Masala
3 grudnia 1999 - Był żółtodziobem. Początkującym podróżnikiem, świeżakiem. Kiedyś dotarł do Maroka. Teraz leciał do Indii. Wyobrażał je sobie jako wielki i dziki port w Tangerze. Przygotowywał się na tłum ludzi, na zagęszczenie niespotykane nigdzie w Europie.
Tam gdzie on leciało wtedy i nadal lata ponad milion osób rocznie. Teraz nawet więcej, spędzić sylwestra 2000 w Indiach. W Azji tłum turystów chce dodać szczyptę oświecenia do swojego wygodnego zachodniego życia. Nirwana to kolejna przyprawa przywożona z Indyj.
Na Okęciu jeszcze warszawka pełną gębą - udawała światową. Była narzeczona kolegi Sz. odprowadza znajomego O. na samolot do plaż Egiptu. Piosenkarka K. z dzieckiem i tajemniczym przystojniaczkiem udają się na urlop. Znajomy z branży, słynny P., leci na Kubę przez Paryż, gdzie zabiera swoją pannę - siostrę kolegi x. Jego odprowadza towarzysz z imprez - znany S.O. Wiele osób leci nie odkrywać nowe światy,lecz badać baseny w kurortach. Podejrzewał, że podobnie jak on mieli nadzieję, iż zaraz zjawią się paparazzi. Wtedy ich małe, prywatne sprawy w błysku fleszy stałyby się, na pozór przynajmniej, ważniejsze. A tak, po prostu jechali na wakacje.
Jemu i Zośce nie groziły luksusowe hotele - za mała kasa. Cieszył się, że skromny budżet uchroni ich przed popadnięciem w zwykłą turystykę. "Ciekawe, ile wytrzymamy, jak głęboko w to polecimy". Starał się nie mieć złudzeń i zbyt wielu oczekiwań. Bronił się przed samym sobą. Tak naprawdę liczył na zbyt wiele.
Jego dziewczyna i mamusie, które ich odprowadzały, były strasznie zdenerwowane. Jemu więc nie wypadało. W głębi duszy roztrzęsiony, czuł się jednak zmuszony trzymać fason. Uspokajać sytuację. Być cool.
Mamusie przekroczyły już pięćdziesiątkę. Wielu znajomych z ich pokolenia podróżowało na Wschód ale one akurat nie. Wyluzowane, ale nie do tego stopnia, żeby krążyć gdzieś po dalekich światach. Obydwie już bez mężów, zamożne, udzieliły finansowego wsparcia wyprawie. Może dzieci zrobią to, na co one nigdy by się nie odważyły. Choć kupienie biletu samolotowego do Delhi to nie wyprawa przez serce Afryki.
"Weź, misiu, Mickiewicza...", obściskiwanie i żegnanie robiło się patriotyczne. Tym wstrętniejsze dla młodego człowieka. Matka i ojczyzna. Egzemplarz Pana Tadeusza chyba po to, żeby za bardzo nie uciekł. A jemu właśnie na tym zależało.
Hermann Hesse podczas swojej podróży na Wschód bał się, że Indie go zmienią. Nie chciał się poddać wpływowi Wschodu, dlatego na wszelki wypadek unikał spotkań z joginami i różnymi guru. Nasz bohater, podobnie jak wielu innych europejskich młodych i nadętych przemyśliwaczy, bardzo chciał się zmienić. Zakończyć proces, który rozpoczął ponad rok temu. Może właściwie nie tyle zmienić, co w ogóle stworzyć się na nowo. Pewne etapy, które zapewne nastąpią w trakcie tej transformacji, byłoby lepiej ukryć, bo wstydliwe. Zdystansować się przynajmniej. Uciekał więc do Indii, a uciekając, cały czas chciał prześcigać samego siebie. Uciekał od uciekania. Postanowił więc udawać, że to nie on jedzie do Indii. Zacznie być sobą, jak wróci.
Pilot samolotu Lufthansy przemawiał do pasażerów dowcipnie i sympatycznie. "Taki jest na luzie, że rzygać się chce" - powiedział do Zosi, ale uznała go za paranoika. Pilot ciągnął: "Jeśli się nie zobaczymy, to życzę państwu (a może powiedział nawet "wam) wesołych świąt". Jak Jim Carrey z przyklejonym uśmiechem, który w Truman show mówi rano, że jeśli się już nie zobaczymy, to życzy miłej nocy. "Słyszysz go, zaraz uwierzę, że Lufthansa szkoli nawet pilotów w profesjonalnych uśmiechach" - usiłował jednak wciągnąć Zosię w świat swoich podejrzeń co do multikorporacji. "To po prostu jakiś fajny facet" - odpowiedziała krótko i odwróciła się do okna. "Nie ufam jemu ani tym całym liniom lotniczym".
