pogodna, żywa niczym morze. Pośród gorącego powietrza obłoki, szare, białe rzucają cień na ziemię i korony dębów. N a zachodzie niebo jest zamglone, niebieskie, miękkie jak brzytwa rozwarta nad powierzchnią morza. Dalej też mgła z ciemnego ołowiu, jak wzbity w powietrze popiół, szklany pył, żywy porost, brudny piasek, zwietrzała skała.
Przed balustradą galerii zielone trzciny, szare, niebieskie poruszają swą wysoką, smukłą i bezużyteczną wolnością. Prostokąt okna wypełnia się ruchem traw i korowodem chmur ponad czarnymi, gęstymi, zstępującymi z gór dąbrowami.
Dotykam ręką czoła i czuję, jak pot lepi się do palców.
Oglądam tę lśniącą i wilgotną dłoń. Na czerwone cegły okna spadają z rzadka duże i ciężkie krople deszczu.
- Cześć!
Andreu Ramallo ma wychudłą twarz, wydatną dolną wargę, czarne, podkrążone oczy. Macha ręką z galerii.
- Manuel fur.
- Dzień dobry, siostro.
- List.
- Dziękuję.
- List z domu.
Siostra Francisca Luna, blada i skupiona, wychodzi na galerię, gdzie rozdaje korespondencję, wywołując kolejne nazwiska. Nerwowo otwieram list, jakby to był telegram.
Papier szeleści
5 marca 1942 r.
Kochany bracie!
Wybacz, że nie odpisaliśmy wcześniej na dwa listy, które od Ciebie dostaliśmy. Nie sądź, że o Tobie nie myślimy, lecz czas płynie, a Julianito był chory i bez przerwy trzeba było z nim być, bo ciągle płacze. Wiedz, że mama nie będzie mogła przyjechać w czwartek do Sanatorium, bo ma dorywczą pracę w polu z Mate'em Clarem i w tym tygodniu jej nie zapłacili, a wyjazd do sanatorium kosztuje pięćdziesiąt peset i mówi, żebyś się nie martwił, bo przyjedzie, jak tylko będzie mogła.
Chcieliśmy przyjechać w zeszłą niedzielę, bo tak Ci powiedzieliśmy, ale cały dzień siedzieliśmy w domu z powodu pieniędzy, w południe zjedliśmy kilka krokietów z mąki i szpinaku, a wieczorem jedną pomarańczę, a Pepe pokłócił się z mamą, bo w Recreativo puszczali Most Waterloo, i on chciał iść, a nie mieliśmy pieniędzy, a jego koledzy przyszli i pytali, dlaczego nie idzie, a on nic nie odpowiedział i poszli sobie.
Jeszcze nie kupiliśmy nowych krzeseł, bo nas na nie nie stać. Kosztują pewnie 10 duros każde, a nie mamy tyle, bo jak wiesz, żyjemy w biedzie od śmierci taty podczas wojny, i kiedy trzeba płacić za prąd, mama zaczyna płakać, bo nie może zapłacić, i musi mówić, że nie ma drobnych, inkasent krzyczy, a potem mamę dopada sam wiesz co.
Wczoraj narzeczony Magdaleny, siadając, połamał następne krzesło i wszystkim nam zrobiło się wstyd, bo one są tak spróchniałe, że po prostu się rozlatują.
Pepe bierze teraz tricalcine i jest jeszcze bledszy i nie chce jeść, bo chleb kukurydziany mu nie smakuje, i szybko rośnie, a pan Onofre mówi, że lepiej by było, żeby pojechał do Sanatorium, bo wieś jest bardzo dobra na te sprawy.
Mama mówi, że jeśli masz za dużo chleba, to żebyś go nie wyrzucał, żebyś go zostawił, a ona weźmie go do domu, bo nawet jeśli jest suchy, to się rozmoczy, zmięknie, a wtedy ona włoży go do pieca i będzie dobry.
Na tym kończę, bo Julianito płacze i leży w łóżku, a bardzo lubi spacerować. Już zaczyna chodzić sam i mówi tata i mama i to już mały mężczyzna, najśliczniejszy na świecie, i ja to mówię?
Uściski od mamy i rodzeństwa.
Apolonia Tur
Milczę, z kartką w dłoniach, patrzę na swoje nogi zarysowane pod prześcieradłem, a jego biel pod wpływem światła wpadającego przez otwarte okno przypomina mi wapno, na którym kładą martwe ciała ludzi chorych na serce, żeby nie puchły. Nie wiem, dlaczego światło przywodzi mi na myśl wapno. To dziwna myśl. Tutaj wszyscy jesteśmy otumanieni, pozbawieni ciał, jakbyśmy leżeli w wapnie, i rozmawiamy, i myślimy, i kochamy, nie odróżniając się od innych, jakbyśmy wszyscy byli jednym człowiekiem, o głosie plugawym niczym żywa śmierć...
W Sanatorium jest tak, jakby życie było odrobiną opium, które palimy, ja najchciwiej, ponieważ spróchniałe krzesła mojej matki nie pozwalają mi zasnąć.
Pada mocno. Zasłona deszczu - jego woń ponad suchą ziemią - rozciąga się, szczelna, nad całą okolicą i porusza morwami przy alei. Przez ten deszcz nie widać trzcin. Lustro, które wisi nad umywalką, odbija deszcz i białe kolumny galerii. Jak tamtego popołudnia, kiedy Andre Ramallo opisywał mi coś, co jest grzechem, a ja gryzłem sobie język do krwi, by nie słyszeć Andreu Ramalla, który - w samotności - grzeszył swoim białym językiem.
Do mojego pokoju wchodzi Jordi Mercader - jego twarz jest szeroka, jasna i szczera - i po wojskowemu staje przede mną na baczność.
- Na rozkaz, kapitanie!
W jego błyszczących oczach widać współczucie.
- Melduje się drugi oficer z niszczyciela Alhucemas.
Jordi Mercader podchodzi do łóżka. Jakiż on wysoki!
Mówię:
- Druga...
- Ty, podobały ci się tajemnice Kolumbii?
-Tak...
- Bis?
- Tak. Bis.
- Druga tajemnica bolesna mówi o tym, jak wymierzyli Jezusikowi czterdzieści batów za nic i pomiatali nim jak szmatą.