Milionerzy

Obraz
Źródło zdjęć: © "__wlasne

1.

Wiem, dokąd zmierzam. I wiem, kim chcę być. Dlatego też wtedy przyjąłem tę posadę bez chwili zastanowienia... i dlatego teraz, cztery lata później, nadal zmagam się z klientami. I ich żądaniami. I ich masą forsy. W większości przypadków nie chcą, by zwracano na nich większą uwagę, co jest w zasadzie specjalnością banku. Innym razem pragną... nieco osobistego potraktowania ich spraw. Telefon dzwoni i wtedy roztaczam swój urok osobisty.

– Mówi Oliver – zaczynam. – W czym mogę pomóc?
– Gdzie do cholery jest twój szef?! – południowy akcent zgrzytający niczym piła elektryczna eksploduje mi w uchu.
– S-słucham?
– Nie wkurzaj mnie, Caruso! Chcę moich pieniędzy!

Dopiero kiedy słyszę słowo “pieniądze”, rozpoznaję ten akcent. Tanner Drew, największy inwestor luksusowych drapaczy chmur w Nowym Jorku i szef Biura Rodziny Drew. W świecie wysoko cenionych osób, biuro rodzinne to najdalej, gdzie można dotrzeć. Rockefeller. Rothschild. Gates i Soros. Raz wynajęte, biuro rodzinne nadzoruje wszystkich doradców, prawników i bankierów, którzy zarządzają rodzinnymi pieniędzmi. Płatni profesjonaliści do zmaksymalizowania ostatniego pensa. Już nie rozmawiasz z rodziną – rozmawiasz z biurem. Jeśli więc głowa klanu dzwoni do mnie osobiście... znaczy to, że pozbawiony zostanę kilku zębów.

– Czy przelew nie został jeszcze zrealizowany, panie Drew?
– Masz cholerną rację, mądralo – jeszcze nie! I co teraz zamierzasz zrobić, by to naprawić? Twój szef obiecał mi, że dotrze do mnie przed drugą! Drugą! – wrzeszczy.
– Przykro mi, proszę pana, ale pan Lapidus jest...
– Guzik mnie obchodzi, gdzie on jest – facet z “Forbes’a” wyznaczył mi termin do dzisiaj. Ja dałem twojemu szefowi ten sam termin, a teraz wyznaczam go tobie. O czym do cholery mamy jeszcze dyskutować? Zasycha mi w gardle. Każdego roku “Forbes” sporządza listę 400 najbogatszych osób w Stanach Zjednoczonych. W zeszłym roku Tanner Drew był na miejscu 403. Nie był tym zachwycony. W tym roku jest więc zdeterminowany, aby poprawić swój wynik. Nawet o 3 miejsca. Źle dla mnie, że akurat jedyną przeszkodą stojącą na drodze jest czterdziesto-milionowy przelew, którego najwyraźniej jeszcze nie przesłaliśmy.
– Proszę chwilkę zaczekać, proszę pana, ja...
– Nie waż się nawet kazać mi czek...

Wciskam przycisk “hold” i modlę się o cud. Po szybkim wybraniu numeru wewnętrznego czekam, by usłyszeć głos Judy Sklar, sekretarki Lapidusa. Jedyne, co słyszę, to głos automatycznej sekretarki. Szef zaszył się gdzieś na resztę dnia, ona nie ma więc powodu, aby się tu kręcić. Rozłączam się i próbuję ponownie. Tym razem łączę się z DEFCON One. Telefonem komórkowym Henry’ego Lapidusa. Przy pierwszym sygnale nikt nie odpowiada. To samo po drugim. Po trzecim jedyne, co mogę robić, to gapić się na mrugającą czerwoną lampkę na moim telefonie. Tanner Drew ciągle czeka.

