Maks i Eleonora

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

I: ELEONORA Chcąc przetrwać W środowisku, które sami sobie stworzyliśmy, czyż nie musimy dopuszczać się potworności, aby znieść naszą trudną sytuację?

Zimą 1918-1919 roku ja, Eleonora Anders, miałam dziewięć lat; nasza rodzina, rodzice i ja, zajmowała duże mieszkanie przy Cranachstrasse, w eleganckiej dzielnicy Berlina. Ojciec wykładał filozofię w Akademii Pruskiej w Berlinie, a matka, lewicowa socjalistka, zajmowała się polityką. Moje najwcześniejsze wspomnienia z Berlina związane są z ostatnimi tygodniami wojny 1914-1918 roku: pamiętam żołnierzy, nie umiejących już patrzeć prosto w oczy, kryjących się w cieniu, jakby z obawą oczekiwali, że za rogiem wydarzy się zaraz coś okropnego.

Pod sam koniec wojny wybuchła rewolucja socjalistyczna, którą od dawna przepowiadali znajomi mojej matki. Na ulicach nagle pojawili się uzbrojeni cywile; byli to mężczyźni w grubych ciemnych ubraniach, w czapkach lub melonikach, którzy wpatrywali się w ciebie badawczo, gdy przechodziłeś obok, albo z łoskotem jeździli tam i z powrotem, uczepieni samochodów i ciężarówek. Wyglądało na to, że spodziewają się znaleźć nowego wroga i przemienić swą klęskę w jakieś daremne zwycięstwo. Chyba wtedy nabrałam przeświadczenia, że powinnam stać się niewidzialna, jeśli mam uniknąć tego, co się czai za rogiem ulicy.

Mieszkanie przy Cranachstrasse, w którym mieszkałam z rodzicami, znajdowało się na ostatnim piętrze kamienicy z szerokimi kręconymi schodami w środku, przypominającymi coś, co umieszczono w wodzie, by zbudować na tym most; w dachu był świetlik, przez który przenikało blade słońce; w dole panował mrok, jakby przebywało się w morskiej głębinie. To wrażenie miało się także na ulicach: ściany wysokich kamienic wznosiły się po obu stronach niczym skały, uzbrojeni ludzie, uczepieni przejeżdżających samochodów i ciężarówek, wyglądali jak homary czy kraby z potężnymi szczypcami. Trzeba było przejść obok tego wszystkiego, aby wspiąć się po kręconych schodach, prowadzących do naszego wywietrzonego, jasnego mieszkania.

Wąskie wysokie okna wcinały się w lekko spadzisty strop; ściany były wyłożone jasnym drewnem, które przypominało wnętrze pudełka z ojcowskimi cygarami. W mych pierwszych wspomnieniach z naszego berlińskiego mieszkania powracają wieczory, gdy siedzę z ojcem w jego gabinecie, a on czyta mi opowieści z mitologii czy z pisemek dla dzieci. W owych czasach pojawiły się pierwsze bardzo popularne czasopisma fantastyczno-naukowe i chyba z nich pochodzi wiele wyobrażeń, które na trwałe utkwiły w moim umyśle.

Kiedy tak siedziałam w gabinecie ojca, wyobrażałam sobie, że jesteśmy w kabinie albo gondoli statku powietrznego i prześlizgujemy się nad dachami szarego, rozmytego miasta. Ojciec jest kapitanem, a ja jego towarzyszem; patrzymy z góry i szukamy miejsca, gdzie wylądujemy i zbudujemy nasz nowy dom; w przeciwnym razie będziemy tak lecieć w nieskończoność jak ów ptak, który pierwszy wyfrunął z arki.

Mój ojciec był wysoki, miał jasne, opadające wąsy i krótkie, jasne włosy, które zaczesywał do góry w taki sposób, że często wyglądał, jakby był czymś zdziwiony albo miał wystrzelić w niebo.

W naszym mieszkaniu - to znaczy statku powietrznym, arce czy czymkolwiek ono było - przebywała też kucharka Magda, pokojówka Helga i moja guwernantka, panna Henne, która codziennie przychodziła na lekcje. No i oczywiście moja matka.

