Maratończyk
WSTĘP ###MARATOŃCZYK **(wydarzenia, które doprowadziły do jego powstania)**
Parałem się powieściopisarstwem od blisko dwudziestu lat, zanim przystąpiłem do pracy nad Maratończykiem, jakże inną opowieścią od wszystkiego, czego wcześniej próbowałem, Bezpośrednim powodem był zgon Hirama Haydna, mojego wyśmienitego i ukochanego wydawcy. Po dziś dzień się zastanawiam, jak ułożyłaby się moja kariera, gdyby (a) Hiram umarł wcześniej albo (b) nigdy nie został moim wydawcą.
Pierwszą powieść, The Temple of Gold, napisałem w 1956 roku, w wieku dwudziestu czterech lat, i kiedy Knopf zdecydował się na jej publikację, wywarło to ogromny wpływ na moje twórcze życie. Wkrótce po ukazaniu się książki zaczęły do mnie docierać wieści o pewnym redaktorze z Random House, który nazywał się Hiram Haydn.
Zgodnie ze wszystkimi doniesieniami był przyzwoitym i naprawdę inteligentnym człowiekiem, pedagogiem, uczonym, pisarzem, energicznym pięćdziesięciolatkiem. Ta ostatnia rzecz okazała się dla mnie decydująca, ponieważ...
... zawsze poszukiwałem prawdziwych autorytetów.
Tak więc zacząłem marzyć, że któregoś dnia moim redaktorem zostanie Hiram Haydn. Nie miałem pojęcia, że "któryś dzień" jest tuż-tuż. W tamtych czasach szczerze wierzyłemowszem, zdaję sobie sprawę, jakie to jest głupie - że aby uzasadnić to, iż nie mam normalnej posady, muszę wydawać kolejne powieści w odstępach przynajmniej dwunastomiesięcznych.
W 1957 napisałem drugą powieść, Your Thrn to Curtsy, My Turn ta Baw - wciąż mój ulubiony tytuł w całym moim dorobku - i przedłożyłem ją Knopfowi. Co mogę powiedzieć o ich reakcji? Oszaleli na jej punkcie? Nie. Mieli zastrzeżenia do niektórych części? Co najmniej. Znienawidzili ją?
Nie bądźmy aż takimi optymistami. Książka wzbudziła w nich taki wstręt, pogardę i odrazę, że zaprzeczali, jakoby ją w ogóle kiedykolwiek widzieli na oczy.
Mogłem spokojnie pójść do Hirama. Zadzwoniłem do jego biura, dowiedziałem się, że przebywa na długich wakacjach. I wciąż miałem takiego bzika na punkcie corocznej publikacji kolejnych książek, że niczym wasz ukochany listonosz brnąłem przez śnieg i deszcz, szukając wydawcy, który przyjmie płód mojego pióra. Po tym, jak kilka razy niemal natychmiast otrzymałem odpowiedzi odmowne, zdjęty rozpaczą dałem książkę pewnej dziewczynie, znajomej z Oberlina, która pracowała dla jakiegoś wydawcy, żeby przekazała ją swojemu szefowi.
Ona z kolei orzekła, że książka jest tak okropna, że ani jej się śni to robić.
- Powinieneś dogłębnie znać swoje postacie - oznajmiła i odesłała mnie z kwitkiem. Książkę wzięli w końcu w Doubleday, I do końca życia będę im za to wdzięczny. Wdzięczność moja trochę jednak zmalała, gdy powiedzieli mi, że ich zdaniem powieść pozostawia wiele do życzenia, ale może pewnego dnia zdołam napisać mimo wszystko coś pokupnego, toteż skłonni są postawić parę tysięcy dolarów- tyle wynosiła zaliczka - na moją przyszłość.
W moją następną powieść, Soldier in the Rain, również zupełnie nie wierzyli, ale znów gotowi byli wyrzucić w błoto parę tysięcy na wypadek, gdyby się okazało, że kolejną książkę jakoś tam da się sprzedać. Powiedziałem im, że chcę spróbować gdzie indziej. Odrzekli: Dobrze, tylko uważaj, żebyś się nie rozczarował.