Przełączam się ponownie do niego i chwytam swój własny telefon komórkowy.
– Właśnie czekam na telefon od pana Lapidusa – wyjaśniam.
– Synu, jeśli jeszcze kiedykolwiek każesz mi czekać przy telefonie... Cokolwiek by nie mówił i tak go nie słucham. Zamiast tego moje palce ślizgają się po telefonie komórkowym, szybko wykręcając numer pagera Lapidusa. W momencie, gdy słyszę sygnał, wprowadzam swój numer wewnętrzny i dodaję “1822” – w razie najwyższej konieczności: podwojony 911.
– ...żadne z twoich pieprzonych wymówek – jedyne, co chcę usłyszeć to to, że przelew został zrealizowany!
– Rozumiem, proszę pana.
– Nie, synu. Nic nie rozumiesz
No dalej, błagam, wpatrując się w komórkę. Dzwoń!
– O której godzinie nadajecie ostatni przelew? – warczy.
– W zasadzie, oficjalnie zamykamy o trzeciej... – Zegar na mojej ścianie wskazuje kwadrans po trzeciej.
– ...ale czasami przeciąga się to do czwartej. – Gdy nie odpowiada, dodaję: - Jaki jest numer konta i jaki to bank, do którego ma dotrzeć przelew?

Szybko przekazuje mi szczegóły, które zapisuję na leżącej w pobliżu karteczce samoprzylepnej. Kończąc, dodaje: – Oliver Caruso, tak? Tak się nazywasz? – Jego głos jest teraz łagodny i spokojny
– T-tak, proszę pana.
– W porządku, panie Caruso. To wszystko, co chcę wiedzieć – oznajmia i rozłącza się. Patrzę na mój milczący telefon komórkowy. Ciągle nic.

W przeciągu trzech minut obdzwaniam wszystkich innych wspólników firmy, do których mam dostęp. Nikt nie odpowiada. To jest studwudziestopięciomilionowy rachunek. Zdejmuję płaszcz i rozluźniam krawat. Szybko przeglądam naszą biurową sieć ROLODEX i znajduję numer do Klubu Uniwersyteckiego – ustronnego miejsca, w którym zaszywają się wspólnicy firmy. Zanim zaczynam wybierać numer, przysięgam, że słyszę bicie własnego serca.
– Połączyłeś się z Klubem Uniwersyteckim – odzywa się damski głos.
– Dzień dobry, szukam Henry’ego Lapi...
– Jeśli chciałbyś rozmawiać z operatorem albo połączyć się z pokojem gościnnym, proszę wcisnąć “zero” – kontynuuje nagrany głos.

Wciskam “zero” i odzywa się kolejny automat zgłoszeniowy: – Wszyscy operatorzy są zajęci, proszę czekać. – Chwytając komórkę, wybieram gorączkowo numery, szukając kogokolwiek z władz. Baraff... Bernstein... Mary z księgowości... – nie ma, nie ma, nie ma. Nie cierpię piątków przed Bożym Narodzeniem. Gdzie do diabła wszyscy się podziali?
Mechaniczny głos ciągle powtarza mi do ucha: – Wszyscy operatorzy są zajęci, proszę czekać.

Kusi mnie, aby nacisnąć przycisk alarmowy i zadzwonić do Shepa, który jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo banku, ale... nie... jest zbyt wielkim pedantem, bez odpowiednich podpisów nigdy nie pozwoli, by mi to uszło na sucho. Jeśli więc nie znajdę kogoś upoważnionego do zatwierdzania przelewów, muszę przynajmniej znaleźć w biurze kogoś, kto...
Mam.
Mój brat.
Ze słuchawką przy jednym i komórką przy drugim uchu zamykam oczy i słucham sygnału. Raz... dwa...
– Mówi Charlie – odpowiada.
– Ciągle tu jesteś?!
– Nie, wyszedłem godzinę temu – udaje powagę. – Jestem wytworem twojej wyobraźni.
Ignoruję żart. – Czy nadal wiesz, gdzie Mary z księgowości trzyma swoje hasło i naz-wę użytkownika?
– Tak mi się wydaje... dlaczego pytasz?
– Nigdzie nie odchodź! Zaraz do ciebie schodzę.

Moje palce tańczą jak błyskawice po klawiaturze telefonu, gdy robię przekierunkowanie biurowej linii do komórki – tak na wypadek, gdyby ktoś w Klubie Uniwersyteckim podniósł słuchawkę.

