Monte Cassino
34
Problemem był masyw Monte Cassino. Oglądany od strony alianckich pozycji, ciągnął się 8 kilometrów od ośnieżonego szczytu Monte Cairo na północy do wzgórza, na którym stało opactwo. Strona wychodząca na dolinę Rapido i pozycje alianckie była stroma, poszarpana, a Niemcy dobrze się tam umocnili. Ale gdyby aliantom udało się jakoś przebić na grzbiet masywu, mogli albo zejść po drugiej stronie na równinę za Cassino, albo przejść na południe i zająć klasztor oraz tamtejsze wzgórza. Cokolwiek by zrobili, Niemcy nie mieliby szans utrzymania pozycji w Cassino. Wówczas drogą Nr 6 alianci mogliby skierować w szeroką i płaską dolinę swoje liczne pojazdy pancerne. Wtedy już łatwo byłoby uderzyć na północ, zaatakować od tyłu Niemców wokół przyczółka pod Anzio i pomaszerować prosto na Rzym.
Clark rozkazał Francuzom i amerykańskiej 34 Dywizji przeprowadzić atak kleszczowy. Do Juina należało zaatakowanie północnego krańca masywu Monte Cassino, niedaleko Monte Cairo. Amerykanie, na lewo od Franuzów, mieli przeciąć dolinę Rapido i przypuścić szturm na zbocza w stronę południowego krańca masywu, gdzie stał klasztor.
Juin nie był zadowolony z nowych rozkazów. Nie tylko musiał zrezygnować ze szlaku przez góry, ale zrobić to, czego chciał uniknąć: poprowadzić natarcie wprost na silne pozycje, które wielu jego żołnierzy przypłaci życiem.
Zgodnie z planem 25 stycznia Francuzi przypuścili atak. Monte Cifalco ze swym nie zdobytym punktem obserwacyjnym miało znaleźć się na ich tyłach. Nowym celem było kilka szczytów, wśród nich Monte Belvedere i Monte Abate. Szczyty te górowały nad drogą – jedyną w okolicy – która pięła się ostrymi zakrętami do wioski Terelle na grzbiecie.
Ranek 25 stycznia był typowy dla tej pory roku: wilgotny i ponury. Padało, kiedy dwa bataliony z tunezyjskiego 4 pułku piechoty wyruszyły w drogę. Żołnierze musieli przeprawić się w bród przez rzekę Secco, gdzie przejmująco zimna woda sięgała im do pasa, a potem rozpocząć 750-metrowe podejście. Licząc na element zaskoczenia, wybrano najtrudniejszy, ale też najsłabiej broniony szlak. Jedna kompania wspinała się po stromym, skalistym zboczu wąwozu, który nazwała na cześć swego dowódcy le ravin Gandouet. Dwa francuskie samochody pancerne zdołały pokonać część stromej krętej drogi.
W czasie dziesięciodniowych zmagań w górach wydarzyło się wiele przerażających i heroicznych epizodów. Żołnierze z Afryki Północnej prowadzili samobójcze ataki na niemieckie bunkry. Wrzucali granaty przez strzelnice, niszczyli znajdujące się w środku karabiny maszynowe i działa, a obsługujących je Niemców zabijali lub zmuszali do poddania się. Mimo to wielokrotnie nie udawało się im przedrzeć przez niemiecki ogień. Często żołnierzom po obu stronach kończyła się amunicja i zarówno francuscy, jak i niemieccy kronikarze odnotowali przypadki, kiedy nie pozostawało nic innego, jak rzucać w nieprzyjaciół kamieniami. Głośny stał się dramatyczny incydent: francuski podporucznik o nazwisku Bouakkaz poprzysiągł, że jako pierwszy postawi stopę na szczycie wzgórza 862. Kiedy zginął podczas natarcia, trzej jego towarzysze wypełnili przysięgę, wnosząc ciało Bouakkaza na szczyt.
45.
Dla podpułkownika Hala Reese’a dzień 14 lutego rozpoczął się o 5.30 rano w wiosce Cervaro na wzgórzach po drugiej stronie doliny Rapido, gdzie mieścił się sztab 36 Dywizji. Niemcy poprosili o trzygodzinne zawieszenie broni, od 8.00 do 11.00 rano, żeby zebrać ciała żołnierzy poległych podczas okupionego wieloma ofiarami kontrataku sprzed dwóch dni. Reese’owi przypadło zadanie nadzorowania zawieszenia broni.
