Trwa ładowanie...
"Mama" bez lukru i pudru. Autorka głośnej "Biurwy" odważnie opisuje macierzyństwo
Źródło: pexels.com
25-05-2018 11:18

"Mama" bez lukru i pudru. Autorka głośnej "Biurwy" odważnie opisuje macierzyństwo

Sylwia Kubryńska zasłynęła jako nieprzebierająca w słowach autorka książek: "Kobieta nie całkiem doskonała", "30 sekund" czy "Furia mać". Jej najnowsze dzieło to niezwykle szczera opowieść o wychowywaniu dzieci w betonowej Polsce.

22 maja na półki księgarń trafiła nowa książka Sylwii Kubryńskiej, "Mama". Autorka bezkompromisowo rozlicza się z mitem "Matki - Polki" korzystając z palety własnych macierzyńskich doświadczeń. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka prezentujemy wam fragment mocnej literatury. Opublikowana część pochodzi z rozdziału "Pacyfik".

– To która babcia będzie chowała?

Gabinet ginekologiczny w przychodni rejonowej. Szarobeżowy budynek z odrapaną elewacją. W środku lastryko na podłodze i lamperia na ścianach. I pełno kobiet, smutnych, pękatych, zaniedbanych. Czemu kobiety w ciąży są tak zaniedbane? Czy ja też będę zaniedbana?

– To która babcia będzie chowała?

Jest jedna młoda. Tleniona blondynka z zamazanymi pudrem plamami na skórze. Brzydka, rzecz jasna. Brzydka i mająca w sobie to coś odstręczającego, co ma każda baba w ciąży. Taką fizjologię na twarzy. Obleśny ekshibicjonizm ciążowy. I ten obsceniczny brzuch rozpierający materiał sukienki. Ten pępek wydatny, zarysowujący wypukłość pod tkaniną.
Obok niej siedzi pryszczaty chłopak, trzyma ją za rękę. I choć jest jeszcze na tyle młody, że ma pryszcze, to brzuszkiem może zaimponować nawet swojej ciężarnej pani. Z miejsca mnie to denerwuje, nienawidzę jej i jego. Nienawidzę tych par spodziewających się dzieci, nienawidzę tej nowej durnej mody na przyłażenie RAZEM do ginekologa, żeby obejrzeć płód i RAZEM robić jakieś idiotyczne uwagi, że to tam, na tym ekranie, to zamazane, niewyraźne, czarno-białe coś, to niby jest śliczne. Nienawidzę.

d3t4neq

– To która babcia będzie chowała?

Dobre pytanie. Może babcia Ewa? Mogłaby, czemu nie, tylko że zmarła na raka. Stasia? Świetny pomysł. Tak między czwartą a piątą rano, zanim pobiegnie do pracy w sklepie spożywczym na dwanaście godzin, przepraszam, na piętnaście, zapomniałam, że sklep do dwudziestej. Ale po powrocie, czemu nie, w końcu ma na głowie jeszcze tylko dwoje małych własnych dzieci.
Na mnie nie było czasu, na te małe też jakoś nie za bardzo, to czemu nie na wnuka? Co za problem, pani doktor?

Szybko poszło. U nas w rodzinie idzie szybko, błyskawicznie. Osiemnaście lat. Dziewiętnaście. Ledwo się na uczelnię dostałam. Nikt wcześniej nie mówił o antykoncepcji. Nikt nie mówił o seksie. Jak się nie mówi, można udawać, że go nie ma. Dzieci pojawiają się jak pakunki z bocianiego dzioba. Pstryknięcie palcami. Rachu-ciachu i po strachu.
Do końca życia kierat.

– To która babcia będzie chowała?

Może tamta, jego matka, której nawet nie znam? Nadawałaby się? Z pewnością. Tak między jednym kieliszkiem a drugim, między jednym upadkiem w kawiarni kina Polonia a drugim. Widziano ją niedawno, domagała się wódki. Obsługa tłumaczyła, że nie prowadzą alkoholu, wtedy się przewróciła. On był zażenowany. Nie. Wściekły. Nie wiem zresztą, co czuł, nie mam nawet ochoty sobie wyobrażać, nie mam ochoty go znać. Moja mama się nie przewraca. Przynajmniej to.

A może moja babcia, ta spod Lwowa, co mnie ruskiego uczyła? Co mnie uczyła po rusku śpiewać? Prawdopodobnie najprędzej, gdyby tylko nie była już taka stara i niedołężna. I gdyby nie miała na głowie swoich dwunastu wnuków. I dziadka, co przecież, jak każdy facet, też dziecko.