Wypadając z biura, biorę ostry zakręt w prawo i pędzę prosto do prywatnej windy, znajdującej się na końcu korytarza, wyłożonego ciemnymi, mahoniowymi panelami. Nie obchodzi mnie, że jest on przeznaczony tylko dla klientów. Wprowadzam sześciocyfrowy kod na klawiaturze znajdującej się nad klawiszami przywołującymi windę i drzwi się otwierają. Shep z Ochrony tego także by nie pochwalił.

W tej samej chwili, w której wchodzę do środka, obracam się i wciskam przycisk “Zamykanie Drzwi”. W zeszłym tygodniu przeczytałem w jakiejś książce do biznesu, że przyciski “Zamykanie Drzwi” w windach są zazwyczaj odłączane – są tam jedynie po to, żeby zapewnić spieszących się ludzi, że wszystko jest pod ich kontrolą. Przecierając spocone czoło, przyciskam jednak klawisz. Po chwili znowu to robię. Do pokonania trzy piętra.

– No, no, no – oznajmia Charlie, wyglądając spoza sterty papierów z jego wiecznie chłopięcym uśmiechem. Opuszczając brodę, spogląda znad okularów w rogowej oprawie. Nosi te okulary od lat – długo zanim stały się modne. To samo odnosi się do jego białej koszuli i zmiętych spodni. Obydwie rzeczy są używane i to na dodatek z mojej szafki, ale jakimś dziwnym trafem sposób, w jaki leżą na jego szczupłej sylwetce, sprawia, że wyglądają doskonale. Śródmiejski elegant, nigdy laluś. – Popatrzcie, kto się tak cieszy z byle czego! – śmieje się. – Hej, gdzie się podział twój znaczek z napisem: “Nie jestem już członkiem proletariatu”?

Ignoruję zadany mi cios. To jest właśnie to, do czego musiałem się przyzwyczajać na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy. Sześciu miesięcy, dokładniej rzecz biorąc – od kiedy załatwiłem mu pracę w banku. On potrzebował pieniędzy, natomiast mama i ja potrzebowaliśmy pomocy przy płaceniu rachunków. Jeśli chodziłoby tylko o gaz, elektryczność i czynsz, poradzilibyśmy sobie. Ale lekarstwa dla Charliego – to zawsze była jego osobista sprawa. Był to jedyny powód, dla którego podjął się tej pracy od razu. I chociaż wiem, że on postrzega to tylko jako pomoc, podczas gdy komponuje muzykę, nie może mu być łatwo widzieć mnie w prywatnym gabinecie z orzechowym biurkiem i skórzanym krzesłem, kiedy sam siedzi tu, w klitkach obitych beżowym, plastykowym laminatem.

– Co się dzieje? – pyta, gdy przecieram oczy. – Czyżby fluorescencyjne światło przyprawiało cię o mdłości? Jeśli chcesz, pójdę na górę i przyniosę ci twoją lampę. A może powinienem przynieść twój mały perski dywanik? Wiem, jak ta wykładzina przemysłowa rani twoją...
– Czy możesz się zamknąć na chwilę?!
– Co się stało? – pyta, nagle zaniepokojony. – Czy chodzi o mamę?