Dałem więc Saldier in the Rain Hiramowi Haydnowi, któremu ta książka natychmiast się spodobała, i tak oto spotkałem wydawcę swego życia. Hiram odszedł już w owym czasie z Random House, by założyć, z dwoma innymi wydawcami, własną firmę o nazwie Atheneum. Działalność zaczęli od równoczesnej publikacji trzech książek, między innymi Soldier in the Rain.
I żadna anegdota nie zilustruje lepiej przemian, jakie dokonały się w świecie wydawniczym w ciągu ostatnich czterdziestu lat, niż ta, którą teraz usłyszycie. Otóż jeden z punktów w standardowej umowie z Atheneum głosił, że nie zawiera ona i nie będzie zawierać klauzuli wyłączności. Jeśli wydali twoją książkę, a ty nie byłeś zadowolony, to cóż, nie potrzebują niezadowolonych pisarzy, możesz sobie spokojnie poszukać szczęścia gdzie indziej.
Tylko zapłakać.
Byłem związany z Hiramem od 1958 do 1973 roku, kiedy to ukazała się Narzeczona księcia, a on, niestety, zmarł. Był gorącym zwolennikiem mojego talentu- każdy z nas kogoś takiego potrzebuje. Podobały mu się również rzeczy, które w tamtym okresie pisałem. Być może trudno to sobie teraz wyobrazić osobom uważającym mnie za człowieka Hollywoodu, ale moje ówczesne powieści były na pozór czarującymi, ale w istocie poważnymi i przygnębiającymi opowieściami, w których najsympatyczniejsze postacie umierały zazwyczaj w paskudnych okolicznościach.
Nie była to twórczość zbyt komercyjna. (Choć jakimś cudem zawsze znajdowałem czytelników, kiedy wydania w miękkiej oprawie zajmowały miejsce zesztywniałych na dobre wydań w oprawie twardej.)
Pewnego dnia wpadłem na zapewne najgłupszy pomysł w swoim życiu - żeby napisać długą powieść, Boys and Girls Together: Zajęło mi to trzy lata z okładem, a mniej więcej w połowie tego okresu zrobiłem sobie przerwę na robotę dla Broadwayu.
Kiedy wróciłem do powieści, straciłem wenę.
Nic było w tym nic śmiesznego. Miałem gotowych sześćset stron i nie wiedziałem, co z tym fantem począć. Mieszkałem w małym mieszkanku na rogu Osiemdziesiątej Szóstej i York na Manhattanie, a pracownię zrobiłem sobie w sypialni mieszkania pewnego faceta na rogu Osiemdziesiątej Ósmej i York. (Brzmi to kretyńsko, wiem, ale byłem z tego dość zadowolony.)
Odpowiednikiem afery O.J. Simpsona w owym czasie - jesteśmy w roku 1963 - była sprawa dusiciela z Bostonu. Pewnego ranka przeczytałem artykuł w "Daily News", który dał początek nowej teorii: W Bostonie działało dwóch dusicieli, nie tylko jeden.
Tamtego ranka, podczas krótkiego spaceru po York Avenue, dosłownie wyskoczyła mi z głowy nowa powieść. Oparta na następującym pomyśle: Jak by się potoczyły wydarzenia, gdyby rzeczywiście istniało dwóch różnych dusicieli i gdyby jeden z nich zaczął być zazdrosny o drugiego? Siadłem przy biurku i w ciągu kilku minut naszkicowałem intrygę. Ale intrygę czego?
Do czasu wypicia pierwszej kawy zastanawiałem się, jak wrócić do Boys and Girls TogetheT: Czy był to tylko kolejny neurotyczny podstęp, żeby odwlec jeszcze bardziej pracę nad tą książką? Byłem całkowicie zdolny do takich idiotyzmów, wiedziałem to doskonale. Porozmawiałem z paroma przyjaciółmi o tym ho-honiu, który wskoczył mi nagle na biurko. Zgodziliśmy się, że najważniejszy dla mojego zdrowia psychicznego jest powrót do na wpół ukończonej powieści.
Jeślibym jednak szybko napisał książkę o dusicielu - wydaje mi się, że uzgodniłem ze sobą termin dziesięciodniowy - nic strasznego by się nie stało. Jeśli skończę w tym czasie, świetnie. Jeśli nie, rzucam to i bezwarunkowo przystępuję do pracy nad długą książką. Skończyłem powieść o dusicielu - ostatecznie zatytułowałem ją No Way to Treat a Lady - w wyznaczonej liczbie dni. Aby sprawić wrażenie, że jest dłuższa, rozpisałem ja na tyle rozdziałów, ile się dało, rozpoczynając każdy z nich od nowej strony; było to oczywiście oszustwo, ale znacznie zwiększało objętość całości. (Niektóre rozdziały składały się z jednego słowa.)
