Mistrz kaligrafii

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Titivillus

Równie dobrze mogę się przyznać od razu: mam konszachty z diabłem. Nic wielkiego – czasem zgrzeszę społecznym nihilizmem, to znowu dopuszczę się małżeńskiego sabotażu – zresztą przy moim zajęciu, obawiam się, jest to nieuniknione. Wystarczy dobrze poszperać, a okaże się, że większość ludzkich zajęć ma jakiegoś świętego patrona, natomiast spośród wszystkich sztuk na świecie tylko jednej, sztuce kaligrafii, patronuje demon. Zwą go Titivillus. I złośliwa z niego bestyjka.

Wyobraźmy sobie średniowieczny klasztor – powiedzmy, że gdzieś w Pirenejach, z wielką łukowatą bramą i wysokimi murami z jasnego kamienia. W jednym rogu otoczonego krużgankami dziedzińca wznosi się wieża. Zwykle tam właśnie, jak najbliżej światła, jak najdalej od wilgoci, znajduje się przestronna, okrągła komnata, do której prowadzą kręcone schody. Skryptorium. Na stołkach siedzą mnisi, pochyleni nad pulpitami ustawionymi w podkowę wokół nadzorującego ich pracę armariusa.

W prawych dłoniach trzymają pióra, a w lewych – nożyki. Pracują w ciszy, słychać jedynie ich oddechy i nieustanny chrobot przesuwanych po welinie piór. Mimo tak wysokiego położenia światło jest przyćmione, a starsi braciszkowie mrużą oczy. O rozpaleniu ognia czy choćby zapaleniu świeczki nie ma jednak mowy: bezpieczeństwo rzadkich i świętych manuskryptów jest przecież dużo ważniejsze niż bardziej przyziemne wygody skrybów.

Od czasu do czasu jeden z braciszków podnosi rękę, sygnalizując w ten sposób armariusowi, by przyniósł mu dodatkowe pióra, nowy kałamarz lub więcej skór. Nożyka, rzeczy nadzwyczaj cennej, używa się do przyciskania pofałdowanego papieru, a także do ostrzenia pióra; ale co pewien czas, przygryzając wargę, mnich będzie musiał się nim posłużyć, żeby usunąć błąd.

I właśnie dla tych błędów żyje Titivillus.
Jest niskim wzrostem i rangą czartem z pękatym brzuszkiem i skrzywioną, nadąsaną gębą. Przez większą część dnia czai się po kątach scriptorium, posiaduje na swym tobołku i krótkimi paluchami dłubie w spiczastych uszach albo w nosie, choć cały czas obserwuje, cały czas jest czujny. Najbardziej ze wszystkiego uwielbia błędy, które umykają uwadze mnichów i korektorów, pozostają nie zauważone w nowym manuskrypcie, a potem przepisują je kolejne pokolenia skrybów; mile widziane są również lapsusy tak wielkie, że kaligraf musi zaczynać całą stronę od nowa – opóźniają bowiem dzieło boże.

Co wieczór, gdy zrobi się zbyt ciemno, by mnisi mogli pisać, i gdy już odejdą ze scriptorium na wieczorne nabożeństwo, Titivillus sumiennie zbiera wszystkie błędy do tobołka i zanosi je do piekła przed oblicze Szatana. Każdy grzech jest zapisywany w księdze przy imieniu odpowiedzialnego zań mnicha, by można je było odczytać w Dzień Sądu Ostatecznego.

Ta trudna (niektórzy by powiedzieli niesprawiedliwa) sytuacja trwała mniej więcej tysiąc lat - do czasu, aż w Europie rozkwitł Renesans i dola kaligrafa zaczęła się jeszcze bardziej pogarszać. W XIV wieku mnichów zmuszano do pracy w zawrotnym tempie aż do zmroku, by sprostać napędzanemu przez nowe uniwersytety szalonemu popytowi na kopie manuskryptów. Zmęczeni wiecznym pośpiechem braciszkowie zaczęli rozpaczliwie szukać sposobów uniknięcia odpowiedzialności za rosnącą liczbę błędów w rękopisach, chcąc tym samym ratować coraz bardziej zagrożone dusze.

Titivillus dostrzegł wtedy szansę dla siebie.
Zaproponował świątobliwym skrybom układ, który miał obowiązywać po wsze czasy: odpuszczenie grzechów w zamian za potajemną obietnicę, że liczba błędów będzie nadal gwałtownie rosła. A że sytuacja i tak wymknęła się już spod kontroli, mnisi chętnie przystali na czarcią propozycję.
Tak oto Titivillus stał się patronem kaligrafów: trzymał w ukryciu ich grzechy i ratował ich przed piekłem.

Tymczasem postęp ludzkości dostał, jak to od czasu do czasu bywa, nagłego przyśpieszenia i w 1476 William Caxton (który nauczył się tych wszystkich bezeceństw w Kolonii) uruchomił w Westminsterze pierwszą w Anglii prasę drukarską. Wydawało się, że układ Titivillusa – jakże szybko – weźmie w łeb.

Można by pomyśleć, że taki rozwój wypadków oznacza koniec tego paskudnego knypka. Można by pomyśleć, że jeden z wyżej postawionych zauszników Lucyfera wezwie Titivillusa na dywanik i po analizie jego wyników oznajmi mu, że część personelu musi zostać zredukowana. Ale Szatan nigdy nie wyrzuca z pracy; po prostu degraduje, obniża pensję i zmusza do dalszej harówki na mniej korzystnych warunkach.