To zawsze jest jego pierwsze pytanie, kiedy widzi mnie przygnębionego – szczególnie po tym, jak komornik przestraszył ją w zeszłym miesiącu. – Nie, to nie mama...
– Więc nie rób mi tego! Omal nie zwymiotowałem!
– Przepraszam... ja tylko... mam mało czasu. Jeden z naszych klientów... Lapidus, miał mieć sfinalizowany pewien przelew, a ja właśnie obrywam, tylko dlatego, że ten przelew jeszcze nie dotarł. Kopiąc swoimi czarnymi, nędznymi butami o biurko, Charlie przechyla do tyłu krzesło i łapie żółtą puszkę po plastelinie z rogu biurka. Podnosząc ją do wysokości nosa, otwiera wieczko i robi wrażenie, jakby wdychał skrawki dzieciństwa, po czym wybucha śmiechem. Typowym, piskliwym śmiechem małego braciszka.
– Jak możesz myśleć, że to jest śmieszne? – domagam się.
– To o to się martwisz? Że jakiś facet nie dostał swojego kieszonkowego? Powiedz mu, by poczekał do poniedziałku.
– Dlaczego ty mu tego nie powiesz? Nazywa się Tanner Drew. Krzesło Charliego przewraca się na podłogę. – Mówisz poważnie? – pyta. – Ile?
Nie odpowiadam.
– No dalej, Ollie, nie zrobię z tego nic wielkiego. Ciągle nie mówię ani słowa.
– Słuchaj, jeśli nie zamierzałeś mi powiedzieć, to dlaczego tu przyszedłeś?
Rzeczywiście, to nie podlega dyskusji. Moja odpowiedź jest szeptem: – Czterdzieści milionów dolarów.
– Czterdzieści milionów?!! – wydziera się. – Naćpałeś się?
– Powiedziałeś, że nie zrobisz z tego nic wielkiego.
– Ollie, to nie to samo, co pozbawienie jakiegoś gnojka zwitka z ćwierćdolarówkami. Kiedy mówisz o ośmiu cyfrach... nawet dla Tannera nie są to dodatkowe drobne, a facet i tak już posiada połowę centrum m...
– Charlie! – krzyczę.
Na tym poprzestaje – wie przecież, jak bardzo jestem uwiązany milczeniem.
– Mógłbym skorzystać z twojej pomocy – dodaję, obserwując jego reakcję.

Dla każdego innego byłby to moment przełomowy – przyznanie się do słabości, co mogłoby na zawsze przeważyć szalę między orzechowym biurkiem i beżowym laminatem. Liczę się z tym, że to może nastąpić.
Mój brat patrzy mi prosto w oczy. – Powiedz, co chcesz, żebym zrobił? – mówi.

Siedząc na krześle Charliego, wprowadzam nazwę użytkownika i hasło Lapidusa. Może nie lokuję się na szczycie totemu, ale jakby nie było – jestem współpracownikiem. Najmłodszym i jedynym przydzielonym bezpośrednio Lapidusowi. W firmie, gdzie jest zaledwie dwunastu wspólników, daje mi to znaczną pozycję. Tak jak ja, Lapidus nie dorastał z pieniędzmi wysypującymi się z kieszeni. Ale odpowiednia praca, z odpowiednim szefem, doprowadziła go do dobrej szkoły biznesu, która z kolei umożliwiła mu dostęp do prywatnych wind. Teraz jest gotowy, by oddać przysługę. Jak nauczył mnie w pierwszym dniu, proste plany sprawdzają się najlepiej. Pomagam mu, on pomaga mnie. Jak Charlie, wszyscy mamy swoje sposoby na wychodzenie z długów.

Gdy pochylam się do przodu, siedząc na krześle, czekam na zalogowanie się komputera. Na poręczy przysiada bokiem Charlie, opierając się o moje plecy i krawędź ramienia dla utrzymania równowagi. Kiedy kieruję głowę w prawo, widzę nasze wypaczone wizerunki w monitorze komputera. Jeśli zmrużę szybko oczy, wyglądamy jak dzieci. Ale w tej właśnie chwili firmowy rachunek Tannera Drew wyświetla się na ekranie – a wszystko inne znika.

Oczy Charliego skupiają się na saldzie: $126.023.164,27. – A la kanapki z masłem orzechowym! Moje saldo jest tak małe, że nie zamawiam już do posiłków nawet wody sodowej, a ten facet myśli, że ma powód do narzekania?
Trudno się sprzeczać – nawet dla takiego banku, jak nasz, to wielka odmiana. Oczywiście, powiedzieć o Greene & Greene, że to tylko bank, to tak, jakby przyznać, że Einstein był “dobry z matematyki”.