Lotnisko we Frankfurcie kojarzyło mu się z tym Lemowskim z Kataru. Miasto w mieście, kilometry bram, korytarzy, rur i kabli. Zimny hi-tech - wrota do globalnej wiochy. Przesiadają się tłumy z całego świata. Arabowie mają przechlapane. Sprawdza się ich dokładnie i niezbyt uprzejmie. Co poradzić, jeśli każdy wygląda jak Ali Agca. Skandynaw z klasy biznes gada do mikrofonu na przewodzie komórki. Nic go nie rusza: ani wrzaski dzieci, ani komunikaty. On nadaje swoje nawet w trakcie odprawy. To jeden z tych, co nieustanną i ciężką pracą budują nowy lepszy świat, z którego właśnie Max się wypisał.
Ponad rok temu wyjechał z Warszawy na leczenie do Ośrodka Rehabilitacyjno-Readaptacyjnego Monaru w Głoskowie. Wtedy stolica była wciąż dziwnym miastem. Melanż komunistycznej i starej architektury z niewielkimi wysepkami kapitalistycznej zabudowy. Kiedy wrócił, wieżowce banków, luksusowe sklepy i hipermarkety na obrzeżach zdominowały miasto i ludzi. "Nie chcę mieszkać w tych nowych osiedlach, nie wskakuję znowu na tor przeszkód, olewam wyścig szczurów". Grubą kasę, którą zarabiał jako gwiazdeczka telewizyjna i radiowa, skutecznie przepuścił na narkotyki i złote życie.
Nie dorobił się niczego oprócz złej reputacji. Nie pozostawało mu nic innego, jak zacząć wszystko od nowa. Na razie jednak lLie mógł sobie znałeźć nLiejsca w Polsce. Dlatego ruszył w świat. Jak powiedział jeden z bohaterów Updike'a: wszystkim, którzy wałęsają się po świecie, wydaje się, że czegoś szukają. "Czego szukasz, człowieku? Czy żeby znaleźć, muszę wiedzieć, czego szukam?" - pocieszał się.
Na samolot czekały tłumy sikhów w turbanach, starcy i staruszki zawinięte w koce. Wszyscy ze stosami toreb, tony bagażu podręcznego. Uważani za indyjską elitę. Statystycznie bogatsi od reszty społeczeństwa, wykonują różne zawody wymagające wykształcenia; są pilotami samolotów czy inżynierami. Przyglądał się im jako forpoczcie tego świata, do którego zmierzał, usiłując wyobrazić sobie Indie. "Gdzie ja jadę, po co właściwie? Dobrze, że nikt nie pyta, bo nie wiem, co bym powiedział".
"Mówię dumnie: Jadę do Indii. Dla każdego to oczywiste. Kiwają głowami, tak, tak, rozumieją, może i zazdroszczą. Nikt oprócz kolegi ze stacji benzynowej nie spytał wprost: A po co do Indii? Nikt nie dociekał: Co to te Indie: kraj, subkontynent, mocarstwo czy może Disneyland religijny? Nikt mnie nie pytał, i nadal tego nie robi, bo Indie to mit, to symbol. Mglisty i trochę zatarty przez czas, ale ciągle odświeżany i reaktywowany mit wolności umysłowej, wyzwolenia duchowego, przemiany.
Nosowska śpiewała, że «krowy z oświeceniem paradują ulicami». W to właśnie, mniej lub bardziej świadomie, wierzy większość ludzi. Taki jest nieoficjalny folder reklamowy subkontynentu. Oparty na tradycyjnym przekazie, z pokolenia na pokolenie, od pierwszych hipisów po zagubioną młodzież, do której należę. Przekonaną, że jadąc na Wschód, wraca do duchowego prapoczątku, zagubionego przez nas w chaosie cywilizacji".
Uznał Indie za miejsce po prostu gdzieś indziej - bycie inaczej. Znak niebycia w domu, niebycia u siebie, w Polsce, w Europie. Znak podjęcia próby wstępu na nowe ścieżki. Może to być Afryka czy Ameryka Południowa, tyle że są trudniejsze w obsłudze. Indie to inność anglojęzyczna, łatwo osiągalna, samolotem za sześćset-osiemset dolców. Dla początkujących, w sam raz dla niego.