Najpierw urosły mi piersi. Rosły i bolały. Nie miałam już żadnego stanika, wszystkie za małe. Nosiłam taką koszulkę z napisem „Pacyfik”. A pod spodem wzburzone fale oceanu. Koledzy z roku śmiali się ze mnie, jeden z nich przechrzcił na "Cycyfik”. O, Cycyfik idzie. Śmiałam się razem z nim. A przecież to wcale śmieszne nie było. Przynajmniej dla mnie.

Źródło: Archiwum prywatne

Jak wchodziłam do akademika, wszystko mi śmierdziało. Akademik trzypiętrowy, zanim doszłam na ostatnie piętro, już miałam wszystko pod gardłem. W trzysta osiem śmierdziało psującą się szynką z Pawła szafki. Za tapczanem leżały skarpetki Orzysza. Kiedyś tego nie czułam. Teraz czuję. Czuję jak pies, owczarek niemiecki. Tropię ślady rozpadu. Rozpada mi się życie, rozpada się ciało. Ze zgrabnej siksy zamieniam się w Cycyfik. Na gładkiej dotąd skórze, tak gładkiej jak lakier na mercedesie, jak to mówił Krzysztof, teraz pojawiają się rozstępy. Rośnie we mnie moja własna zagłada. Chcę od niej uciec, nie mogę. Biegam codziennie, do utraty tchu, do utraty zmysłów. Czy można uciec od własnego ciała? Od brzucha? Na razie wierzę, że można. Można się trochę zabić, żeby siebie ocalić? Kwas foliowy. Witamina B. Wino Arizona. Siadam na parapecie w pokoju chłopaków. Piętra w tym akademiku są wyjątkowo wysokie. Przechylam się na zewnątrz. Może kawałek mnie wypadnie? Zginie, zabije się, odczepi się ode mnie na zawsze?

Artur wyskoczył. Wyskoczył na główkę, jakby do wody skakał, debil. W szpitalu leżał potem pół roku i się zrastał. Przeżył, rzecz jasna. Tylko czemu wyskoczył? Wystarczyło, że Julka go rzuciła. Boże, jak facetom mało trzeba. Chciałabym, żeby mnie ktoś rzucił. Chciałabym mieć tylko taki problem. Tańczyłabym na tym parapecie do rana z tanim winem. Jak kiedyś. Jak za starych dobrych czasów, pięć tysięcy lat temu, w zeszłym miesiącu, w zeszłym tygodniu, wczoraj. Mój Boże, jakie to wszystko ulotne. Wystarczy chwila, kilka sekund. Miałeś uważać.
Prawie się udało. To ja panu już podziękuję. Zmienię numer telefonu i pokoju w akademiku.

Chciałabym, żeby mnie ktoś rzucił. Tylko tyle: zerwanie. Boże, jaki to fajny mały problem! Jaki to beztroski kłopot! Dziewczyny, kiedy ktoś was rzuci, róbcie imprezę! Bawcie się! To naprawdę luksus, mercedes wśród problemów. Tymczasem mnie nigdy nikt nie rzuca. Ze mną jest za dobrze. Każdy chce się przykleić, przywrzeć, zatopić. Pojeździć na mnie, popodgryzać. Jestem jak drzewo, Matka Ziemia. Ja i dwójka małych dzieci mojej matki. Ja i osiemnaście psów bezdomnych. Ja i zagubiony syn alkoholiczki, który myśli, że prawie to spoko.
Ja. I rosnący we mnie wyrok. Zupełnie sama, zakręcona wokół własnej osi w kosmosie samotności.MAMA.

Spier... wszyscy! Spier... przez okno, trzecie piętro, pokój trzysta osiem.

d3t4neq

Moja uczelnia znajduje się w pięknym miejscu, w Kortowie pod Olsztynem. Gmachy akademickie stoją wśród drzew, w parkach, nad jeziorem. Kiedy zaczynałam studia, na zajęciach z angielskiego nauczyciel zapytał świeżo upieczonych studentów, czemu wybrali akurat tę uczelnię. Jakaś laska spod Krakowa odpowiedziała z rozbrajającą szczerością, że doszły ją słuchy, jak piękne i imprezowe jest to miejsce. I dlatego.

Ja wybrałam tę uczelnię dlatego, że nie miałam kasy na żadną inną. Tu mieszkam po prostu. I tu będę mieszkać do końca swych dni, bo właśnie przybetonowałam się do tego miejsca za pomocą plusika na teście ciążowym. Kiedyś nie miałam kasy, żeby wyjechać? Ha, ha, ha. Teraz nie będę miała kasy, żeby żyć. Przychodzę tu codziennie i codziennie rano słucham na wykładach, jak wygląda zapłodnienie. Co za paradoks, że studiuję bioinżynierię. To nauka o rozmnażaniu, rozpłodzie, superowulacji, ejakulacji, genetyce. To jest właśnie szkoła. Człowiek się uczy, zalicza, ale w życiu z tej nauki nie korzysta. Niby wiadomo, a jednak nie wiadomo, skąd się biorą dzieci.