Greene & Greene jest znany jako “prywatny bank”. To nasza główna usługa: prywatność – co oznacza, że nie bierzemy pieniędzy od każdego. W rzeczywistości, jeśli chodzi o klientów, to nie oni wybierają nas; to my ich wybieramy. I, jak większość banków, wymagamy minimalnego depozytu. Różnica w tym, że nasze minimum to dwa miliony dolarów. A to tylko na otwarcie rachunku. Jeśli masz pięć milionów dolarów, mówimy: – To jest w porządku, dobry początek. – Przy piętnastu milionach: – Chcielibyśmy porozmawiać. – A przy siedemdziesięciu pięciu milionach i więcej, tankujemy prywatny odrzutowiec i lecimy do pana natychmiast, panie Drew, proszę pana, tak, proszę pana.
– Wiedziałem – mówię, pokazując na monitor. – Lapidus nie dał nawet sygnału systemowi. Pewnie całkowicie zapomniał o całej sprawie. – Używając kolejnego z haseł Lapidusa szybko wpisuję pierwszą część zlecenia.
– Czy jesteś pewien, że można użyć jego hasła w taki sposób?
– Nie martw się, wszystko będzie dobrze.
– Może powinniśmy wezwać Ochronę i Shep mógłby...
– Nie chcę wzywać Shepa! – nalegam, znając rezultat.

Kiwnąwszy głową, Charlie odwraca się do monitora. W Bieżących Operacjach wykrywa trzy czeki – wszystkie wystawione na “Kelli Turnley”.
– Założę się, że to jego kochanka – mówi.
– Dlaczego? – pytam. – Bo ma na imię “Kelli”?
– Lepiej w to uwierz, Watsonie. Jenni, Candi, Brandi – to jak rodzinna wejściówka do rezydencji Playboya – pokaż “i”, a pozwolą ci wejść.
– Po pierwsze, mylisz się, po drugie, bez wyolbrzymiania, to najgłupsza rzecz, jaką słyszałem, a po trzecie...
– Jak miała na imię pierwsza dziewczyna taty? Niech pomyślę... czy nie była to Randi? – szybkim pchnięciem odsuwam krzesło, zrzucam z oparcia Charliego i wypadam niczym burza z jego boksu.
– Nie chcesz usłyszeć o tym, jak się rozpalała i schładzała – woła za mną.

Podążając korytarzem z komórką przy uchu słucham wciąż nagranych powitań Klubu Uniwersyteckiego. Wściekły, rozłączam się i próbuję ponownie. Tym razem ktoś odbiera.
– Klub Uniwersytecki, w czym mogę pomóc?
– Próbuję się skontaktować z Henry Lapidusem – jest na spotkaniu w jednej z waszych sal konferencyjnych.
– Proszę chwilkę poczekać, proszę pana, ja zaraz...
– Nie przełączaj mnie! Muszę go znaleźć teraz.
– Jestem tylko telefonistką, proszę pana. Najlepsze, co mogę zrobić, to przełączyć pana bezpośrednio tam.

Słyszę kliknięcie i kolejny głos: – Dodzwoniliście się państwo do Centrum Konferencyjnego Klubu Uniwersyteckiego. Wszyscy operatorzy są zajęci – proszę czekać.
Kurczowo ściskając komórkę, pędzę korytarzem i zatrzymuję się przy nieozna-kowanych, metalowych drzwiach. “Klatka”, jak jest nazywane przez wszystkich w banku, to jedno z kilku prywatnych biur na piętrze i jednocześnie dom dla całego naszego systemu transferów pieniężnych. Gotówka, czeki, przelewy – wszystko zaczyna się tutaj.

Oczywiście, jest tu także perforowany zamek kodowy nad gałką do drzwi. Kod Lapidusa umożliwia mi dostanie się do środka. Dyrektor Naczelny wejdzie wszędzie.

Dziesięć kroków za mną, Charlie wchodzi do biura dla sześciu osób. Prostokątny pokój biegnie wzdłuż tylnej ściany czwartego piętra, ale w środku jest tak samo jak w boksach: fluorescencyjne światła, modułowe biurka, szary dywan. Jedynymi różnicami są wielkich rozmiarów maszyny sumujące, które ozdabiają każde z biurek. Księgowa wersja plastelinowych puszek.