Matka była niska, miała ciemne włosy i oczy, które miotały błyskawice; była Żydówką (ojciec nie był Żydem); jej rodzina mieszkała niedaleko polskiej granicy. Matka wprawiała w ruch, napędzała wszystko, co ojciec i ja mogliśmy sobie wymarzyć w naszym podniebnym świecie; dzięki niej terkotała maszyneria zapewniająca funkcjonowanie naszego statku powietrznego - to ona dostarczała paliwa i żywności, trudnych do zdobycia w ostatnich latach wojny.

Od czasu do czasu w domu odbywały się też spotkania działaczy politycznych, z którymi współpracowała. Ojciec i ja zamykaliśmy się wtedy w pokoju i słuchaliśmy, jak za zamkniętymi drzwiami trwa realne życie. Czasem myślałam - a raczej teraz wydaje mi się, że razem z ojcem myśleliśmy - czy centrum dowodzenia w czymś takim jak statek powietrzny jest w maszynowni, czy w sterowni, gdzie przy pokrętłach i dźwigniach siedzą ludzie i roją sobie, że panują nad sytuacją.

Niemiecka polityka owych czasów nie jest chyba powszechnie znana. Wojna 1918 roku skończyła się w listopadzie niemal bezkrwawą rewolucją w Niemczech; umiarkowani socjaliści zawarli sojusz z konserwatywnymi militarystami, którzy dotychczas kierowali działaniami wojennymi; jednym z celów tego sojuszu było niedopuszczenie do władzy skrajnie lewicowych socjalistów, ludzi z otoczenia mojej matki. Na ulicach dochodziło do potyczek między siłami rządowymi a ekstremistami, którzy uważali, że w oszukańczy sposób uniemożliwiono im przeprowadzenie prawdziwej rewolucji; pozostałością wojny było jednak ogólne wyczerpanie i nawet wśród ekstremistów istniały rozbieżności w zapatrywaniach.

Spory dotyczyły następującej kwestii: czy rewolucję należy przeprowadzić przy zachowaniu centralnej władzy - to znaczy, czy należy zaplanować taktykę, stworzyć sojusze i pójść na ustępstwa - czy też całą sprawę przeprowadzenia rewolucji należy uzależnić od spontanicznego ruchu mas (nie można pisać o lewicowej polityce bez posługiwania się żargonem!)? Skoro Karol Marks zapowiedział (a przynajmniej tak uważano), że proces historyczny nieuchronnie doprowadzi do przejęcia władzy przez masy, to czy jakiekolwiek próby planowania wydarzeń przez człowieka nie spowodują, że historia, zamiast pójść pożądanym torem, zmieni swój bieg? Przecież to umiarkowani socjaliści układali plany i kombinowali - i tylko popatrzcie, jak zdradzili rewolucję! Tak argumentowali ekstremiści.

Czy zadaniem kierownictwa nie powinno być strzeżenie czystości doktryny i dokładne analizowanie tego, co w żargonie nazywano "konkretną sytuacją", umożliwiając tym samym swobodny i spontaniczny bieg procesu dziejowego?

Takimi argumentami posługiwała się Róża Luksemburg, najpopularniejsza i najbardziej charyzmatyczna przywódczyni ekstremistów. Moja matka należała do grona jej uczennic i zagorzałych wielbicielek. Obie były Żydówkami i wywodziły się z podobnych rodzin. Róża Luksemburg, niska kobieta o żywym spojrzeniu, czasem mruczała, czasem prychała, ale zawsze jak kocur wysuwała ostre pazury.

Kilka najbardziej uderzających wspomnień z mojego wczesnego dzieciństwa wiąże się ze spotkaniami, które przyjaciele matki organizowali w naszym mieszkaniu. Do spokojnego świata, stworzonego przez ojca i przeze mnie w naszym statku powietrznym, wdrapywali się z głębin ulic mężczyźni w grubych, ciemnych ubraniach i sztywnych, białych kołnierzykach oraz kobiety w długich spódnicach i bluzkach zapiętych pod szyję na guziki. Mężczyźni stawali w korytarzu, rozglądając się, gdzie by położyć kapelusze, a kobiety ściskały się z moją matką pod kapeluszami przypominającymi ptasie gniazda albo parasolki. Z korytarza przepływali do jadalni, gdzie stawali lub siadali wokół stołu; rozmawiali albo wykrzykiwali, wygłaszając mowy , czasem pojedynczo, czasem wszyscy naraz; przez stół podawali sobie tam i z powrotem kartki papieru, jakby częstowali się jedzeniem.