Ukończone dzieło dałem Hiramowi. Jako rodzaj niespodzianki z rodzaju "popatrz, co wylazło z sera". Przeczytał ją i powiedział, że nie ma pojęcia, jak zrobić redakcję podobnej książki. Że powinienem pracować nad Boy s and Girls Together, a nie nad czymś takim. Zasugerował, żebym opublikował ją od razu w miękkiej oprawie i to pod pseudonimem.
Co też zrobiłem.
Autorem powieści stał się Harry Longbaugh (prawdziwe imię i nazwisko Sundance'a Kida, co dowodzi, że choć dopiero parę lat później napisałem scenariusz do tego filmu, myślałem o nim od bardzo dawna.)
Cliff Robertson dorwał No Way to Treat a Lady na szczotkach, dorwał też mnie i wypowiedział słowa, których nigdy me zapomnę:
- Przeczytałem twój szkic scenariusza.
Pamiętam, że pomyślałem: "Jasna cholera, to nie był szkic scenariusza, to była powieść". (Nie miałem zielonego pojęcia, jak wygląda szkic scenariusza. Do owej chwili, na oczy nawet nie widziałem scenariusza, nie mówiąc już o jego szkicu). Zawsze sądziłem, że Robertsona zmyliła wariacka struktura tej książki, wszystkie te dziwaczne i poszatkowane rozdziały. Dlaczego o tym mówię? Ponieważ po tej rozmowie Robertson zlecił mi napisanie scenariusza, dzięki czemu trafiłem do przemysłu filmowego.
Co całkowicie zmieniło moje życie.
Przez piętnaście lat współpracy z Hiramem wciąż przychodziły mi do głowy pomysły na historie odmienne od tych, które dla niego pisałem. (Pamiętam, że przez długi czas rozmyślałem nad Magią - opowieścią o brzuchomówcy i jego kukiełce.) Nigdy jednak żadnego z nich nie zrealizowałem.
I nigdy bym tego nie zrobił, gdyby Hiram żył.
Ale w roku 1973 nie było go już wśród nas i kiedy zasiadłem do napisania kolejnej powieści, okazała się thrillerem, zatytułowanym Maratończyk. Jeżeli uwielbiasz jakiś gatunek (tak jak ja uwielbiam thrillery, powieści szpiegowskie i czarne kryminały), pozostajesz wierny swojej namiętności i masz nadzieję na to, że pewnego dnia dorośniesz do pięt tym pisarzom, których twórczość cię poruszyła. Dla mnie numerem jeden był Graham Greene. Wiadomo, rzecz jasna, że nigdy nie sięgnę jego poziomu, niemniej nadzieja ma skrzydła, które niosą w górę.
Thrillery zaczynasz od czarnego charakteru. (Oczywiście nie jest to reguła, nie ma tu żadnych reguł, ale ja od tego zacząłem i mogę się założyć, że jeśli kiedyś napiszę kolejny dreszczowiec, zrobię to samo.) Moim punktem wyjścia był doktor Mengele, najbardziej zdumiewający intelekt wśród nazistów ( doktor medycyny oraz doktor filozofii).
Wiedziałem też, że muszę jakoś ściągnąć go do Ameryki. Ale po co, na litość boską, miałby tu przyjeżdżać? (Kiedy zaczynałem pracę nad tą książką, Mengele albo wciąż żył w Ameryce południowej, albo do niedawna żył w Ameryce południowej, jedno z dwojga. Żył w ukryciu lub w luksusie; ja wybrałem luksus.)
Należał do najwybitniejszych umysłów swojego pokolenia. Dlaczego miałby być na tyle głupi, by zaryzykować wizytę w Ameryce? Któregoś ranka znalazłem odpowiedź podczas lektury gazet. Jakiś amerykański lekarz, chyba z Cleveland, zaczął przeprowadzać rewolucyjną wówczas operację serca i ludzie ściągali do niego z całego świata. Doktor Mengele znalazłby się więc wśród potrzebujących.