Są kobiety, które tak się wstydzą tej niewiedzy, że ściemniają coś o zabezpieczeniach. A to niby wpadka, a spiralka zawiodła, a tabletki nie zadziałały, a prezerwatywa pękła. Tak, jasne. Oczywiście. Wszystko wam zawiodło. Głupio się przyznać do głupoty. Mnie też głupio się przyznać, więc nie mówię nic. Nic nikomu. Zwłaszcza matce.

Jest mi niedobrze. Wybiegam z sali, biegnę daleko w kortowski las na górę, z której tak niedawno, zimą zjeżdżałam z Julką i Olką Rybak na saneczkach. Boże, jak było pięknie. Zazdroszczę wszystkim kobietom, które nie są w ciąży. Zazdroszczę każdej studentce, która ma pod opieką tylko siebie. Biegnę, a łzy mi lecą po policzkach. Zachłystuję się własną rozpaczą, uciekam z potrzasku, z którego uciec się nie da. Dobiegam wreszcie do miejsca, które prowadzi w kierunku stadniny koni należącej do uczelni. Konie. To takie piękne zwierzęta. Podchodzę do zagrody, głaszczę po pysku piękną kasztanową klacz. Mój Boże, mogłabym nauczyć się jeździć na koniach, gdyby nie to wszystko. Mogłabym tyle zrobić, gdyby nie to wszystko... I nagle olśnienie. Oczywiście. Zacznę jeździć na koniach! To musi być skuteczne. To musi zadziałać. Widziałam nieraz na filmach, jak jakaś tam damulka na koniu traci ciążę. Dramat, płacz i nadęty mąż przemierzający nerwowo salony ich wspólnego pałacu.

d3t4neq

Z miejsca zapisuję się na praktyki. A tam zero jazdy konnej, każą mi sprzątać końskie łajno. Zamiatać stajnię. Wygrabiać liście z zeszłego roku. Oswajać się ze zwierzętami. Nie wiadomo, ile to potrwa. Nie doczekam się nauki jazdy. Ile mi jeszcze czasu zostało? Dziewięć miesięcy to szmat okazji. Może spadnę ze schodów? Może wyskoczę z pociągu? Kur..., co ja mam ze sobą zrobić? Co ja mam zrobić? Wyskoczę z pociągu.

Zaczynają mnie nękać bóle głowy. Idę do akademickiego lekarza, przychodnia jest w szóstce, niedaleko dziewiątki, akademika chłopaków. Bliżej jeziora. Wszystko tu jest blisko jeziora, w którym przecież zawsze mogę się jeszcze utopić. Moje autodestrukcyjne myśli zaczynają mnie prześladować. Autodestrukcja przybiera postać nieustającej migreny. Organizm jest cwany. Lepiej zamienić rozpacz w migrenę, człowiek nie ma siły się zabić. Człowiek zwija się w bólu fizycznym i zapomina o tym, w jakiej dupie się znalazł. Ja z bólu zapominam. Zapominam do tego stopnia, że skarżąc się na ból, milczę na temat ciąży. Ten daje mi końską, nomen omen, dawkę paracetamolu. W zastrzyku. Pielęgniarka wbija igłę i powoli, a boleśnie, pompuje w mój pośladek truciznę. Wyobrażam sobie, jak substancja przenika z krwią do łożyska, stamtąd zabija po kolei każdą rwącą się do rozwoju komórkę mojego problemu. Wychodzę z poczuciem zwycięstwa. Zwycięstwo zamienia się w porażkę w innym gabinecie. Ginekologicznym.

– To która babcia będzie chowała?

Czasem pytania potrafią zabijać. Ja chcę zabić. Zeskoczyć z fotela i rzucić się na tę okrutną lekarkę. Za tę „babcię”. I za tę ciążę. Trzeci miesiąc. To już trzeci miesiąc. Czas się kurczy. Zostaje mi coraz mniej szans.

Najnowsza książka autorki miała premierę w maju
Najnowsza książka autorki miała premierę w maju Źródło: Materiały prasowe

Sylwia Kubryńska – jedna z najbardziej cenionych polskich współczesnych pisarek. Feministka, felietonistka, matka. W 2015 roku głośną książką Kobieta (dość) doskonała zdobyła listy bestsellerów. Jej kolejne powieści: "Furia mać!" (2016), "Biurwa" (2016) i "30 sekund" (2017) były szeroko komentowane. Każda jej książka to wydarzenie literackie. Już myśli nad kolejną.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.

Podziel się opinią