– Dlaczego zawsze musisz tak wybuchać? – pyta Charlie, jak tylko mnie dogania.
– Czy możemy o tym tutaj nie mówić?
– Po prostu powiedz mi, dlaczego ty...
– Ponieważ tutaj pracuję! – krzyczę, odwracając się. – I ty tutaj pracujesz, i o naszym życiu osobistym powinno się rozmawiać w domu! Rozumiesz? – W rękach trzyma pióro i swój mały notesik. Student życia. – I nie zapisuj tego – ostrzegam. – Nie potrzebuję tego w jednej z twoich piosenek.

Charlie wpatruje się podłogę, zastanawiając się, czy warte jest to kłótni. – Cokolwiek zechcesz – mówi, opuszczając wzrok. Nigdy nie kłóci się na temat swojej sztuki.
– Dziękuję – mówię, wchodząc głębiej do biura. Ale jak tylko dochodzę do biurka Mary, słyszę z tyłu bazgraninę. – Co ty robisz?
– Przepraszam – śmieje się, dodając kilka ostatnich słów w notesie. – W porządku, skończyłem.
– Co tam napisałeś? – żądam odpowiedzi.
– Nic, tylko...
– Co tam napisałeś?!

Podnosi do góry notes. – Nie potrzebuję tego w jednej z twoich piosenek – przekazuje. – Jak dobre jest to na tytuł albumu?
Nie odpowiadając, odwracam się jeszcze raz do biurka Mary. – Czy możesz mi po prostu pokazać, gdzie ona przechowuje swoje hasło?
Podchodząc do najschludniejszego i najbardziej zorganizowanego biurka w pokoju, kpiąco strzepuje siedzenie Mary, wślizguje się do jej krzesła i sięga po trzy obrazki w plastykowych ramkach, które stoją obok komputera. A na nich 12-letni chłopiec trzymający piłkę do futbolu, 9-letni chłopak w stroju baseballisty i 6-letnia dziewczynka pozująca z piłką nożną. Charlie sięga od razu do tego z piłką futbolową i odwraca do góry nogami. Pod spodem ramki znajduje się nazwa użytkownika i hasło: marydamski – 3BUG5E. Charlie potrząsa głową, uśmiechając się: – Dziecko, które pierwsze przyszło na świat, zawsze kocha się najbardziej.
– Skąd wiedziałeś...?
– Ona może jest królową liczb, ale nienawidzi komputerów. Pewnego dnia wszedłem, a ona zapytała mnie o dobrą skrytkę i powiedziałem, że może spróbować za zdjęciami.
Typowy Charlie. Kumpel każdego.

Włączam komputer Mary i spoglądam na zegar ścienny: 15:37. Zostało ledwo 25 minut. Używając jej hasła, przechodzę od razu do Wypłat Funduszy. Na monitorze pojawił się przelew Tannera ustawiony w kolejce – czekający na ostateczne zatwierdzenie. Wpisuję kod banku Tannera, a także numer konta, który mi podał.
– Żądana kwota? – Niemal boli, gdy wpisuję: $40.000.000,00.
– To mnóstwo słodkich ziemniaków – mówi Charlie.

Spoglądam na zegar ścienny: 15:45. Zostało jeszcze 15 minut. Za mną Charlie znowu zapisuje coś w swoim notesie. To jego mantra: Zagarniaj świat, a jedz mniszek lekarski. Przesuwam kursorem na: “Wyślij”. Prawie zrobione.
– Czy mogę ci zadać pytanie? – woła Charlie. Zanim mogę odpowiedzieć, dodaje: – Jak fajnie by było, gdyby ta cała sprawa okazała się przekrętem?
– Co?
– Cała ta sprawa... telefon... wrzaski... – śmieje się, jakby wszystko odtwarzał sobie w głowie. – Przy całym tym chaosie, skąd wiesz, że to był prawdziwy Tanner Drew?
Moje ciało sztywnieje. – Przepraszam?
– Mam na myśli to, że facet ma biuro rodzinne, skąd zatem wiesz, jak brzmi jego głos?

Wypuszczam myszkę i próbuję zignorować dreszcz, który postawił mi włosy na karku. Odwracam twarz w kierunku brata. Przestaje pisać.

(Opublikowano za zgodą Wydawnictwa Sonia Draga)

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ 👀