Może ten obraz powstał w mojej głowie w wyniku wydawanych przez nich dźwięków: parę razy, gdy ojciec otworzył drzwi jadalni, a mnie udało się na nich zerknąć, widziałam, że zamierali w bezruchu, spoglądając w stronę drzwi tak, jakby ogarnął ich strach albo jakby pozowali do fotografii. Potem, po spotkaniu, znowu wylewali się na korytarz; mężczyźni szukali swoich kapeluszy, a kobiety ponownie brały w ramiona moją matkę. Sądzę, że świat dorosłych jawił mi się wówczas jako miejsce, gdzie ludzie właśnie tak się zachowują: z łoskotem jeżdżą ulicami, uczepieni samochodów, potem zbierają się i stają przy stole w jadalni, a na koniec milkną, jakby chcieli zostać uwiecznieni na fotografii.

Ojciec nie uczestniczył w znaczący sposób w tych zajęciach. Siedzieliśmy razem w jego gabinecie i nasłuchiwaliśmy, a czasem udawało się nam coś zobaczyć. Myślałam wtedy: jeśli taki jest świat dorosłych, to jaki jest mój ojciec? Wiedziałam, że popiera zamierzenia matki i jej przyjaciół, ale uważa, że realizują je w niewłaściwy sposób. Zastanawiałam się: czy w takim razie ojciec i ja postępujemy słusznie, opowiadając sobie historie o statku powietrznym?

Próbowałam porozmawiać o tym z ojcem i spytałam go: - Co, według ciebie, powinni zrobić polityczni znajomi matki ? Powstrzymać się przed jakimkolwiek działaniem czy walczyć? Jakie to słowo, jak twierdzisz, oni wciąż powtarzają: "spontaniczność"?

Ojciec odpowiedział: - Moim zdaniem kłopot polega na tym, że oni nie są w stanie zrozumieć tego, co robią.
- To takie trudne?
Odparł ze śmiechem: - Tak, bardzo trudne.
Parę razy pojawiła się w naszym domu sama Róża Luksemburg.W czasie spotkań z jej udziałem panował dużo większy ład, ponieważ to ona najczęściej przemawiała. Jej głos czasem przypominał mruczenie, a czasem prychanie. Zastanawiałam się, czy ona usiłuje uzmysłowić im, co właśnie robi ? Ojciec powiedział pewnego razu: - Ona jest w stanie zaklinać węże.

A ja pomyślałam wtedy: czy im tak trudno zrozumieć, że zachowują się jak zaklinane węże? Po spotkaniach, w których uczestniczyła Róża Luksemburg, matka wchodziła do gabinetu, gdzie siedziałam razem z ojcem, i z roziskrzonym wzrokiem mówiła: - Wygramy! Na co ojciec odpowiadał: - Tak, kochanie, ale cóż takiego twoim zdaniem wygracie?

Pod koniec grudnia 1918 roku wysłano mnie wraz z guwernantką, panną Henne, do krewnych matki na prowincję. Domyśliłam się, że ekstremiści przygotowują jakieś powstanie w Berlinie. Wówczas rozumiałam tylko tyle, później poznałam szczegóły. Róża Luksemburg niechętnie przystała na plan powstania: pokładała wiarę nie w planach, lecz w działaniu - cóż ma jednak robić rewolucjonista, jeśli nie dochodzi do spontanicznych działań?

Róża Luksemburg liczyła na to, że masy doprowadzą do strajku generalnego; skoro nic takiego nie nastąpiło, należało, jak się zdaje, zachęcać do lokalnych rozruchów.

Powiedziałam ojcu: - Czy to znaczy, że wysyłacie mnie na prowincję, ponieważ tutaj jest niebezpiecznie?
A on odparł: - Twoja matka chce, żebyś tam pojechała. Kto może wiedzieć, gdzie czai się niebezpieczeństwo!

Nasunęła mi się wtedy myśl: ale czyż to nie ty, jako kapitan naszego statku powietrznego, wszystkim zawiadujesz?
... A może chcesz powiedzieć, że twoje zadanie polega na przypatrywaniu się temu, co robimy.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
MOŻE JESZCZE JEDEN ARTYKUŁ? ZOBACZ CO POLECAMY 🌟