Księżyc wciąż jeszcze widniał na niebie, kiedy Reese wyszedł poszukać jeepa i kierowcy. Było bardzo zimno. Przy świetle księżyca widział zburzone budynki w wiosce. Gdy przejeżdżali przez dolinę Rapido, minęli grupę brudnych, wycieńczonych amerykańskich żołnierzy idących powoli na tyły. Wstawał nowy dzień i po lewej stronie Reese ujrzał klasztor bielący się wysoko na wzgórzu. Był ciekaw, kiedy Niemcy zaczną ostrzeliwać drogę, którą podróżowali.
Skończył się szlak samochodowy. Znaleźli się u stóp masywu Monte Cassino, na jego północnym krańcu, niedaleko wioski Caira, poniżej miejsca, gdzie pokonani zostali Niemcy. Reese kazał kierowcy zaczekać na niego w wiejskim domu zajętym teraz przez punkt medyczny. Ruszył pod górę szlakiem uczęszczanym przez muły. Była 7.20. Miał czterdzieści minut, żeby dotrzeć na front, na Monte Castellone, zanim według planu miało się rozpocząć zawieszenie broni.
Reese kierował się odciśniętymi w płytkiej warstwie ziemi śladami mułów (wyglądały jak odciski miniaturowych końskich kopyt), które prowadziły go do góry po skalistym stoku. Mijał żołnierzy, którzy próbowali spać w niewygodnych pozycjach na skalnych półkach przy szlaku. Trasę zaśmiecały pudełka po racjach żywnościowych i amunicji, a także zakrwawione, spuchnięte ciała martwych mułów. Trzech żołnierzy piechoty zajmowało kamienny schron naprzeciw pozycji nieprzyjaciela. Reese przyjrzał im się – wszyscy byli martwi. Wspinając się, przestępował trupy zarówno Niemców, jak i Amerykanów. Jeden z nieżyjących Niemców, który leżał na wznak, miał tak błękitne oczy, jakich Reese jeszcze nigdy nie widział.
Odnalazł dowódcę batalionu, który patrzył na drugą stronę doliny ze stoku, gdzie rozegrała się bitwa. Czekał na sygnał od Niemców. „Jest jeden, ma flagę – powiedział. – Widzi go pan? Widzi go pan?” Amerykanie ruszyli w dół, a dowódca batalionu trzymał małą amerykańską flagę. Na płaskowyżu zastali dwóch Niemców z flagą Czerwonego Krzyża. Trzeci Niemiec obserwował ich z zarośli.
Chociaż po latach prawie zapomniał, jak się mówi po niemiecku, pełnił funkcję tłumacza podczas tego dziwnego i nerwowego spotkania na polu bitwy. Niemcy zapowiedzieli, że wkrótce przybędzie oficer. Reese wyjaśnił, że Amerykanie z oznakami Czerwonego Krzyża zniosą ciała Niemców do tego punktu. Dowódca batalionu nie chciał, żeby Niemcy wspięli się na zbocze, skąd mogli obejrzeć amerykańskie pozycje.
Dowódca batalionu wrócił na stanowisko dowodzenia. Reese został sam z około dwudziestoma Niemcami, a kolejni wyglądali z zarośli. Zebrali się wokół niego i zaczęli rozmowę. Jeden z nich powiedział, że pochodzi z Koblencji i pamięta z dzieciństwa stacjonujących tam po zakończeniu I wojny światowej amerykańskich żołnierzy. Reese odparł, że był jednym z tych Amerykanów, a kiedy Niemcy nie chcieli mu wierzyć, wyciągnął starą legitymację ze zdjęciem zrobionym w Koblencji w styczniu 1919 roku.
Po chwili wszyscy zaczęli wyciągać portfele i pokazywać zdjęcia rodziców, żon i dzieci. Reese wyjął swój aparat fotograficzny i zaproponował, że zrobi kilka zdjęć. Niemcy zgodzili się i zaczął pstrykać. Jeden z nich zapytał, czy może dostać odbitki. Zbity z pantałyku Reese w końcu zaproponował, że prześle zdjęcie za pośrednictwem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, jeśli dadzą mu adresy. Niemcy powyciągali skrawki papieru i zaczęli gryzmolić.