Za nimi zostało przedmilenijne napięcie, przygotowania do Balang Tysiąclecia i zamieszki w Seattle, gdzie lewacy zgotowali Światowej Organizacji Handlu prawdziwe dni chaosu. Trzymał za nich kciuki, uznał, że Zosi to nie interesuje. Usiłował ją przytulić, ale się odsunęła.
Krajowi anarchiści i punkowcy zawsze uważali go za zdrajcę i człowieka Babilonu. Jeżeli w ogóle uważali go za kogokolwiek. Kiedyś usiłował namówić Międzymiastówkę Anarchistyczną na wystąpienie w Inforadio (późniejsze Tok FM). Nie zgodzili się, nie ma ustępstw w walce z Systemem. 0n zaś stał się jego częścią, sprzedał punkowe symbole. Czerwonego irokeza skomponował z garniturem dla własnych celów. Kiedy z taką fryzurą prowadził programy w Canal + , zdjęcia drukowały brukowce i szmatławce z omówieniami programu telewizyjnego. Enfant terrible polskich mediów. Skandalizujący Max. Uciekał od tego człowieka, szukał nowego modelu Maxa. "Czy nie pakuję się z deszczu pod rynnę?"
W samolocie samotny Niemiec - Tom. Pracuje w Delhi przy wyrobie biżuterii, jakaś fundacja pomocy, uczą, jak zarabiać kasę. Wraca z urlopu w Berlinie. Tam żona i dzieci. Nie spodobało im się w Indiach. Tom jednak woli Azję od Europy. Mówi, że wybiera mniejsze zło. Nie nauczył się hindi, jego angielski też nie jest najlepszy. Max zapytał go, co robi, kiedy ma wolne. Tylko w niedzielę, więc nie ma czasu nigdzie wyjeżdżać. Siedzi w mieście. Wymiguje się od odpowiedzi na pytanie, jak spędza wieczory.
Zosia nagle wyrwana z odrętwienia rzuciła się Maxowi na szyję i: "Cieszę się bardzo, bardzo się cieszę! - Ja też".
Przylecieli w środku nocy. W pośpiechu stosowali się do zaleceń doświadczonych znajomych. Wzięli taksówkę płatną z góry do hoteliku wybranego z Lonely Planet. Oprócz kierowcy jedzie jeszcze jeden facet: "Dis namaszkar tristars, or forstars? Tristars nał gud forju, ful, noł plejs". Namawia i namawia, przestać nie może. "Pahargandż Namaskar - powtarzają nieugięci - we have reservation" - choć nie mieli. Facet w końcu zrezygnował. Taksówkarz zawrócił, wysadził go z powrotem przed przylotami i w końcu wyruszyli w drogę tam, gdzie chcieli.
Pahargandż sprawiał wrażenie straszliwego wąwozu. Po bokach przy ogniskach skupili się dzicy, obszarpani ludzie. A ma to być główny bazar i centrum hoteli dla niskobudżetowych podróżników. Ściany wąwozu nie przypominają nawet ruin budynków. Brakuje kątów prostych, konkretnych linii wyznaczających ściany, drzwi czy okna. Bezkształtna i ciemna masa: nie ma neonów, świateł; żadnychL oznak cywilizacji.
Za każdym następnym pobytem w Delhi szukał tego pierwszego mocnego wrażenia. Nigdy już nie wróciło. Po roku i po dwóch latach, kiedy włóczył się nocą po cichym i spokojnym Pahargandżu. Żadnego wąwozu, brak przerażających tubylców. Miejsce nie zmieniło się, raczej on. "Wiesz, to tak jak z dragami: pierwszy raz zawsze jest najmocniejszy i najlepszy" - tłumaczył już po powrocie jakiejś panience.
Kiedy wysiadali z taksówki, pod ich nogami od razu zaplątało się beznogie dziecko, przemieszczające się na samych rękach jak małpka. Byli zdezorientowani. Tam, gdzie miał być hotel, była tylko wypalona skorupa budynku. Na wielkiej kupie śmieci pasły się krowy, psy i czarne ptaszyska.
Przerażeni pierwszym smakiem Indii pędzili z ciężkimi plecakami do następnej przecznicy. Tam postać w łachmanach bełkocze, że tak, hotel tutaj. Wyciąga rękę po kasę. Nic nie dali, bo chcieli jak najszybciej zamknąć się w pokoju. Schować się, zanim zjedzą ich jakieś dzikie bestie. Rezerwejszyn nie mieli, ale na szczęście było coś wolnego. Padli na łóżko z taką ulgą, że przed zaśnięciem kochali się pierwszy raz od tygodni.
(Opublikowano za zgodą Wydawnictwa W.A.B.)