Wierzcie mi zatem, że to pękate ladaco wciąż żyje i ma się świetnie we współczesnym Londynie jako maestro dystrakcji, wałęsa się po moim mieszkaniu na poddaszu złośliwie skupione na tym, by dla draki nabruździć mi przy każdej nadarzającej się okazji. Na nieszczęście dla niego raczej nie przyjmuję tekstów biblijnych. Ale cóż może na to poradzić? W tych czasach kaligrafów jest jak na lekarstwo, nie może więc zbytnio wybrzydzać. W każdym razie zawartego po wsze czasy paktu tak po prostu anulować się nie da: Titivillus pozostaje więc wysłannikiem Szatana, a ja – jego wspólnikiem. I wcale mi to nie przeszkadza. Jeśli bowiem popełnię pomyłkę, jeśli zbłądzę, wówczas rozgrzeszenie będzie zapewne tylko formalnością.
Zapewne.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Jak tylu innych ludzi żyjących w tym wspaniałym okresie historii, trochę się gubię w tym, co jest dobre, a co złe. Jeśli więc odniesiecie wrażenie, że z pewnym trudem przychodzi mi ogarnięcie moralnego wymiaru opisywanych tu wydarzeń, będę musiał poprosić was o wyrozumiałość. Wybaczcie. Takie czasy.

Nie uważam wcale, żeby moje zachowanie było jakoś szczególnie nikczemne, gdy zaczęły dziać się te wszystkie potworności. (I nawet jeśli wypadałoby mi teraz przyznać, że coś przeskrobałem, niech będzie mi też wolno zaznaczyć, że nie zasłużyłem na tak surową karę.) Starałem się wręcz – przypominam sobie – zachować jak największą ostrożność, delikatność i dyskrecję; to raczej William zachowywał się jak idiota.

Przystanęliśmy wreszcie pośrodku „Pragnienia porządku”. Lucy i Nathalie były gdzieś z przodu – sunęły niestrudzenie przez ekspozycję pod hasłem „Życie współczesne”. Miałem nadzieję, że uda mi się niepostrzeżenie wymknąć, ale nie wszystko przebiegało po mojej myśli. Od dwóch minut William łaził za mną krok w krok niczym detektyw z komedii slapstickowej: zatrzymywał się tuż za mną, a potem mierzył mnie oskarżycielskim spojrzeniem od stóp do głów, jak gdybym miał na sumieniu odebranie emerytom emerytury czy jakąś równie niewyobrażalną zbrodnię.

Przemówił hałaśliwym szeptem:
- Jasper, jak pragnę zdrowia, co ty wyprawiasz?
- Ciii. – Słychać było szum sztucznego oświetlenia. – Są moje urodziny i usiłuję się nimi cieszyć.
- Dobrze, ale dlaczego ciągle od nas uciekasz?
- Wcale nie.
- Oczywiście, że tak. – Jego głos stawał się coraz głośniejszy. – Umyślnie omijasz wejście do „Życia współczesnego”... o tam. – Wskazał ręką. – I znosi cię z powrotem do „Pragnienia porządku”... tutaj. – Znowu wskazał teatralnym gestem, tym razem swoje buty. – Nie myśl sobie, że cię nie obserwuję.
- Na litość boską, William, jeśli już koniecznie musisz wiedzieć...
- Muszę.
- Próbuję ulotnić się z tego piętra i po cichu wrócić na górę do „Nagości, działania, ciała”. Więc byłbym ci bardzo wdzięczny, gdybyś przestał ściągać na nas uwagę, dał mi spokój i dogonił dziewczyny. A w ogóle dlaczego za mną łazisz?
- Bo masz flaszkę i uważam, że powinieneś ją otworzyć. W tej chwili. – Przerwał, żeby wciągnąć powietrze. – Poza tym wyglądasz dziwnie uroczo, kiedy coś knujesz.
- Niczego nie knuję, zresztą wina też nie mam. Schowałem je do torebki Lucy, która teraz jest bezpiecznie zamknięta w schowku na dole w szatni. – Udałem zainteresowanie obiektem z pociętego drutu, przed którym staliśmy.
- Zgroza. Mój Boże. W takim razie musimy pośpieszyć mu w sukurs. Musimy natychmiast wydobyć naszego szlachetnego więźnia z tej plugawej celi. Amerykanie wkładają do tych szafek napoje gazowane... widziałem na własne oczy... i te swoje piterki. A licho wie, co Lucy trzyma w swojej torebce: pewnie damskie kosmetyki. I tanie węgierskie długopisy. Czy ty zdajesz sobie sprawę...
- Możesz łaskawie mówić trochę ciszej? – Zrobiłem nachmurzoną minę. Para starszych osób w koszulkach z napisem „I love Huston” dusiła się ze śmiechu po drugiej stronie drucianej instalacji. – Poza tym Lucy używa wiecznego pióra.

William jednak nie ustępował.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę, że mogłeś zrujnować życie tego wspaniałego burgunda? Jeden z najbardziej wybornych roczników minionego tysiąclecia doszczętnie zniszczony psychicznie w ciągu kilku minut od przejścia w twoje ręce. Barbarzyńca. Obarczam cię osobistą odpowiedzial...
- William, do ciężkiej cholery. Jeśli już musisz się tak wydzierać, to przynajmniej spróbuj wypowiadać się jak istota ludzka z naszego stulecia. A nie jak jakaś przegięta ciota. – Odchrząknąłem. – Poza tym podczas zwiedzania Tate Modern nie wolno żłopać alkoholu. To niezgodne z przepisami.
- Bzdura. Z jakim przepisami? Wiesz, co ty tam zamknąłeś jak zwykłe chianti? Butelkę chambertina Clos de Bèze rocznik 1990, którą zakupiłem specjalnie dla ciebie, mój drogi Jasperze, z okazji twoich dwudziestych dziewiątych urodzin. Jak mogliby nas powstrzymać przed jej wypiciem? Nie śmieliby.
Zacząłem naśladować jego kretyński sposób wysławiania się.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ 👀