Łamanym niemieckim Reese nawiązał rozmowę z rudowłosym, niebieskookim sierżantem z Hamburga o imieniu Heinrich. Amerykanin powiedział, że podobno rodzinne miasto Heinricha zostało zniszczone przez alianckie bombowce. „Propaganda”, odparł Heinrich. Jego rodzina napisała, że większa część miasta funkcjonuje normalnie. Heinrich był kontrolerem na kolei. Reese, który zawodowo zajmował się sprzętem kolejowym, zaproponował, że da mu pracę po wojnie. Heinrich uśmiechnął się szeroko i odparł, że po wojnie będzie dużo pracy w Niemczech.
Amerykański oficer obserwował niemieckich noszowych przy pracy. W większości byli to bardzo młodzi chłopcy. Nosze mieli zrobione ze ściętych młodych drzewek i przymocowanego do nich koca. Reese próbował też zapamiętać wszystko to, co mogło się przydać dowódcy batalionu na wzgórzu. Zauważył dwóch mężczyzn z ciężkimi tobołkami wchodzących w gęstą kępę drzew oddaloną o jakieś 200 metrów, w kierunku Monte Cassino. Ale wtedy Heinrich, uśmiechając się, zajął go rozmową, jak gdyby chciał mu przerwać te obserwacje.
Czas uciekał. Była 10.30. Reese miał tylko 30 minut, żeby przedostać się za amerykańskie pozycje, zanim zawieszenie broni dobiegnie końca i znowu zacznie się rzeź. Z obu stron strzelała artyleria i wydawało się, że w pobliżu Monte Cassino dużo się dzieje. Reese uścisnął sierżantowi dłoń i powiedział, że spotka się z nimi wszystkimi w Berlinie po wojnie.
– Niech pan wraca, pułkowniku – zawołał do niego jeden z Niemców. – Jest tu oficer, który chce pomówić z panem po angielsku.
Ów oficer, postawny mężczyzna o łagodnych rysach twarzy, odezwał się nienaganną angielszczyzną: – Czy mógłby pan łaskawie przedłużyć zawieszenie broni o godzinę? Do jedenastej nie zdążymy zabrać wszystkich ciał.
Reese odparł, że nie jest do tego upoważniony, ale spróbuje skontaktować się ze sztabem. Amerykanie, wołając głośno, przekazali wiadomość jeden drugiemu do góry, a potem zatelefonowano do sztabu i generał Walker zgodził się na dodatkowe 30 minut. Wiadomość wróciła tą samą drogą, podawana z ust do ust.
Reese uścisnął rękę niemieckiemu oficerowi i po raz drugi zaczął się oddalać. Razem z amerykańskim sierżantem, który do niego dołączył, postanowili przysiąść na chwilę na skale, żeby Niemcy wiedzieli, że zawieszenie broni wciąż trwa. Rozejrzał się. Nad ich głowami przelatywał leniwie mały samolot. W oddali ujrzał dwa Spitfire’y na patrolu. Nad nimi lśnił w słońcu strzelisty szczyt Monte Cairo. Pokryty śniegiem stok nad brązową ziemią przywiódł Reese’owi na myśl „gigantyczny rożek waniliowo-czekoladowych lodów, w którym waniliowe lody roztapiają się i zaczynają spływać”.
Reese pożyczył od sierżanta lornetkę i zaczął oglądać rozpościerający się przed nimi krajobraz. Usłyszał brzdęk kuli, potem drugi, bliżej.
– Panie pułkowniku – odezwał się sierżant – chyba chcą nam dać do zrozumienia, że nie podoba im się, jak ich podglądamy przez tę lornetkę.
Zegarek Reese’a wskazywał 11.25: zawieszenie broni miało się skończyć za pięć minut. W dolinie grupa Niemców rozpraszała się i znikała w zaroślach. Jeszcze dalej Reese zauważył dwie grupy noszowych dźwigających swój ładunek wąskim szlakiem.
– Zmywamy się – rzucił.
Sierżant nie wyraził sprzeciwu i dodał:
– Wie pan, zegarek któregoś szkopa może się spieszyć.